Tumblelog by Soup.io
Newer posts are loading.
You are at the newest post.
Click here to check if anything new just came in.
19:46
5469 d7ed 500
Reposted fromtities tities vialadypsychosexy ladypsychosexy
19:46
7952 bfbc
Reposted fromobcyastronom obcyastronom viatfu tfu
19:45
5779 1952
true story
Reposted fromZircon Zircon viahornypigeon hornypigeon
19:45
3119 0270 500
Reposted fromSkydelan Skydelan viakrolik krolik
19:44
6135 0baa 500
Reposted fromladypsychosexy ladypsychosexy
19:47
19:40
1948 e137 500
Reposted byRedPennyimsofancy
19:45
21:28
23:04

Penny Pulp #25 - Niespodzianka z ogłoszenia, czyli międzygatunkowa miłość


Przychodzi do mnie periodyk (bo nie miesięcznik, kwartalnik ani nic, jak wychodzi to wychodzi) "Vesen". To flagowe czasopismo robione przez nieludzi dla nieludzi, a że mam wtyki w środowisku, to mam prenumeratę i nawet nie musiałem nikogo błagać. Z uwagą i prawdziwą przyjemnością czytuję artykuły, zwłaszcza te o zdrowiu (10 zdrowych szejków z wilczomlecza), urodzie (liniejesz? Łuszczysz się? Sprawdź nasze receptury, maście i dekokty), a nawet o sporcie (Wilkołak Hampton znowu pierwszy w lidze!), jednak creme de la creme każdego numeru to artykuły o ludziach (nie-nieludziach) i ogłoszenia, w tym oferty sprzedaży wysyłkowej.
Ostrożnie dozuję sobie informacje; czytam najpierw te najbłahsze dupsy: kto redagował, kto okazał się nieludziem a kogo zabili, jakieś duperele o modzie i futrach z nietoperza. Potem koniecznie muszę trochę znudzić się sportem i różnymi recenzjami, jak co i gdzie i kiedy warto przeczytać, zjeść, zrobić, zobaczyć. A potem, później, niejako w ramach deseru, czytam ogłoszenia. Na odpoczynek zostawiam ludzi i ich śmiesznostki.
W ostatnim numerze, w ogłoszeniach, było szczególnie jedno które przykuło moją uwagę: "Oferta-wielka niespodzianka dla odważnych i doświadczonych hodowców owadów latających, tylko poważne oferty, numer telefonu". Hm. Owady latające to też trzmiele, więc postanowiłem, że przedzwonię. Automat nagranym głosem kazał wysłać kartkę pocztową z adresem zwrotnym na adres, co sprawdziłem potem, kamieniołomu w jakiejś zadupiastej góralskiej wiosce. Jakieś Czeszkowice czy inna Gąsienica Górna, nigdy nie miałem pamięci do takich bzdur; wysłałem i o tym zapomniałem. Pochłonęły mnie kolejne ogłoszenia, w tym na całą stronę, cyrkowo-westernową czcionką:
SSAŁA CI KIEDYŚ KIM? Tak? A KANYE? I kilkanaście zdjęć, cennik, oferta paintballu, bilardu, chujwieczego dla firm, korpo i osób prywatnych, wieczorów kawalerskich i zapoznawczych etc etc., a wszystko w knajpie "Mała Katowicka".
Ha! Oczywiście strasznie mnie zawsze cieszą losy moich STO model Kim, które obciągały już chyba wszystkim, bo chyba każdy już miał okazję, wiem co mówię, i ostatnio to Jajkovich zamówił kolejne pięć sztuk do swojego lokalu, co daje tam razem tuzin, przez co reklamowana tu Mała Katowicka jest najpopularniejszym miejscem w regionie, mimo, że jest na totalnym zadupiu a parkować trzeba na łące sypniętej żwirem. Nie wiedziałem tylko, że ten stary pedał Jajko takie coś otworzy... To po to mu był Kanye West, ha! Wszystko jasne. Z drugiej strony Właściwa i Prawdziwa Kim już dawno się poddała i ponoć siedzi gdzieś w oddziale zamkniętym w Iowa i się kiwa w tył i w przód, co również wyczytałem z sekcji plotkarskiej na stronie ósmej. Ha! Robotyka i pornografia to przyszłość! ...a jak to mówiłem ludziom w szkole i później, to pukali się w głowę i mówili że zwariowałem.
W każdym razie zawsze, jak mi listonoszka przyniesie nowy numer "Vesena", to mam o czym myśleć przez cały tydzień, oraz co robić do końca dnia. Albo na odwrót.
Niestety, "Vesen" wychodzi tak nieregularnie, że po tygodniu utonął w morzu papierów na stole a ja zapomniałem już, że coś zamawiałem z ogłoszenia. Zazwyczaj jak coś zamawiam, kurier dzwoni o ósmej rano, żeby się upewnić, czy na pewno będę w domu, żeby mu pomóc... Ostatnio mnie nie było i musiał sam wyładowywać, "co nie wchodzi w zakres moich obowiązków, panie Okropny, proszę to sobie zapamiętać raz na zawsze!"... A przecież chodziło tylko o jakieś głupoty, typu tylna kanapa do merca, kompletna piasta do Stara i dwudziestokilowy, ostreczowany wór kulek z łożysk. Nic, czego człowiek by nie dźwignął.
Tym razem wróciłem z szczepienia rodziny wilkołaków i nadzorowania rehabilitacji Króla Szczurów taki zmęczony, że gdyby nie pies, to byłbym się zabił! Ale do rzeczy: zazwyczaj bowiem po dyżurze wchodzę do domu, łykam zimnej herbaty z rana i walę się spać, bo padam na pysk. To wszystko po ciemku, bo banshee sypia teraz ze Ślepnirem jak mnie nie ma, i ostatnio jak zapaliłem światło, to w szoku prawie wyleciała przez ścianę. Niby pochodna homo sapiens, a głupie to takie...
Tak czy owak, wszedłem do domu po ciemku, i gdyby nie Ślepnir, wyrżnąłbym głową w ścianę, a tak to wylądowałem na psie, co go uszczęśliwiło okropnie, o czym dowiedziałem się godzinę później, gdy jego merdający, skrzypiący na czterech serwach ogon na dobre wyrzucił mnie z kocyka. Zwlokłem się z psa i wgramoliłem na stół, na którym, oprócz planów i bionicznych rąk do super tajnego projektu, nie było niczego. Zasnąłem w ułamku sekundy.
Gdy się obudziłem dwie godziny później, było już dość jasno. Na tyle jasno, by dostrzec ciemny kształt leżący w przejściu. Kurier zapewne wszedł przez otwarte drzwi, postawił przesyłkę TUŻ za drzwiami, abym NA PEWNO ją odnalazł... Stary kutas. I odnalazłem, organoleptycznie, empirycznie wręcz, jak się o nią potknąłem i poleciałem do przodu. Chwała najwyższemu, że akurat Ślepnir tam się rozłożył, a nie jeżozwierz.
***
Postanowiłem zbadać paczkę. Owinięta była w jakiś dziwny papier, niby, kulista jakaś taka, zupełnie nieciekawa. Jakby piłka dla szczypiornisty. Odwinąłem papier, a tam takie chuj wie co, biaława kulka. Żadnych paragonów, informacji, nic. Postawiłem najpierw w jednym kącie, potem w drugim, aż w końcu Ślepnir to wywlókł na dwór i o tym zapomniałem.
***
Dwa dni później byłem zdumiony własną głupotą: Najwyraźniej kosiłem trawę w nocy, sam, bo moje chaszcze i krzaczory zniknęły, a na ich miejscu nie było absolutnie niczego. Myślałem, że to Hoffman mnie trolluje, ale ostatnio jest jakiś nieswój (o ile można tak powiedzieć o ghulu) i raczej nie w głowie mu psoty. Poza tym, usłyszałbym, jakby odpalił spycharko-kosiarkę z wirującymi ostrzami i modułem ssąco-liżącym dla operatora... Choć może i nie. Hof zarzekał się na święte bagna, że to nie on. Dziwne. Szarańcza jakaś, czy co... Albo lunatykuję. Ale chyba nie.
***
Parę dni później wpada do mnie Kleo Sewittz, miejscowa seksbomba i najbliższa mi osoba na tym ziemskim padole. Stuka szpilkami po wkopanych kamorach, otwiera sobie drzwi i od progu woła: Panie doktorze, panie doktorze! (Ani ze mnie pan, ani doktor, ale to już weszło w krew i nie oduczysz!) Mamy drugie banshee!, krzyczy ten anioł w szpilkach.
Jak to: drugie banshee? Gdzie? Pytam.
Z tyłu hangaru!
Mam hangar w ogródku, dłuższa historia, nieistotna teraz. Idziemy sprawdzić. Jedno banshee wisi, jak debil, z tyłu hangaru, owszem, i maca szponami i wącha coś drugiego, podobnego nawet.
Co to kurwa jest? Pytam się na głos, tak naprawdę nikogo w szczególności, bo Kleo nie jest znawczynią dziwolągów, najwyżej entuzjastką i neofitką świata nieludzi - a banshee nie było sensu pytać, bo nie mam czasu ani ochoty na kalambury z latającym namiotem. Hof przyniósł drabinę i wszedłem, by obadać to dziwne coś.
To dziwne coś okazało się być skórzaste, jak zasuszony na słońcu żółw, coś takiego. Całe brązowe, bez zapachu, dobrze przymocowane. Nie ruszało się. Kazałem Hoffmanowi to obserwować, a w razie czego wystawiłem przed dom działko przeciwpancerne, które mój sąsiad zachomikował w czasie wojny i przekazał mi kilka miesięcy temu. Wycelowałem prosto w to skórzaste coś.
***
Wczoraj przybiega do mnie Kleo, cała zaaferowana. Hoffman do niej zadzwonił, świnia jedna, za moimi plecami, a Kleo przybiegła do mnie i poinformowała mnie: To coś się rusza. Jakie coś, wolałem dopytać, bo przecież dużo jest rzeczy, które mogły zacząć się ruszać, nawet jeśli teoretycznie były to rzeczy stacjonarne. Złapała mnie za rękę i popędziła ze mną przez trawnik. Bieg w horrendalnie wysokich szpilkach przez trawnik to sztuka, nie dajcie sobie nigdy wmówić, że nie. Usain Bolt się chowa.
Po przebiegnięciu kilkudziesięciu kroków, wszystko stało się jasne. To znaczy nie wszystko, ale przynajmniej to jedno:
Kokon, powiedziała Kleo, marszcząc brwi. Ja marszczyłem się cały na myśl o tym, że to zawsze mi się takie coś przytrafia. Kurwa, kokon. Jakie głupie słowo.
To znaczy to BYŁ kokon, a teraz to BĘDZIE coś. Trudno powiedzieć, co - bo dopiero się wykluwa, ale byłem dobrej myśli... No i szkoda by było to zastrzelić. Rozłożyliśmy leżaki i zalegliśmy, dyskutując i wymieniając uwagi o tym, co też może się wykluć z takiegoż kokonu, skąd to się w ogóle wzięło, i tak dalej. Około szóstej przyszedł Hoffman i nas opieprzył, że stresujemy to i nie powinniśmy, natura powinna mieć czas na takie rzeczy. Więc poszliśmy do domu. Z okna widziałem, jak Hof włazi na drabinę i gada coś do kokonu. Co za facet.
***
Następnego dnia się mocno poirytowałem, bo Hoffmana nigdzie nie było, kokon odpadł od ściany hangaru, a Kleo Sewittz musiała pilnie wyjechać nad morze na zdjęcia do jakiegoś katalogu bielizny czy coś. A ja nie mogłem jechać z nią, na domiar złego za nic nie mogłem się skupić i nic nie chciało współpracować. Tragedia. Tak się dodatkowo wkurwiłem na jedną szafkę z papierami, że strzeliłem do niej z dwururki. A potem, w przypływie furii i innych negatywnych uczuć, wykopałem ją na zewnątrz, polałem naftą i podpaliłem. Chuj z dokumentami, po co komu tyle papierzysk!?
Pod domem rosła kiedyś tuja, a którą ściąłem przypadkiem spychaczem, jak parkowałem po cichociemnemu. Dorzuciłem ją do ognia i dolałem nafty. Jak się zhajcuje, to będzie po problemie. Sfajczyłem szafkę, tuję i stare siedzenia z samochodu. I zagłówki do innego samochodu. I na koniec dorzuciłem starej słomy z poddasza. Strażaki tylko zadzwonili z pytaniem, czy to ode mnie ten dym i płomień, i co powiedzieć sołtysce, jak zapyta, co tak śmierdzi. Posłałem ich do wszystkich diabłów, do ognia dorzuciłem pół starej kanapy i usiadłem na drugiej połowie czując, że zaczynam mieć mokrą dupę i że irytacja wcale mi nie przechodzi. Przerzuciłem mokre drugie pół kanapy na stos, podlałem naftą i stałem, patrząc na ogromny płomień. Jak się nafta skończyła, poszedłem po jakąś ohydną whisky z Kanady, i tyle samo, co podlewałem ogień, wlewałem w siebie.
I nagle usłyszałem szaleńczy łopot, a potem znikło wejście do domu.
Nie, że naprawdę znikło, czy wybuchło czy coś. Po prostu... Jakby się schowało. Podszedłem, zataczając się, zainteresowany. Tam gdzie jeszcze przed chwilą były drzwi, teraz była jakby kotara... Jakby z tektury. W jakieś wzory, jakby kamuflaż komandosa. Byłem nieźle nabzdryngolony i chwiałem się trochę.
Nagle przybiega Hoffman, zdenerwowany i zestresowany, i z daleka drze ryja: Okropny, Okropny, kurwa, nie dotykaj, nie psuj, odsuń się! Odwracam się, a ten biegnie z ręką wyciągniętą, jakby w biegu iskał głowę niewidzialnej małpy. Odsunąłem się, a ten... Cap! Złapał mnie i trzyma, potrząsa mną, jak debil. Zacząłem się wyrywać w sloł-pijak-mołszyn.
Hoffman, kurwa, uspokój się, człowieku! Puść mnie, Hoffman!
Przestał potrząsać. Zbliżył swoje oblicze do mojej twarzy, patrzy na mnie badawczo, i pyta:
Dotykałeś jej?
Kogo, kurwa, Hoffman, Kleo? Amelii? Twojej żony? Matki? Kogo? Spytałem zrezygnowany, wyciągając papierosa. Mimo, że rzuciłem lata temu, to jak potrząsa tobą stwór, który może cię przedrzeć wpół jak kartkę papieru z mikroperforacją, masz ochotę zapalić z ulgą, choćby po to aby zrobić cokolwiek ze swoim życiem. Odpaliłem i od razu wywaliłem, nie zaciągając się nawet raz. Fuj. Nie palę, ale noszę przy sobie, jak mam chęć, nawet zapalę czasem. Wolno mi.
Hoffman, powiesz mi, o chuj ci chodzi? Pytam ghula, który patrzy jak zaczarowany na ten dziwny karton na moim domu, który na domiar złego zaczął się ruszać, szeleszcząc i robiąc wiatr jak tuzin wodolotów.
Hof, co to jest?
To? To... Miłość mojego życia, odpowiedział zakłopotany ghul, który spuścił wzrok i zaszurał nogami.
Tego było dla mnie za wiele. Parawan położyłeś mi na domu i nazywasz go miłością? Kartonowe chujwieco? Pojebany jesteś?
I nagle ten parawan się odwrócił, wylądował na ganku i okazało się, że ogłoszenia z "Vesena" trzeba traktować poważnie, bo naprawdę ktoś może przysłać jajo mega ćmy, za darmo.
Hoffman zaczął głaskać futerko tego ogromnego owada, a ja, zupełnie niezdziwiony jej obecnością, począłem czuć się jak ostatnia świnia, że rozpaliłem ognisko... Ćma przecież mogła się uszkodzić! Ale pewnie wraz ze wzrostem masy ciała wzrosła inteligencja owada, więc może nie jest taka lekkomyślna jak jej mniejsze siostry.
Tak stałem i myślałem, pociągając z flaszki, aż osunąłem się w błogi sen - który przyszedł prędko, bądź co bądź, jak człowiek wkurwiony, przerażony i pijany, to się szybko wypala i odpływa.
***
Następnego dnia już o nic nie pytałem, tylko poszedłem do hangaru i patrzyłem, jak niczym myśliwiec na ziemi siedzi/leży ogromna kilkumetrowa ćma, a obok niej, wtulony w futerko, leży ghul zwany Hoffmanem i obejmuje jej trąbkę. Kleo wciąż jeszcze nie przyjechała, więc miałem czas na zajęcie się moim kolejnym supertajnym projektem.
Zmusiłem Hoffmana do podpisania lojalki, że nie odlecą na zawsze, a ćma zrobiła ryjek i właściwie rozpłynąłem się, taka była słodka i urocza. Ciekaw jestem, co Kleo powie, jak ich zobaczy, ale pewnie Hof już puścił jej milion selfiaczy ze swoją dziewczyną...
O ile to dziewczyna, ale nie wnikam. Jak gatunek mu nie przeszkadza, to chyba płeć też nie robi różnicy.
23:03

Penny Pulp #24 - Bajka na dobranoc II


Za górami, za lasami i za jedną rzeczką, żyło sobie trzech braci Jedzonko, którzy byli najlepszymi fachowcami w swoim fachu. Jeden, najwyższy i najbardziej barczysty, Jak, był słynnym na cały świat płatnerzem. Robił zbroje, miecze i topory, zdobione najbogatszymi ornamentami, tylko dla najbogatszych wielmożów. Drugi, Yon, nieco mniejszy, lecz również wielki i gruby, był równie słynnym, znanym na dworach uczonym, filozofem i mówcą. A trzeci, Władek, był mały, szczupły i zupełnie odmienny od pozostałych braci... Miał bowiem talenta magiczne, które stale rozwijał, lecz wciąż było mu mało i mało.
Zazdrościł swoim braciom? Spytała Kleo, zawinięta w kocyk jak ogromny naleśnik.
Och, ogromnie, powiedziałem. Ale wróćmy do bajki...
Naleśnik pokiwał ochoczo głową, po czym głośno wydmuchał nosek.
Lata mijały, a bracia Jedzonko rozwijali swoje talenty, osiągając coraz większy prestiż i stając się niezastąpionymi. No, poza Władkiem. Władka traktowali jak magika, od sztuczek, bo powiedzmy sobie szczerze, nie potrafił nic więcej. I tak sobie żyli, wszyscy troje w jednej osadzie, w domach obok siebie. Yonowi i Jakowi żal było Władka, który nurzał się w swojej frustracji dostatecznie mocno, że bracia postanowili zrobić coś, co go rozweseli.
Jak rozesłał listy, w których zaprosił wielmożów, by przyjechali wraz ze swymi orszakami do maluteńkiej osady, gdzie mieszkali, na wielki jarmark, z tańcami, cyrkiem, żonglerami, sztukmistrzami i wszelkimi innymi rozrywkami. Jak chciał za wszelką cenę rozweselić brata, który wydawał mu się jakiś markotny.
Yon z kolei udał się do największych spośród mędrców, kolekcjonerów dzieł literackich mnogiego zakresu, w poszukiwaniu księgi, która pomogłaby Władkowi zdobyć odpowiednią wiedzę, by... Szukałem słowa. Kleo przyszła mi z pomocą.
Wbić wyższy level?
Właśnie tak, naleśniku, zgodziłem się. Yon przybył pierwszy, z wielką księgą magii nocy w jukach swojego wierzchowca, i z ostrzeżeniem dla brata w głowie. Wręczając mu grymuar, powtórzył ostrzeżenie mędrca.
Jakie ostrzeżenie? Dźwięk był zduszony przez warstwę koca.
Tajemne, bez dwóch zdań. Słuchaj dalej.
Władek zajął się więc zgłębianiem tajemnic magii dnia i nocy, jednak wciąż jego bracia byli bardziej znani, sławni i bogaci, mimo, że ciężko pracowali na sukces. I mieli więcej kochanek, moja droga. Pięknych blondynek, na każde ich skinienie.
Czekałam, kiedy to powiesz.
Właśnie powiedziałem. Z biegiem czasu odcyfrował starożytne, zapomniane zaklęcia nocy, zdobywając przeogromną wiedzę. Jednak wciąż był nikim; młodszym, nieciekawym bratem Yona i Jaka, zupełnie nieinteresującym dla płci przeciwnej brudasem z tłustymi włosami. A pozostali bracia znali modę, dobre obyczaje i maniery, a ich odzieniu nie można było niczego zarzucić. Władek zmienił imię na Vlad, krótsze i twardsze, ogolił głowę i zaczął nosić się jak akolita, w długie czarne szaty. Ludzie zaczęli zwracać się do niego po pomoc, ale Vlad za nic miał prostaczków, których jedynymi problemami były wzdęcia, tępe sierpy i tuczenie zwierząt hodowlanych. Z rzadka mógł pomóc jakiemuś komesowi czy wójtowi, jednak oczekiwania Vlada rosły, zaczął czuć dumę i chodzić z podniesioną głową.
A wtedy nadjechali wielmożowie, każdy ze swoją świtą: żoną, metresą, orszakiem dworzan i dwórek, dzieci, najlepszych rycerzy i wojów, uczonych, mędrców, muzyków i tak dalej. Szybko obozy ich przerosły osadę, a tabory z zaopatrzeniem otoczyły osadę ciasnym kręgiem.
Vlad usiłował brylować w różnych towarzystwach, ale brakowało mu pokory i ogłady, w dodatku odkrył, że nawet jak uda mu się zainteresować sobą płeć przeciwną, to gorzej z utrzymaniem zainteresowania, nie mówiąc już o żarze uczuć, ognia seksualności, orgazmów niby fontanny mleka, o których opowiadali mu bracia, listonosze i piekarze. W dodatku żaden z możnych nie traktował go poważnie, ponieważ był najmłodszy i najdziwniejszy, a do tego raczej chudy i słaby, choć z biegiem czasu robił się coraz bardziej żylasty i silny. Magia buzowała w nim, a on był sfrustrowany i chciał przestać być.
Jednej nocy więc przygotował zaklęcie, po którym miał stać się panem życia i śmierci. Jego duma przyćmiła zdrowy rozsądek i poniechał brania pod uwagę ostrzeżeń obu braci, mędrców i możnych. Rozpoczął inkantację bardzo wczesnym wieczorem, by skończyć skandowanie tuż przed świtem. Rzucając ostatnie sylaby, był już tak zmęczony, że po zakończeniu padł zemdlony i spał przez trzy całe dni i trzy noce, i nikt mu w tym nie przeszkadzał. Gdy się obudził...
Wszystko było na opak?
Właśnie tak. Możnowładcy nosili kostiumy błaznów, skakali jak małpki dookoła i chrumkali jak świnie. Kłaniali się Vladowi i ustępowali mu z drogi. Jak kichnął, fikali koziołki. Jak pierdnął, zakładali garnki na głowy, a jak marszczył brwi, uciekali. Wszystkie kobiety łasiły mu się do stóp, gotowe na wszystko, ale on nie czuł do nich żadnego pociągu. Szukał swoich braci, bezskutecznie. Próbował pytać, ale nikt nie był w stanie mu niczego mądrego powiedzieć; nawet, gdy rozkazał komuś zaklęciem, o Yonie i Jaku nie było słowa, tylko bełkot i głupie zachowanie...
Jak u szympansa na kwasie? Spytała Kleo, zmieniając się z naleśnika w pieroga.
Na przykład. Vlad chodził między tymi których niegdyś podziwiał i gardził nimi. Mędrcy wyglądali jak śliniący się idioci, królowie jak błazny, piękne kobiety były jeszcze piękniejsze, lecz nudniejsze niż rozgotowana kapusta, a wszyscy pozostali: chłopi, wieśniacy, rzemieślnicy i reszta - zniknęli. Zaczęło brakować pieczywa, mięsiwa i warzyw.
Vladowi szybko znudziło się bycie królem głodujących i niepełnosprawnych umysłowo, i zatęsknił za braćmi. Wymyślił więc kolejną trudną inkantację, która miała nieco poprawić mu humor, warunki bytowe i przywrócić Yona i Jaka.
Gdy skończył i ocknął się na ziemi, wszystko wróciło do względnej normy. Co prawda możni i rycerze dalej drżeli na jego widok, lecz przynajmniej mówili po ludzku. Kobiety były jeszcze nudniejsze, jeszcze piękniejsze i jeszcze mniej go pociągały. Ale pojawili się dwaj rzemieślnicy: Jonko Jedzonko, księgarz serowar i jego brat Yako Tako, masarz kowal.
Więc wrócili! Cieszył się Vlad, że ujrzy braci, jednak spotkanie zrujnowało jego oczekiwania. Oto Janko, dawniej Yon, lepił z sera placki, na których układał rodzynki i kamyki, i z których układał kwadratowe stosy. Rozpływające się i śmierdzące parodie książek z owczego i koziego sera otaczały Yona-Janka z każdej strony.
Yako Tako, który wyglądał jak dawny Jak, miał na sobie kamizelkę z plastrów boczku, spodnie z polędwicy i kapelusz z piórkiem. Miał wielki młotek z salami i walił nim w mięso, tworząc bogato zdobione kabanosy i balerony. I świata poza tym nie widzieli; nie rozmawiali ze sobą, nie jedli, nie pili, nie zdawali sobie sprawy ze świata, pochłonięci jedynie swoimi zajęciami.
To też nie satysfakcjonowało Vlada. Który poza tym wszystkim spostrzegł, że w jego wnętrzu brakuje czegoś, brakuje tak bardzo, że zaraz wybuchnie. Naprędce nastrugany patyk pomógł jedynie na chwilę, lecz Vlad nie miał wyjścia. Słabł wyraźnie, zaczynały zawodzić go zmysły. By ratować swoje życie, powziął jedyne kroki, które mógł sobie wyobrazić, że pomogą.
Ustawił wszystkich w kolejce do swojego łoża, wypiął się i rozkazał każdemu mężczyźnie czynić swą powinność wobec swojego suwerena. Więc każdy woj, kupiec, rolnik, możny i parobek wzięli udział w rozjechaniu Vladowi dupska, które po dwudziestym przypominało raczej tunel tramwajowy...
Ejże! Doktorze! Przecież wtedy nie było tramwajów... Żachnęła się Kleo, która przerabiała teraz pozycję pt. "Cielak z dwiema podpórkami", to znaczy zasłuchana opierała się na obu dłoniach.
No ja wiem, Kleo, ale ta bajka chyba nie wyjdzie poza twoją sypialnię, więc...
No, dobrze. Po prostu z rozmiarów kabanosa przybrała rozmiar półtuszy?
O! To było dobre porównanie. No więc Vlada przerżnęli wszyscy we wsi, a im bliżej było końca kolejki, tym Vladowi bardziej się podobało. Wkrótce kazał wszystkim przelecieć go raz jeszcze, a potem jeszcze raz. A potem padł wycieńczony.
Następnego dnia kobiety były zupełnie znudzone, mężczyźni za to piękni, gładcy acz krzepcy i mocni, więc Vlad nabrał ochoty na powtórkę, lecz żaden z, eee, członków, nie był w stanie go zadowolić. Zupełnie, jakby zmiękły wszystkie i skurczyły się do rozmiarów... Zupełnie Vlada niezadowalających. Poszedł więc do braci, którym zabrał największe salami i największy oscypek, którymi masturbował się analnie tak mocno, że w przypływie jurności i emocji wykrzyczał trzecią inkantację, od której zatrzęsły się ściany, a z dachu posypała się strzecha. I stracił przytomność.
Gdy się obudził, leżał w czystej pościeli, w nie swoim łóżku. Rozejrzał się i odkrył, że znajduje się w łożu w pracowni Jaka. Wyskoczył z niego i pobiegł do kuźni. Wyściskał i wycałował zdumionych braci, wybiegł i uściskał każdego napotkanego i każdą napotkaną, szczęśliwy, że to był tylko sen.
Jednak, gdy wrócił do siebie, w pokoju, gdzie trzymał grymuar, nie było niczego, jeśli nie liczyć czterech potężnych wojów, z którymi założył trupę cyrkową i jeździli po wszystkich zakątkach świata, wystawiając scenę pod tytułem "Vlad - nadziewanie ostro na pal z każdej strony" czyli w skrócie "Palownik".
Bracia i wioska mieli wreszcie święty spokój, gdyż Vlad raz do roku tylko zjawiał się w osadzie. Było to na urodziny braci, gdzie wystawiał w namiocie specjalny numer solo z oscypkiem i salami. Koniec.
Ojooj... A morał?
Morał jest bardzo prosty: Gdy przepełnia cię zawiść, zazdrość i ból dupy i inne negatywne emocje, to znaczy że trzeba ci bolca.
Doktor żartuje, prawda...? Prawda? Dopytywała Kleo.
Eee, magia to nie rozwiązanie? Dobry bolec dobry na wszystko? Raz w dupę to nie pedał a po trzecim razie się zeruje? Iluzjonista to chuj, nie czarodziej?
To ostatnie chyba najlepsze, powiedziała Kleo po krótkim namyśle. A co z tajemnym ostrzeżeniem?
Właśnie, tajemne ostrzeżenie brzmi: Kto krzyczy po nocach i budzi się rano na ziemi spocony i nagi, ten bez wątpienia lubi w dupę i żadne magiczne grymuary mu do tego niepotrzebne.
I wolałbym, żeby morał jednak każdy po swojemu odnajdywał i tego się będę trzymał.
23:01

Penny Pulp #23 - Bajka na dobranoc


Kleo była chora i leżała w łóżeczku. I przyszedł doktor Okropny i wmusił syrop z cebuli, mleko z czosnkiem, herbatę z gorzałą i rozpoczął układanie do snu:
W ogródku, opodal krzaczka mieszkała żaba dziwaczka. Ale naprawdę, poważnie, serio. Nie kaczka, choć były pewne podobieństwa, jak błony pławne na stopach czy permanentnie głupi wyraz pyska. Te wyłupiaste oczy, porażka.
Wiesz, że żaby lubią przebywać w stawach i innych takich? Wszystkie dobre dzieci to wiedzą! Ale ta żaba miała inne podejście do życia i preferowała żywot kulturystyczny z dodatkiem wrestlingu, jak akurat był ktokolwiek do zapasów.
Mało kto miał czas i ochotę na wrestling, więc żaba zapuszczała się daleko, w inne ogródki, by siłować się z innymi, najczęściej wbrew ich woli.
Tak się naprzykrzała innym ogródkom, tak już jej mieli dość mieszkańcy okolicznych terenów zielonych, że wynajęto bociana, by się z żabą rozprawił. Żaba była potężna, umięśniona, więc byle sztuczka bociana nijak nie wchodziła w grę.
Kleo przerwała mi pytaniem, prośbą, jak mała dziewczynka.
Proszę, proszę, niech to się dobrze skończy... Plis pliis? Głos miała już śpiący.
Ale dobrze dla kogo? Dla wszystkich?
Mmhmm... Powiedziała, już zamkniętymi ślepkami Kleo, odpływając w błogi sen.
Dobrze... Powiedziałem. Odczekałem chwilę, by upewnić się, że zasnęła.
Bocian skrzyknął gang ptaków brodzących i roznieśli żabsko bazookami, jak spała, a potem zaczęli terroryzować okoliczne wioski. I właśnie wtedy przyszedł zły wilk, który rozgonił towarzystwo na cztery wiatry, a potem stręczył czerwonego kapturka i babcię dla myśliwego, który ostatecznie zastrajkował i zabił wilka, bo nie miał jak zapłacić.
Zgasiłem lampkę i cichutko wycofałem się z pokoju.
To była dobra bajka, wymruczała Kleo pod nosem, jak zamykałem drzwi. Usłyszałem tylko dlatego, że w domu było cichuteńko. Chciałbym, żeby u mnie było tak cicho.
22:58

Penny Pulp #22 - Odpust we wsi


U mnie we wsi, mimo że nie ma kościoła, emerytowane proboszcze które mają domki pod lasem, organizują co roku odpust pod kapliczką. Zachęcam każdego, żeby przyjechał i to zobaczył. (Odkąd się tu wprowadziłem, jedyni ludzie-ludzie z którymi utrzymuję kontakt, to sąsiedzi, rodzice, kilku dawnych znajomych i nieliczni ci, których spotkam na swej drodze i jakoś kontakt zaskoczy. Cała reszta, czyli gruba większość to jakieś wampiry, alpy, banshee, wilkołaki, chysarny, pajkołce i co jeszcze. I im też mówię: Przyjedź przyleć przyleź na odpust pod kapliczką, stary, to najlepsze, co może cię spotkać w tym i tamtym życiu.)
Przygotowania zaczyna się od tego, że kilka dni wcześniej sędziwe dziadki w sutannach objeżdżają na rowerach całą wioskę w poszukiwaniu wypożyczonych parafianom ławek i parasoli ogrodowych. Te bardzo często zmieniają właścicieli, więc staruszki księża muszą się napedałować, żeby odnaleźć coś, co było na przykład u Malinki, który pod księżowskim parasolem kradzione auto przed panem Bogiem chował... Stary, dobry Malinka.
Potem, jak już znajdą te wszystkie parasole, zjeżdżają pod las, żeby pożyczyć od starego Wojki traktorek z przyczepką, żeby to przewieźć na miejsce docelowe, czyli na trawnik pod opuszczoną chałupą pod kapliczką. Opuścili ją (chałupę) podobno jeszcze przed wojną jacyś Żydzi czy inni Polacy, ale spadkobiercy w dupie mają i stoi, niszczejąca, rozkradziona ruina. Raz do roku sołtyska wjeżdża w chaszcze przed domem kosiarką, żeby msza odpustowa pod gołym niebem mogła się odbyć w jako takich warunkach. Tak byłoby i tym razem, tylko że stary Wojka wykitował cztery miechy temu, a spadkobiercy przyjechali ciężarówkami i wszystko, co było z metalu roztargali na złom. Z kaloryferami włącznie. A na złomie jest facet, który ci nawet gwoździa nie sprzeda, bo wpadł w pułapkę chciwości i przydasiości. To znaczy: Rury, pręty i byle gówno ci sprzeda, ale nigdy nie to, co chcesz kupić... Jeszcze się nie zdarzyło. Ale czasem da coś za darmo, w przypływie dobroci. Ja na przykład przyszedłem po młotek, a dostałem ozdobną, zardzewiałą misę i złamany pogrzebacz. Tak więc raczej traktorek starego Wojki będzie stał, aż facet ze złomu się przekręci, albo rozsypie ze starości (on lub traktorek), a wtedy można jedynie mieć nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto ten bałagan posprząta. Teraz przybiega do mnie sąsiadka (nie Kleo, jak raz), zdyszana wpada mi przez furtkę, biegnie w laciach przez podwórze, drogę podjazdową jak raz czystą i niezajebaną gratami. Biegnie, Aldona, matka dwójki dzieci, przykładna żona, zawsze uczesana i umalowana pani z piekarni, przez moje podwórko. Aż się banshee zainteresowało i z cichym łopotnięciem sfrunęło ze szczytu dachu i zawisło pod stropem otwartej stodoły. Otwartej, bo wyjebałem drzwi, nie ma Alfreda - nie będę odbudowywał. Na szczęście Aldona nie z tych kumatych co patrzą w górę.
Doktorze, doktorze! Doktorze! Podbiega do mnie i szarpie mnie za rękaw. Prawie sobie przyspawałem rękę do rury... Wyłączyłem gaz, ściągam maskę, tylko po to, żeby ujrzeć zatroskane oblicze mojej sąsiadki. I jej chyba w połowie niedoskubane brwi. Patrzę na nią, a ona klapki, rybaczki, w jednej ręce pęseta, a drugą mnie pyrga, wcale nie przejęta czarnym dymem, który unosi się w powietrzu i za nic nie chce spierdalać.
No? Mówię do tej naruszaczki własności prywatnej i miru domowego.
Doktorze, doktorze, księdze potrzebują pomocy, bo staremu Wojkowi się umarło, traktorek przepadł, a teraz żniwa i wszystkie traktory na polu! Wykrzyczała mi w twarz Aldona Mazurek, czy tam Mazurkiewicz. Nigdy nie wiem.
No i? Pytam, bo nawet jestem ciekaw, co chce powiedzieć.
No, i ni mocie tam jakigo traktora w tej waszej stodole czy inym hangarze? Ni zostawieł wom stary Rosborg czegoś, co by można było do prziczepy i z prziczepom te one parasole zawjyś? Przeszła płynnie na Oberforscki.
Chcesz żebym woził księdzom graty po wsi moim ciągnikiem, tak? A co sołtyska na to? Pytam, bo jak ostatnio wyjechałem tylko na moment moją spycharką na bazie czołgu na drogę, to udzieliła mi reprymendy, a przecież nikt nie zginął, a kierowca ciężarówki tylko jedynki stracił, jak wyrżnął mordą w kierownicę. Kazał im ktoś tak wypierdalać przy ograniczeniu do czterdziestu?
Jo sie Edeltrautą zajmne, ino prosza wos doktorze, gibko, bo te sprzynty zaroz sie pogubiom nazot! Powiedziała, energicznie wymachując rękami.
Dobra, dobra, idę. Tylko żeby nie było że nie ostrzegałem...
***
Następna godzina przyniosła kilka nie lada wyzwań i wydarzeń, które byłoby mi bardzo ciężko przeżyć, gdyby nie to, że siedziałem w czołgu, a wspierała mnie (licząc od siły wsparcia): Kleo, Aldona, zastęp siwych księżulków, sołtyska i horda wiejskich cwaniaków w wieku od lat sześciu do czterdziestu dwóch.
Najpierw opróżniłem przyczepkę, w której miałem różne graty (głównie jakiś złom) na swój podjazd i kazałem Ślepnirowi pilnować. Potem wyjechałem moim spychem i byłby się zrobił straszny klops, gdyby nie przyszła Kleo Sewittz z gotowym pomysłem. Trzy telefony i kilkanaście stuknięć wysokich obcasów Kleo - i ciężarówki i inne pojazdy muszą objechać Oberforst bocznymi dróżkami. Sołtyska postawiła znaki objazdu, i teraz wszystko w rękach pana boga i księży, żeby nikt nie był mądrzejszy.
Wjechałem tym czołgiem na różne podwórka, taranując niejedno rozsypujące się ogrodzenie. Na górze, obok włazu, siedzieli księżulkowie, którzy pokazywali drogę i błogosławili tych, którym się nie chciało dupy ruszyć i samemu oddać tych kilku parasoli i kutych ławek. A skarżyć się mogli całemu światu, bo sołtyska na miejscu, a wójt gej i wilkołak i mogli nam naskoczyć. Powstała księga zażaleń, którą po imprezie miałem dostać na pamiątkę.
Rosnąca horda wiejskich cwaniaków podążała za nami, ćmiła papierosy i dłubała słonecznik. Jej uczestnicy i uczestniczki robili mądre, cwaniakowate miny i gadali takie rzeczy, że ściskało w środku, że człowiek nie może ich po prostu rozjechać. Wiecie, ten typ, co rzuca kamieniami w twój samochód, a jak spytasz, o co mu chodzi, to mruży oczy i zaciąga się petem. Parę razy dałem takiemu jednemu czy drugiemu gówniarzowi po pysku, więc nauczyli się trzymać bezpiecznej odległości i pojawiać w dużej grupie.
Gdy już zebraliśmy do kupy wszystkie ławki i parasole, księżulki zadecydowały, że w tym roku te bumdersznyce, kapcany i kozojady ze wsi nie zasłużyły na parasole i kazali odwieźć parasole pod te ich domki pod lasem. Na tej dróżce się ledwo dwa czinkłeczenta wyminą, a teraz jechał na wprost mnie któryś z tych zjebów Baumanów czy Fullerów, swoim nowym mercedesem. Życzyłem szczęścia, rodzina Baumanów czy tam Fullerów krzyczała, a ten Wojtek czy też Waldek w porę się opamiętał i wbił wsteczny... Idiota do ostatniej chwili myślał, że jak będzie ziewać, krzyczeć, trąbić i robić naburmuszone miny, to się zatrzymam, przeproszę i zawrócę.
Ha! Ale się zdziwił! Krzyczało, wymachiwało rękami i robiło obraźliwe gesty pół tysiąclecia doświadczeń w postaci sześciu dziadków w sutannach, którzy się rozsiedli na górze i przeżywali najlepsze chwile swojego życia. Pozostali dwaj spali na przyczepce.
Gdy już wszystkie parasole zostały odwiezione na miejsce, wszystkie ławki zostały wyładowane z przyczepy... chciałbym powiedzieć, i wreszcie był spokój. Ale nie.
Do wyładowywania ławek z przyczepy, sołtyska zaprzęgła cwaniaków i przypadkowych przechodniów, którzy zaoferowali pomoc w organizacji przedsięwzięcia. Tak się guzdrali, że uznałem, że mam to w dupie i wracam do domu. Odłączyłem przyczepę i pojechałem z powrotem do domu. Albo byłbym pojechał, gdyby cwaniaki nie poodwracały znaków objazdowych. Teraz pod moim domem stała ciężarówka, a za nią druga, trzecia, piąta i aż do drogi z lasu.
Wkurwiłem się nie na żarty. Wycofałem maszynę i zastosowałem zasadę odpowiedzialności zbiorowej: Wjechałem na podjazd świętej pamięci Alfreda, gdzie teraz mieszkali Neckerowie, przejechałem dróżką aż do końca działki, po czym staranowałem ich ogrodzenie i wjechałem do siebie. Neckera i jego żony nie było, córka na koloniach czy coś, a mały był w bandzie z resztą dzieciaków i był zajęty mokrymi marzeniami o Kleo, jeśli akurat czegoś nie psuli albo nie kradli komuś owoców. Zostawiłem spycharkę w ogródku przed hangarem i poszedłem w stronę domu, żeby zaznać trochę spokoju.
I co? I mały Necker razem z tymi gówniarzami, którzy mieli dość dużo bezczelności i bardzo mało oleju w głowie, buszowali w moich jeżynach, zrywali moje jabłka i myszkowali w mojej stodole. W biały dzień!
Krew mnie zalała.
***
Weź ino te najczerwieńsze! Tyn chuj prędko nie wróci!
Pewnie dyma tą Kleo!
W ta wielko rzić jum dupi!
Hahaha!
Ostrężiny, kurwa, zbierej, Kazik!
Jo to yno rozpierdola i pitomy!
Krzyczeli do siebie gówniarze, a jeden z nich mocował się z tungstenową kłódką do pomieszczenia, w którym trzymałem prawie wszystkie nielegalne pukawki, jakąś gorzałę, c4 z claymorów... Takie rzeczy. Hoffmana znalazłem za krzakiem. Był przerażony.
Co jest, Hof? Co się chowasz za krzakiem, jak nas rabują? Ikry nie masz, żeby ich wystraszyć?
Hoffman popatrzył na mnie z bólem w wielkich oczach. Najwyraźniej odezwały się w nim instynkty rodzicielskie, więc był w obecnej sytuacji taktycznej użyteczny jak łopata z plasteliny. Ślepnir odszczekiwał złomiarzy, którzy usiłowali skorzystać z mojej otwartej bramy i nieobecności i zajebać złom ze sterty na moim podjeździe. Kleo nadzorowała i chwaliła pracę przymusowych ochotników organizujących podest obok kapliczki, a sołtyska z wójtem odpierali słowne ataki wszystkich, którzy mieli coś do powiedzenia. Byłem sam jak palec w tym wszystkim i nie bardzo miałem możliwość zastrzelenia tych gówniarzy. A opcja z przeganianiem ich raczej nie wchodziła w grę - w ogólnym chaosie łatwo było coś lub kogoś przeoczyć. Byłem w kropce.
***
Zazwyczaj tak jest, że rozwiązanie problemu leży w zasięgu ręki, jest pod ręką, albo nie wiadomo, w co ręce wsadzić... Dzieciak buszujący w moich jeżynach nagle zbladł, rozpędził się i dobiegł do stodoły, w której myszkowali gówniarze. Zatrzymał się i zwymiotował, płacząc, barwiąc na jeżynowo swój biały tiszert Nike. Pozostali przerwali buszowanie i obśmiewali go równo, trzymając się za boki.
Hłehłehłehłe, paczcie, Aadam się zerzyygał! Zaintonował jeden, a reszta podchwyciła temat. Wymiotujący chłopak śmiał się, rzygał i płakał, jednocześnie próbując tłumaczyć.
Re... Ręka. Powiedział.
Renka? Swoją starą zobaczyłeś i się zerzygałeś?
Powąchoł jyj cipa i go zmuliło!
Haha!
Adama stara nie myje cipy, ahaha!
Wtem ten wymiotujący wystartował, złapał tego, który zasugerował, że mama Adama może olewać higienę i przyłomotał mu w nos, aż chrząstka zatrzeszczała. Pozostali usiłowali rozdzielać, ale Adam, jako najstarszy z całej bandy, szybko ich rozłożył celnymi kopniakami, stereo i wykręconymi rękami, więc sytuacja rozwiązała się sama. Złapał kombinerki walające się na ziemi i poszedł w stronę jeżyn. Opportunity knocks! Wykorzystałem tą chwilę na związanie trytytkami (w stodole mam w KAŻDEJ szufladzie) tych pieprzonych gówniarzy, zakneblowanie i wrzucenie do kanału w garażu. Cała akcja zajęła mi dwie minuty, a Adam przyszedł po trzech. Akurat zdążyłem oprzeć się o wrota stodoły, jak wrócił z odciętą ręką, którą znalazł w jeżynach.
Potrzebujesz pomocnej dłoni, chłopcze?
Zobaczył mnie, rzucił eksponat numer jeden na ziemię i zaczął spierdalać, ale niestety wybrał sobie drogę przez główną bramę, a tam był Ślepnir, no i koniec końców chłopak jednego dnia i się obrzygał, i obsikał, i pofajdał.
Nie bardzo wiedziałem, co zrobić z tymi związanymi gówniarzami w kanale w garażu, więc postanowiłem zapytać pani sołtys. W tym celu udałem się pod kapliczkę, gdzie w cieniu rozłożystego kasztana stały i plotkowały Kleo, sołtyska i przeróżne baby ze wsi. Kleo wyglądała przy nich jak striptizerka aplikująca do koła gospodyń wiejskich, ale jakoś to wychodziło bez kwasów. Może dlatego, że Kleo była najmilszą i najpogodniejszą osobą, jaką można sobie było wyobrazić, a baby znały ją od dziewczynki.
Pani sołtys, można prosić na stronę? Mam istotne pytanie dotyczące przebiegu jutrzejszej imprezy i chciałem się skonsultować...
Dobra, dobra, doktorze. Co jest? Co potrzeba?
Trzeba dać nauczkę paru gnojom... Wie sołtys którym. Pomyślałem, czy nie chciałaby sołtys jakoś... Pomóc? Czy mam sam?
Patrzyła na mnie chwilę, chyba usiłując wyczytać z mojej twarzy, czy mam na myśli wystrzelanie strażaków-pijaków, wysadzenie mercedesa Baumanowi czy inną wendetę, której scenariusz się pisał sam od ostatnich lat, jak tu mieszkam.
Patrzyła i patrzyła, aż w końcu kiwnęła głową i poprosiła, żebym nie zakłócił uroczystości odpustowej, a poza tym ona gotowa mi medal dać za czynności wychowawcze na rzecz gminy i zaraz przekaże sprawę wójtowi, który akurat pojechał po lody do marketu obok i zaraz wróci. Kleo spytała tylko, czy wszystko okej, dała mi buziaka i wróciła do pogaduch o jabłecznikach, posypkach i sernikach. I weź nie kochaj takiej. Weź.
***
Uznałem, że warto się przygotować do następnego dnia na tyle dobrze, żeby wszystko grało i nie było żadnych zgrzytów w postaci myszkujących po piwnicy ekip poszukiwawczych poszukujących wrednych gówniaków, więc, asekurowany przez Ślepnira zszedłem do kanału i zabrałem komórki tym gówniarzom, którzy je mieli, a przy okazji trochę ich postraszyłem różnymi łuhuhuu i innymi wrr grr. Telefony przerzuciłem przez płot, w strunowym worku do basenu Neckerowi. A niech się zastanawiają i robią poszukiwania, ha! Debile. Tego mogłem nie przemyśleć, ale już było po fakcie i dupa jaś.
***
Co można zrobić z pięcioma gówniarzami, których chce się okrutnie ukarać, ale bez okaleczania fizycznego? Musiałem trochę pomyśleć. A najlepiej myślało mi się u Kleo. Zazwyczaj normalnie wchodzę do niej do domu, ale tym razem coś mnie tknęło i zapukałem.
Otwiera mi Kleo drzwi i mówi że to nienajlepszy moment, bo kilkoro dzieci zaginęło, mrugnięcie okiem, we wsi i trzeba zorganizować akcję, mrugnięcie okiem i trzepot rzęs, poszukiwawczą, i że w jej salonie siedzą baby i lamentują.
Kleo, słonko, kochanie, te pieprzone wsiowe gówniaki są u mnie w garażu, mówię szeptem do Kleo.
Wiem, doktorze, Amelia mi powiedziała, odpowiedziała mi Kleo szeptem, demonstrując mrugnięcie okiem. Ach... Ale zaraz?!
Jaka Amelia? Zdurniałem. Mamy nową sąsiadkę?
Banshee! Syknęła Kleo mi do ucha, aż "szii" z banshee prawie wyleciało moim drugim uchem.
Nie pierdol, że moje skrzyżowanie pontonu z nietoperzem ma na imię Amelia, wykrzyczałem szeptem do ucha Kleo.
Co?
Nie gadaj, że moje... banshee, tak, ma na imię Amelia, powiedziałem nie szeptem, ale bardzo zniżając głos do właściwie mruku.
Tak ją nazwałam, jak byłam u doktora przed półgodziną, szukać doktora i pytać, co doktor planuje na dziś wieczór... Zrobiła lekko łobuzerską, przygryzając palec w uśmiechu, minę.
Kleo, dlaczego dałaś imię temu skórzanemu namiotowi?
Pomyślałam, że będzie miło móc o niej mówić inaczej, niż tak jak doktor ma w zwyczaju... To w końcu członek naszej rodziny, prawda?
Kurwa mać, Kleo miała rację. Powiedziałem jej to, ucałowałem szczerze i solidnie te pełne usta i odbiegłem w stronę stodoły Alfreda, skacząc przez płot Neckera i biegnąc na skróty przez jego starannie na kratkę przystrzyżoną trawkę. Necker, debilu, gdybyś wiedział...
Hoffman! Hoffman! Jesteś tam? Zapytałem półszeptem, pukając we wrota stodoły. Hoffman!
***
Hoffman, kurwa!
No idę, już idę... Otworzył drzwi. Co jest, doktorku? Spytał, naśladując królika Bugsa. Tylko w najlepszym wypadku chrupałby czyjąś piszczel.
Gówno!
Hmm? Spytał, unosząc coś jakby brwi.
Nie wiesz, czy Bartoszowie mają jeszcze szambo?
***
Kleo, ja i kilkanaście osób ze wsi chodziliśmy przez pół nocy po różnych zakamarkach okolicy, (punktach widokowych oraz stałych miejscówkach tych, którzy potrzebują łona natury) poszukując zaginionych gówniarzy. Namierzaliśmy nawet sygnały ich telefonów, które znalazły się, szok, w basenie u Neckerów. Pani sołtys zajrzała im w okna, ale po dzieciach nie było śladu. Kleo i ja odłączyliśmy się od poszukiwaczy w okolicy trzeciej w nocy, żeby zażyć choć trochę snu przed jutrzejszym misterium...
I nie udało się, ale to inna historia, zupełnie nie dla dzieci.
***
A następnego dnia wioska zamieniła się w latający cyrk w płonącym burdelu w suterenie nad fabryką galaretki.
Pola, trawniki, nieużytki i pobocza w całej wsi i okolicy, zmieniły się w parkingi dla niezliczonych passatów, golfów, atrójek-czwórek-szóstek, beemwu i mercedesów. Większość na blachach z Reichu, choć zdarzyło się kilka miejscowych, którym zatarasowano wjazdy do domów i musieli zostawić swoje volkswageny przed domem. Każdego szkoda. Ja uznałem, że się nigdzie nie wybieram, ale na wszelki wypadek zostawiłem malinkową aczwórkę na podjeździe, jakbym potrzebował na już pojazdu.
Każdą wolną przestrzeń na poboczach, rantach i chodnikach, zajmowały budy, namioty i stoiska z najprzeróżniejszym dziadostwem, wagony ze strzelnicami, nawet ktoś przyjechał i Malince na placu karuzelę postawił. A sam Malinka wszystkie samochody staremu Brzezinie pod las wywiózł, w obawie że poprzedni właściciele mogliby rozpoznać swoją zagubioną własność, a na umowie kupna-sprzedaży nie rozpoznać swojego podpisu.
Punktualnie o dziewiątej rozpoczęło się nabożeństwo, które jednocześnie po polsku, śląsku i niemiecku prowadziło ośmiu księży, z których najmłodszy miał trzydzieści dziewięć lat, a pozostali średnio osiemdziesiąt pięć. Jako, że nie uzgodnili ze sobą, kto mówi, kiedy, co i po kim, przepychali się i popychali, wyrywali sobie albę, mikrofon i inne utensylia, a jak doszło do komunii, to młody ksiądz nie wytrzymał: wybuchł, opieprzył i rozstawił wapniaków po kątach, rozsadził jak dzieci i skończył mszę ekspresowo. Siedzieliśmy z Kleo (która na ten dzień miała dwa kucyki, białe podkolanówki i wyglądała jak, ekhem, ekhem, uczennica ze szkoły, do której każdy pragnąłby chodzić - albo jak gwiazda wieczoru kawalerskiego) w pierwszej ławce i bawiliśmy się setnie. Ja miałem popcorn, a Kleo... Jednego z tych długaśnych lodów na patyku. Jak przyszło do klękania, to większość ludzi wstrzymała oddech, a jeden klecha musiał usiąść. Po mszy świętej wszyscy klaskali, a te klechy które nie zasnęły na miejscu, popędziły prosto do Kleo, błogosławić, ślinić się, sławić zamysł pana boga i rozdawać obrazki. Młody księżulek machnął na nich ręką, poszedł po watę cukrową i słuch po nim zaginął. Do dziś emajej, czyli zaginiony w akcji. Pewnie zrzucił sutannę i nadrabia... Ja bym tak zrobił.
***
Potem cała horda Polaków, Niemców, niemieckich Polaków, Ślązaków i wszelakich pomiędzy, poszła w ogródki piwne, w budy z petardami, futermelokami, szklokami, w karuzele, strzelnicę i jeszcze coś. Kleo od razu obskoczyli panowie ze złotymi łańcuchami, ajfonami, z trajbalami na wypakowanych ramionach i kluczykami do audic i passatów. I dawaj, prześcigać się w bicepsie, prestiżu, zwinnej gadce i światowym obyciu. A Kleo... Cóż, jak to Kleo, uznałem, że sobie poradzi i poszedłem do Malinki go powkurwiać. Malinka akurat targował się z jakimś Niemiaszkiem o butlę gazową. Szły nichty, najny, warumy, arbajt macht fraje, ciklonnen be wam jebanym niemcom i szajse polniszen interesen.
Ich habe nicht cuzamen zwei kleine gelaufen, bitte nicht deutsche banditen im meine oktoberfest!, odzywam się do Niemca, klepiąc jowialnie Maliniaka po plecach. Niemiec, facet ostrzyżony i z brodą, siwy, zbladł, choć był opalony jak bauer. W sensie jak farmer. Patrzył na mnie, na Malinę, i robił gest niedowierzania.
Malina, co ty odpierdalasz, pytam grzecznie handlarza, czemu Niemcowi butli nie chcesz sprzedać? Idiota ma punkt wymiany. A Malinka, który generalnie znosi mnie dzięki Kleo i chyba tylko dlatego, burknął coś, że nie chce powtórki z rozrywki i żadnemu Niemcowi gazu nie sprzeda, bo a nuż znowu się zacznie i to do niego będą pierwsi z pretensjami. Kupiłem od niego tą butlę, dogoniłem Niemca i uroczyście mu ją wręczyłem. Skonfundowany facet dziękował mi i dziękował, że on kompoty gotuje na kuchence, i że ma tu sad a w nim dziesiątki baum drzewek, żona frau i córka madsien zbierają, on obiera, i dziękuje mi i dziękuje, prawie się chłop rozpłynął w podziękach. Ktoś nam nawet zdjęcie zrobił, a potem to się zaczęło, każdy z komórką, ajfonem ajpadem i aparatem robił zdjęcia mi i facetowi, nawet jak się rozeszliśmy. Później się okazało, że to jakaś szycha z Bayernu, Aldiego czy innego Bundestagu i faktycznie dałem gaz Niemcowi u władzy... Ale z drugiej strony, co za różnica?
Malinka zniknął z horyzontu, Kleo korzystała z powodzenia i patrzyła z uśmiechem, jak zastęp trajbalowców po kolei startuje w szranki w strzelaniu z wiatrówki, kupowaniu lodów, waty cukrowej, misiów, plastikowych dinozaurów i innych dupereli, ale pomachała mi, więc uznałem, że świetnie się bawi i jakby co, to mnie znajdzie.
***
I na to wszystko wjeżdża nie kto inny, ale Liga Narodowa, czyli super hiper ekstra ultra prawicowa ekipa motocyklistów, których największym jak dotąd dokonaniem jest niszczenie dwujęzycznych znaków i spuszczenie wpierdolu Bronkowi Mullerowi, który nawet po niemiecku nie mówi.
Szanse były wyrównane: Dziewięciu motocyklistów w skórach, glanach i z łańcuchami rowerowymi vs. dziesięciu trajbaldresów w japonkach, polówkach i ze złotymi łańcuchami.
Ludzie zaczęli się wykruszać, przerzedzać, znikać w ogródkach piwnych, zaułkach, samochodach. Ktoś w popłochu przewrócił stoisko z kukurydzą, jak buchnęła para... Nagle zrobił się z tego kadr z filmu.
I pomiędzy dwiema, stojącymi naprzeciwko siebie grupami, przedefilowała, kręcąc wydatnym tyłeczkiem Kleo Sewittz, nie zaszczycając spojrzeniem ani jednej, ani drugiej ekipy. Przeszła obok nich, do mnie, złapała mnie za rękę i pociągnęła ze sobą do domu. I właściwie tyle wyszło z mojej realcji wielkiej bitwy, nic więcej nie było mi dane zobaczyć. Przez jakiś czas w ogóle mało widziałem, bo twarz miałem sukcesywnie wciskaną między różne, ekhem, części ciała, które występują parami. Nie, żebym narzekał.
***
Gdzieś trzy godziny później przypomniałem sobie o gówniarzach, więc poszliśmy z Kleo do wsi akurat na czas, żeby "odnaleźli się", upici tanim winem, obtargani, w częściowo odpompowanym szambie zdziwionej rodziny Bartoszów, pod sceną zespołu wiosko-polo "dj Mariush Superdance". Śmiechom nie było końca, żaden nie pamiętał, co mu się stało, ale śmierdzieli tak przestrasznie, że sołtys kazał strażakom ich wywieźć na pole obok i potraktować armatką. Źli motocykliści zniknęli, tak samo karki w klapkach, gdy totalnie zagubieni przejeżdżający autobusem kibice Polonii czy innej Legii zatrzymali awaryjnie autobus, wybiegli z niego i chcieli wjebać jednym i drugim. Odpust skończył się definitywnie około siódmej, gdy ostatni względnie trzeźwy z wiekowych księży postanowił udowodnić wójtowi, że czuje się młodziej, niż wygląda. Przez nikogo niepodpuszczony (ale też i niezatrzymywany), wspiął się na karuzelę, zwisł na rękach... i zleciał z niej, bardzo efektownie zmieniając stoisko ze szklanymi bibelotami w miejsce nieudanego lądowania i, ostatecznie, w miejsce, gdzie zwalili się wszyscy ludzie świata. Najpierw gapie, potem policja i karetka, potem koroner-pijaczyna, potem na końcu jakieś dziwne konklawe się z tego zrobiło...
Krótko mówiąc, zjechały się chyba wszystkie klechy, mohery i oazowa młodzież z całego regionu. Malinka ma teraz chóry, drogi krzyżowe i różaniec 24/7 na placu pod domem, karuzela nie ma jak wyjechać, bo wszędzie kwiaty, znicze i ludzie w śpiworach. Może spokornieje jak się dowie, że mu kapliczkę z kurantami postawią i będzie miał bimbambomy trzykroć na dobę.
Tyle wrażeń! Jeszcze nie zamietli ulicy, a ja już ciekaw jestem, co za rok wymyślą. Już dzwonimy z Kleo do wszystkich i zapraszam na przyszły rok.
A następnego dnia, czyli tydzień po imprezie przyszła delegacja wójta i sołtyski i wręczyli nam ordery, medale, symboliczne pieniądze i kwiaty, ja za "Pomoc W Organizacji Uroczystości" i "Wychowawstwo Gminne" a Kleo za "Nieustającą pomoc oraz inspirację, na drodze ku lepszemu gminy Oberforst".
A Malinka dostał przedsądowe wezwanie do zapłaty za przetrzymanie karuzeli i mandat za naruszanie spokoju w miejscu publicznym.
22:55

Penny Pulp #21 - Środki uspokajające


Są dni, że mi piere na dekiel i trzeba dać mi coś do połknięcia, najczęściej baterię leków refundowanych z psychiatryka. Wtedy wysyłam listy i odbieram telefony, otoczony ciepłymi szczurami i zimnymi spojrzeniami sąsiadów. Wtedy dzwonią telefony.
Krukarnia, słucham, mówię, odbierając telefon. Jakiś dziwny numer, pewnie jakaś facetka.
Trina Bialska, mówi miły, choć nieco zachrypnięty głos, czy powiedział pan "drukarnia"?
Nie, droga pani, choćbym chciał, niestety, nie drukarnia. Krukarnia to jest. Wyjaśniłem, ale taki hałas w tej słuchawce, że nie wiem, czy usłyszała.
Ahaa... Mówi pan, krukarnia, krukarnia, coś mi to mówi... Zastanawia się na głos facetka. Dziwna jakaś, dzwoni i nie wie po co? Ani pomyłka, ani nic?
No raczej powinno, kurwiszka, przecież to pani do mnie dzwoni, co nie? Rzeknę nagle do słuchawki poirytowany.
Krukarnia... Kontynuuje babka. Kruki hodujecie?
Właściwie to nie, tak tylko mówię, jak telefon odbieram, faktycznie to gabinet salon piękności kosmetyczny.
Facetka nic. W tle jakieś wiercenia, szlifowanie i koncert tercetu mariachich. Albo coś takiego.
Pani, kurwa, mówię grzecznie do telefonu, linię pani zajmuje a ja na ważny telefon czekam.
Tak właśnie przypuszczałam! Krzyczy mi w słuchawkę uradowana facetka.
To czyli co, bo nie wiem? Pytam, bo chcę wiedzieć. A facetka nic. No kurwa. Rozłączam się. Nic się nie dzieje. Wyciągam kabel ze ściany. Nic. Walę w przestarzały, plastikowy telefon z pięści. Nic.
Pani, kurwa! Krzyczę. Daj pani spokój! Idź pani w chuj!
I wychodzę, trzaskam stopami na kaflach, tup tup człapię po trzech schodach i siadam zdezorientowany na cegle, na stuletniej cegle, właściwie trochę małe z niej siedzonko, ale usiąść muszę, bo mnie coś telepać zaczyna. I jak mnie już telepie, to czas na gruszkę.
Idę po nią, przynoszę, stawiam przed sobą i rozchylam jej pośladki, żeby zakosztować słodyczy i bogactwa smaku. A gruszka ma przykazane nic nie mówić, sama zresztą nie miałaby nic do dodania, szaleństwo jest, a jak jest to też i nie ma, więc tylko czasem jęknie, jak pożerając ją, smyrgnę w pestkę, niby niechcący. A jak skończę gruszkowe szaleństwo i język mam nieco skołowaciały, idę do telefonu z powrotem. A gruszka może wrócić do pilnowania mnie w tym stroju z brokatem i cekinami. Mam takie wiry, że mógłbym nie zauważyć.
Kabelek do ściany, słuchaweczka do ręki i telefon odbieram. Dzwoni.
Katolickie centrum wypożyczania pająków
Thinktank Poznań (brzmi mądrze, nie wiem co to jest)
Komenda policji w Brudnym Wazonie
I moje ulubione
Fundacja imienia Emilii Kacap
I za każdym moim słucham czy w czym mogę pomóc, jest wkurwiony petent, który usiłuje się dodzwonić do biura, które wysłało mu trochę starej zakurzonej tapicerki, kawałki płaskorzeźby gipsowej z seksem grupowym i zdjęcie superblondyny z wielkimi cycami z numerem telefonu napisanym na odwrocie. I reklamą domowego środka na życie, wszechświat i całą resztę o smaku czosnku lub malin... i zaproszeniem do wpadnięcia w odwiedziny.
Najczęściej dzwonią po płaskorzeźbę, jebani zboczeńcy. Taka chujowizna, to nie moi przyjaciele, tylko jakieś fiuty gluty, każdy tylko ruchać, najebać się, rzygać i telewizję oglądać. Rzygać mi się chce jak o tym myślę, więc wzywam moją samobieżną gruszkę na dwóch szpilkach i oddaję się fieście, buszując wśród słodkiej lepkości.
Kleo nie lubi jak biorę środki uspokajające... Nie jestem sobą, powiada. Dobrze, że bromu nie jem, rany.
22:53

Penny Pulp #20* - Gosenheim


* poniższy odcinek proponuję traktować jako bonusowy, to znaczy może będą jego bezpośrednie kontynuacje, a może tylko pośrednie. Z okazji dwudziestej pulpy rzucam tu garść odpowiedzi, które i tak najprawdopodobniej tylko spowodują nowe lawiny pytań... Ale czy nie tego się spodziewaliście? *


Mam stłuczony mały palec u nogi, więc nie bardzo mogę się ruszać... Podziękowania należą się mojemu psu, kurwa mać, ale to już wiecie.
Na domiar złego, wszyscy chyba się zorientowali, że siedzę w domu, więc co chwila telefony: A to kredyt (nie, dziękuję), a to usługa telefoniczna (nie, dzięki), a to ten facet z AMO Services (zestaw męskich lalek z ich mikrochipami, aha, na pewno, oczywiście, panie żabko), a to kredyt (spierdalaj), a to rodzice Kleo, a to promocja w hurtowni kabli, a to chuj wielki i szelki. Wyłączyłem telefon. Do dupy niech sobie dzwonią. Rodzice Kleo i tak mają przyjechać, tylko są w jakiejś Tajlandii, gdzie sprzedają te swoje technogwoździe. Kleo chodzi po sąsiadkach i rozpytuje o wioskę widmo, a ja siedzę i modyfikuję francuski mikrochip. Prędzej się zesram, jeśli męska lala mojej produkcji nie będzie miała obejścia i zworki nastawionej na zdalne sterowanie. A jak ją wymontują, to mogą sobie lalę w dupę wsadzić, bo wszystkie bezpieczniki są na tym jednym obwodzie, haha. Tak sobie myślałem i mruczałem do siebie z lubością, lutując i przekładając kabelki.
Późnym popołudniem przyszła Kleo ze Ślepnirem, który wyglądał na jakiegoś uczesanego, niezarobaczonego, w ogóle czystszego niż zazwyczaj. Dosłownie błyszczał. Kleo, jak zwykle, również mieniła się w oczach, ale może to halucynacje od lutownicy?
Kim jesteś i coś zrobiła z moim psem? Zapytałem, drapiąc go za uszami i dyskretnie sprawdzając, czy nie ma robaków. Nie miał.
Kleo Sewittz! Wykrzyknąłem. Coś ty zrobiła z moim psem?! Gdzie są te nie do wytrzebienia kolonie dziwnych robaków? Te glisty, tasiemce, wszy, pchły, chrząszcze, pijawki i reszta?
Doktorze, bo ja nie wiedziałam, co zrobić! Powiedziała, naprawdę smutna i poczułem się głupio. Przysiadła swą kształtną pupą na wolnym brzegu stołu.
Ale, eee, co się stało?
No bo ja chciałam się dowiedzieć, co to w końcu z tą wioską obok, a pani Schwalbe, Weiss, Schwartz, Komos i Weltshlang kazały mi obiecać, że nikomu nie powiem, i...
I co?
No i wykąpałam pieseczka, odrobaczyłam i wzięłam ze sobą na rozmowy...
Przez chwilę nie rozumiałem. A potem zrozumiałem.
Kleo Sewittz, czy ty właśnie socjotechnicznie i technologicznie obeszłaś obietnicę daną tym starym czarownicom? Kleo z głośnym jękiem wciągnęła powietrze, a na twarzy jej pojawiła się nieopisana groza.
Co? Spytałem.
Skąd doktor wiedział, że są czarownicami?
***
Wiedziałaś o tym? Spytałem Kleo po tym, co usłyszeliśmy z psa, jak Ślepnir wyszedł na dwór się potarzać, a my patrzyliśmy, jak godziny pracy Kleo poszły na marne w kwadrans.
Mama mi nigdy nie opowiadała... A babcia odeszła, jak byłam malutka. Myśli doktor, że to dlatego...?
Nie wiem, Kleo. Nie wiem. Ale to mi się wszystko zaczyna układać...
W co?
W... Jeszcze nie wiem.
I nic więcej nie pamiętam. Nula, nic.
***
Obudziłem się później na leżaku. Obok mnie leżała Kleo, która przywarła do mnie, niemalże przylgnęła, całym ciałem jak mała dziewczynka do ogromnego psa. Zachodziło słońce, a za plecami słyszałem ciche chrobotanie i jakieś głosy.
Tak pięknie wyglądają razem... Oooch, aż chce się żyć, prawda?
Chrząknięcie.
Przepraszam, zapomniałam, ale to tylko figura retoryczna, panie Hoffmanie... Niech pan dba o nich, o niego też.
Hoffman gadał chyba z którąś z tych starych bab... Ale nie wiem. Nie widziałem. Znowu urwał mi się film.
***
Następnego dnia obudziłem się w łożu Kleo, ale nie pamiętam, żebym się doń kładł. Dziwne. Kleo też się obudziła, też zdziwiona.
Doktorze?
Kleo?
Mam dziurę w pamięci chyba, nie wiem co mi jest... Nigdy się tak nie czułam!
Ja też nie pamiętam niczego... Miałem palec stłuczony. I... Auć! Dalej mam. Zegarek... Pokazuje, że Ślepnir obrabował bankomat dwa dni temu.
Kojarzę, że coś Ślepnirek... Ale co? Pojęcia nie mam...
Ja też. Sprawdzę czarną skrzynkę... Przywołasz?
***
Odtwarzaliśmy z Kleo nagrania z psa. Chaotyczne bajania starych bab, na pierwszy rzut oka zwykłe bajdurzenie po niemiecku i polsku jednocześnie. Odsiałem szumy, chroboty, drapanie, głos Kleo i przejeżdżające samochody. Zostały tylko nieuporządkowane urywki rozmów.
"Dawno, dawno temu, we wsi obok, zwanej melodyjnie Gęśle, z niemiecka dawniej Gosenheim, (...) się siedziba Sabatu Wolnych Czarownic. W skrócie Sawoc, jak mówiłyśmy. Założył go w 1899 roku Wilhelm (...), aby skupiać... Leczące, akuszerki, zdolne, gramotne i też te po prostu dziwne kobiety w jednym miejscu. Chrrr..."
"Kleo, kochanie, zrobić ci rumianku? No, co to ja... Na miejscu wyludniającej się z przyczyn bardzo trywialnych, bo z powodu budujących się w okolicznych miastach fabrykach, wsi Gosenheim, powstał pierwszy sabat wolnych czarownic.
A potem (...) wojna. Najpierw pierwsza, gdzie Gosenheim przetrwał niemal nienaruszony; i druga... (...) Najstraszliwsza. Wtedy czarownice ukryły Gosenheim. Stworzyły pętlę na drodze, gdzie wjeżdżający wpadali w fałdę czasoprzestrzeni. Naprawdę. Zawsze na tej drodze w ułamku sekundy traci się kwadrans, prawda? To pozostałość pętli Sawoc."
"Twoja matka i ty wyglądacie tak samo... Jak twoja babcia."
"Obiecano im nasze (...) tereny pod uprawę jeśli wydadzą Gosenheim"
"Sawidz, sabat widzących, czy też sawoc, należał do najpilniej strzeżonych sekretów regionu. Nawet bardziej niż ten Alfred i to jego podziemne zło, eee, ale nie źle o zmarłych, jak nie trzeba. Oni tak pięknie razem z tym księdzem, zawsze razem... "
"A potem przyszli czerwoni. Śmierdzące (...) dzikusy w tych swoich śmierdzących czołgach odnalazły nas, to było straszne..."
"Żaden nie przeżył do końca wojny"
"W Alfredzie wtedy coś pękło i (...)"
"Zgwałcili nas wszystkie: Mnie, moją mamę, moje siostry, wszystkie nasze dziewczyny... Okrutnie, wielokrotnie. Spalili nasz szpital, nasz sabat, nasze kuchnie i... Wszystko. Prawie wszystko spalili. Zamordowali wszystkich, poza naszą szóstką... Eee, mną, Szwalbą, Czarną, Białą, małą Komos, (...), no i ten, robi się późno..."
"Te sku-kurwysyny, be-bezbożne fajfusy, ta dzicz, ta swo-wołocz! uff... Ekhm. Te skurwysyny zniszczyły w pięć dni to, co my budowałyśmy w pocie czoła przez lat czterdzieści i (...). Wyglądasz prawie tak samo jak twoja babcia, wiesz? Ona... Ona, eee... Też była taka piękna... Jezu, dziecko, zabijesz się w tych szczudłach!"
"Zastanawiałaś się kiedyś, dlaczego ty potrafisz to zobaczyć, a inni widzą tylko pole?"
"Wiesz, jak działasz na (...) to przez nią właśnie i przez Sawidz"
"Ten doktorek też to widzi? Jak to?"
"Twoja babcia... Ach, Marta była najpiękniejsza z nas wszystkich."
"Ukryłyśmy w kominie"
"Po wojnie osiadłyśmy tutaj, żeby mieć baczenie na Gosenheim. To bardzo ważne, a twoja matka specjalnie blokuje..."
"Ten doktorek... Ufasz mu?"
"Przeklęłyśmy wszystkich, którzy doprowadzili do naszego nieszczęścia. Dopóki ostatnia z nas żyje..."
"Naturalnie biegła w sztuce miłości"
"Naznaczone dzieci zdrajców"
"Piekło pochłonie"
"To widać"
"To mówisz, nie jest doktorem? Ahaaa"
Ślepnir umilkł. To był koniec nagrania. Kleo i ja spojrzeliśmy po sobie. To całkowicie zmieniało postać rzeczy.
Wyszliśmy z jej sypialni. W dużym pokoju, na bardzo drogiej, solidnej i ręcznie szytej skórzanej sofie, jak króliki gzili się Rosalie i Albrecht, rodzice Kleo. Ona miała na sobie tylko wysokie, różowe buty podobne stylem do tych Kleo, a on był goły jak święty turecki. Oboje mieli też kowbojskie kapelusze.
Oni tak na serio? Spytałem Kleo, jak zahipnotyzowany patrząc na skaczące, okrągłe pośladki jej matki, która ujeżdżała jej ojca, aż iskry szły. Rozumiesz coś z tego, Kleo?
O... Obawiam się, że możemy nie widzieć całego obrazka, doktorze. Powiedziała bardzo trzeźwo Kleo. Może powinniśmy być ostrożniejsi...
Zostawiamy temat na kiedy indziej i wracamy do łóżka? Zaproponowałem.
Tylko tym razem się rozbierzmy, powiedziała Kleo i poszła przodem, kręcąc kształtnym, okrągłym tyłeczkiem. Jej buty stukały głucho po ozdobnym gresie, gdy "wychodziła" z bielizny.
Nie idzie doktor? Powiedziała, wchodząc na wysokie łóżko, jak skradający się kot.
Ja nie idę?
22:48

Penny Pulp #19 - Napad na bank


Siedziałem wczoraj na werandzie, odrobaczałem leniwie psa, gdy zadzwonił telefon i odebrałem. Ojciec Kleo zadzwonił z jakąś pierdołą, a pięć minut później zaczął dwadzieścia minut opowiadania mi o korzyściach wynikających z inwestycji w polskie firmy, akcjach i giełdach... A ja jakoś nie byłem zainteresowany, więc powiedziałem że ostatnio nie mam kasy. Ślepnir w międzyczasie się zerwał i odbiegł. Może Kleo go wezwała, albo coś. Oczywiście jej ojciec jak usłyszał o mojej kasie, rzucił się do wysyłania przelewów, wspomagania, kurierów i dzwonienia do Kleo, aż jakoś tak umilkł, jak go poprosiłem, żeby kiedyś przyjechał i mi wszystko opowiedział przy zimnym, bezalkoholowym dzbanku zielonej z cytryną albo coś, bo ja przez telefon to i tak słabo rozumiem, mimo że minęło pół godziny, odkąd Ślepnir sobie poszedł. Rozłączyłem się, wziąłem książki i łyknąłem herbaty... A potem usłyszałem stukot obcasów Kleo na bazaltowych wysepkach, które ostatnio wkopałem w trawnik, żeby mogła iść i stukać.
Doktorzee!, woła Kleo. Wychylam się z okna.
Proszę? Pytam, a ona odwraca się do mnie i na mój widok rozpromienia. Tak, sypiamy ze sobą. Tak, mieszkamy osobno. Tak, daleko nie ma, przez drogę przejść i już.
Doktorze, Ślepnir chyba... Uciekł, powiedziała Kleo zatroskana. Ślepnir ot, tak by nie spierdolił, bez szans.
Próbowałaś go przywoływać? Pytam, a ona kiwa smutno głową. Biedulka. Pewnie chciała mu dać jakieś psie chrupki, czy coś. Dobre serduszko ma schowane pod tymi arbuzami ta Kleo Sewittz.
Faktycznie, spierdolił, powiedziałem gdy nie przybiegł na moje wezwanie.
Wejdź, zaraz go namierzymy. Kleo weszła, i moje eksperymentalne ćmy ją obsiadły, jak tylko przestąpiła próg.
Doktorze? Spytała Kleo, której każdy wolny kawałek ciała poza twarzą i dłońmi, pokrywały futrzaste ciemki.
Tak? Spytałem, nie odwracając się. Torowałem właśnie sobie drogę do terminala, żeby namierzyć psa.
Ciepło mi... Powiedziała Kleo słabym głosem. Ciepły dzień był, więc nie było w tym nic dziwnego. Odwróciłem się. I zamarłem.
Aaa, powiedz, że dzisiaj nie jest aż tak zimno.
Dzisiaj nie jest aż tak zimno, powtórzyła Kleo, a ćmy odkleiły się od niej i wróciły na obraz średnio znanego polskiego malarza Siemiradzkiego p.t. "Sprzedaż amuletów", który znalazłem na kupie gratów z domu Alfreda, a który jest idealnie rozmiaru dziury po szrapnelu, który przeleciał kiedyś przez pół mojego domu. Nie wiedzieć czemu lubiły na nim siadać.
Lepiej? Spytałem, patrząc jak Kleo mości się wygodnie na fotelu wśród swoich niemalże idealnych kopii, tyle że nieżywych i na ogniwo plastotermiczne.
Lepiej, odpowiedziała. Chociaż trochę dziwnie, przy tych wszystkich moich twarzach tutaj, doktorze, można je jakoś zasłonić?
Naciśnij przycisk z literką alfa, na panelu po prawej, powiedziałem. Panek, dobre sobie... Wiecznie rozkręcony, z wystającymi kablami panel, żywcem wyciągnięty z wyobrażenia technologii przyszłości z lat osiemdziesiątych. Jeden wampir go zajebał jak wychodziliśmy z jakiegoś muzeum... Ale to inna historia.
Kleo nacisnęła przycisk z grecką literą, i wszystkie STO model Kleo odwróciły się twarzą do ściany, wypinając, jeśli akurat miały, pośladki.
Och, doktorze...
Uśmiechnąłem się pod nosem. Postukałem w klawiaturę, aż mój własny chiński satelita namierzył Ślepnira. Był wioskę obok, koło jedynego we wsi banku.
Ślepnirek pod bankiem? A co on tam robi? Spytała Kleo, stając za mną i obserwując mrugający na mapie, czerwony punkcik z symbolem S.
Obawiam się, że trzeba po niego pojechać, powiedziałem. Chcesz jechać ze mną? Spytałem, a Kleo potwierdziła chęć skinieniem głowy. Coś mi się przypomniało...
***
Wsiedliśmy do mojego auta (upieram się przy samodzielnym prowadzeniu mojego/Maliny audi A4) i wyjechaliśmy na drogę do wioski obok. Droga była dosyć długa, kręta i mocno zniszczona, a pomiędzy lasami były łąki i pola uprawne. Razem, coś około pięciu kilometrów w linii prostej, czyli jakieś dwanaście cuzamen do kupy na liczniku.
Przed moim sprowadzeniem się tutaj była tu wioska, ale nikt z sąsiadów o tym nie chce rozmawiać i będę musiał kiedyś samemu zgłębić tę tajemnicę. Gdzieniegdzie widać wrośnięte w las kominy, resztki domów między drzewami, pokrzywione lub poprzewracane, zardzewiałe słupy wysokiego napięcia. Byłem w nastroju na zwiedzanie i odkrywanie tajemnic, ale pies ważniejszy. Kleo obiecała popytać wśród tych sąsiadek, które mogą nie być zabobonne i zechcieć odpowiedzieć. Aczwórka pruła po dziurawej drodze, kiedy usłyszeliśmy jakieś odległe pierdolnięcio-puknięcie i straciliśmy kwadrans. To znaczy... Droga jakby się wydłużyła o piętnaście minut, a nigdzie nie skręcaliśmy, nigdzie się nie zatrzymywaliśmy, nic. Vertigo trochę. Trzeba to będzie porządnie zbadać, oj, na pewno.
***
Po przybyciu na miejsce, Kleo z fotela pasażera zameldowała, że Ślepnir dalej znajduje się pod bankiem. Trochę trudno byłoby mi teraz się tam przedrzeć, zwłaszcza, że stały tam: karetka, dwa wozy policji, strażacy i, nie wiedzieć czemu, autobus pełen górników. I, że coś ją uwiera w pupę i w plecy. Zupełnie, jakby fotel był wypełniony klockami lego.
Klockami może nie, ale w środku, wewnątrz fotela poukrywałem pełne magazynki do pukawek, które miałem pod i za siedzeniami... A o czym zapomniałem, cholerka, jakbym miał pamiętać o wszystkim... Szajse.
Obiecałem Kleo, że w końcu przerzucę ten złom do bagażnika, a tymczasem trzeba iść odzyskać psa.
Przepraszam, powiedziałem do gliniarza, co pilnował chyba skrzynki pocztowej, bo o nią się opierał. Panie, co tu się dzieje?
Glina zerknął na mnie jak na debila, ale, żując gumę, odpowiedział: Napad jest. Jakiś facet wziął zakładników, czyli dwie facetki z obsługi, kilku petentów i dyrektora.
I co? Czemu nie szturmujecie? Spytałem, ale on już mnie nie słuchał. Bez słowa sobie poszedł. Dołączył do górników, strażaków i innych ludzi w podrywaniu Kleo Sewittz, która, jak gdyby nigdy nic, oparła się pupą o ciepłą maskę samochodu i robiła trik z włosami i przyciasnym podkoszulkiem. A po chwili trik z papierosem, trik z włosami i z "nie mam torebki, prawa jazdy ani telefonu, przepraszam". A gdy wszystkie oczy patrzyły już tylko na nią, zrobiła trik ze ściąganiem okularów przeciwsłonecznych i powietrze zrobiło się gęste. Niemal słyszałem, jak kilkanaście, jeśli nie kilkadzieścia par jąder produkuje plemniki na podwyższonych obrotach, a jakby ich rozebrać, to stado papużek miałoby gdzie przycupnąć. Na placu boju zostałem tylko ja i jakiś facet z radiem. Podszedłem do niego.
Co jest, kurwa? Pytam się go grzecznie, a ten tylko plecami do mnie i dalej coś po niemiecku do radia. Wzruszyłem ramionami i szarpnąłem drzwi do banku. Zamknięte. Oczywiście. Debil ze mnie.
Pojawił się facet, zdziwiony. Pokazałem mu, że jestem nieuzbrojony i że chcę być zakładnikiem. Facet zgłupiał, ale mnie wpuścił. Jak zamknął za mną drzwi, tak mi przyrżnął w ucho, że chyba straciłem przytomność.
***
Obudziło mnie bardzo nieprzyjemne doznanie: zakamuflowany w kominiarkę facet jedną ręką trzymał wycelowaną we mnie giwerę, a drugą trzymał fiuta i lał na mnie.
Co jest, kurwa, pojebany jesteś jakiś? Lejesz na jedynego człowieka, co chce ci pomóc? Kurwa, ja pierdolę! Zdarłem z siebie mokrą koszulę i koszulkę, demonstrując jemu i siedzącym na ziemi babkom, małolatom i emerytowi, moje rewelacyjnie wyrzeźbione nadwagą i siedzącym trybem życia ciało.
Facet zaczął coś wrzeszczeć i wymachiwać pistoletem, ale odkąd zobaczyłem w jego kaprawych oczętach, że się boi, uznałem, że chujek jest niegroźny i zacząłem chodzić po banku i szukać pieniędzy.
Co robisz, co? Co? I znowu podbiega do mnie i ciśnie mi tą gazówkę w skroń. Odepchnąłem go.
Pieniędzy szukam, kurwa! A ty po co tu przylazłeś, hę? O grzybach podyskutować czy na pedicure się umówić? Napad jest, trzeba kasę brać i zwiewać, a nie sikać na ludzi i wymachiwać bronią, jak debil! Przynosisz wstyd wszystkim przestępcom...! Miałem krzyczeć dalej, ale kopnął mnie w dupę tak, że krwiak zniknie najwcześniej na urodziny Kleo w październiku. Tak czy inaczej, zamknąłem się i usiadłem. Facet postanowił przejąć inicjatywę i zabrać mi komórkę. A na niej było mnóstwo skrótów i haseł, aplikacji do sterowania domem i czym tam jeszcze.
Wykręcił numer na policję, zaczął krzyczeć, że sprawa jest poważna, że ma zakładników, ale nie skończył, bo jak się odwrócił, to drzwi wybuchły i pozostało tylko go strepować i rozbroić...
Miał, osioł, ostrą amunicję. Czyli to ja jestem debil, co lekceważy zagrożenia. Tak, to by było to, myślałem, gdy rozbrajałem faceta z rewolweru z buta i groźnie wyglądającego noża spod płaszcza. Zapomniałem wspomnieć, że bydlak miał torbę, a w torbie kałacha? Na całe szczęście buc nie stanowił już zagrożenia, bo stracił przytomność, kiedy bojowo nastawiona paniusia w nieco zbyt krótkiej spódniczce i nieco zbyt małym staniku rzuciła w niego sporą donicą. Trudno! Teraz ja na niego siknę, ha!
***
Czułem się nieco dziwnie, gdy wkroczyły gliny, strażacy, Kleo i górnicy, a ja akurat stałem, goły od pasa w górę i oddawałem mocz na twarz i spodnie przytrzymywanego przez dziadków delikwenta. Gliny skuli go, pogrozili mi palcem, ale poczekali, aż skończę, jebańcy... Personel banku rozbiegł się sprawdzać, czy coś nie zniknęło, a ja przypomniałem sobie, po co tu właściwie przyszedłem. Kleo, otoczona wianuszkiem górników podeszła i tak mnie pocałowała, że kopidoły i babcie zaczęły klaskać, a zawiedzeni strażacy wyszli. Nie dość, że nie mieli nic do roboty, to jeszcze Kleo robiła trik z uniesioną nogą i przeczuwali, że nie poruchają, choć jak znam Kleo, mogli zaliczyć drugą bazę, i mieć termin na trzecią, czwartą i jedenastą.
Martwiłaś się? Spytałem, patrząc na to anielskie oblicze i przyciskając jej piersi do mojego nagiego torsu.
Martwiłam się, że możesz dostać odłamkiem, doktorze... Powiedziała anielica, której obuwie dzisiaj przekraczało nawet normy Kleo. Pewnie ją te górniki wzięły za jakąś gwiazdę porno, albo coś... W sumie wcześniej nie zwróciłem na to uwagi, ale jej stanik był wściekle różowy i wystawał spod pękającego w szwach, wypełnionego do ostatniej nitki podkoszulka z jakimś głupawym napisem typu Pole Star czy coś. Poczułem przyrost energii witalnej.
Kleo? Zagadnąłem.
Tak? Ona też zauważyła, a raczej poczuła wzrost sił życiowych. Napierał na jej brzuch, bądź co bądź.
Czy Ślepnir się znalazł?
Och, tak! Właśnie! Ledwo się wtoczył do samochodu, jak doktor wszedł do środka. Wyjaśniła, uradowana.
To lepiej spierdalajmy, bo mam złe przeczucia.
Dobrze, zgodziła się chętnie Kleo i przez nikogo nie zatrzymywani wyszliśmy z banku. Przed budynkiem stało kilku gliniarzy i jeden robił zdjęcia rozprutego od środka bankomatu, a kolejnych czterech zabezpieczało pannę Gertrudę Schneider, która rozwaliła drzwi do banku i teraz się awanturowała, że pancerfaust jest jej, policja nic nie robi tak samo jak przed wojną, że wstyd jak chuj przed całym światem i że bankomat to nie jej sprawka i mogą przeszukać jej torebkę.
Zrobiła się nie lada chryja, ale w końcu wsiedliśmy do auta, gdy już mnie przeszukali raz, na odpierdol, a Kleo bardzo dokładnie i wszyscy obecni na miejscu mundurowi.
A potem pojechaliśmy z powrotem do domu, gdzie Ślepnir czknął i wypluł kasetę z bankomatu prosto na mój mały palec. Więc jestem uziemiony na najbliższy tydzień, aż opuchlizna zejdzie i pojawi się nowy paznokieć.
Nigdy więcej nie powiem przy nim, że czegoś nie mam.
09:17

Penny Pulp #18 - Śmierć Sąsiada

# jakieś dwadzieścia stron, pisane na telefonie ;]

Miałbym czas na robienie swojej roboty, ale niestety... Jak to czasem bywa, mój sąsiad postanowił wybrać się na tamten świat. Nie byłoby w tym niczego dziwnego... Gdyby nie fakt, że dziadunio ma dziewięćdziesiąt lat i skurkobaniec jest żwawszy, bardziej żwawy i żwawsiejszy niż ja.
Ale od początku: Działka obok mnie,  za krzaczorami i dawną oborą, składa się z pola, jakichś dwudziestu arów, drogi, domu z ogrodem... A za domem jakieś następne trzydzieści arów. Razem... coś ponad siedemdziesiąt. I to wszystko sam obrabia dziewięćdzięsiolatek, sam kosi, sam sobie gotuje, cichutki i spokojny. Podobno przed wiekami był w Kriegsmarine, a potem chyba był aptekarzem... Tak czy siak, kilka dni temu się nadwyrężył i teraz Kleo się o niego troszczy, a ja, jako że to spoko sąsiad, pomagam. Dziadunio spostrzegł, że chyba z tego nie wyjdzie cało, i poprosił, żebym wziął sobie jego różne graty i zawartość stodoły, zanim przyjadą jakieś nie wiadomo jakie farfocle zstępni po kisielu i rozkradną wszystko, o co on dbał przez ostatnie siedemdziesiąt lat.
Wręczył mi uroczyście klucz do kłódki, po czym poprosił, żebym nie zwlekał. Zostawiłem ich, tzn dziadunia i Kleo samych, i poszedłem za dom, w stronę stodoły.
Był to naprawdę piękny, zadbany, murowany budynek. Dziadunio dbał do przesady; dachóweczki równiutkie, deski zdrowe, widać wymieniane na nowe, bo niektóre jaśniejsze, nigdzie żadnej obluzowanej cegły, zasuwa pomalowana, nic się nie sypie, nie ma się do czego przyczepić. Śląska perełka, możnaby rzec. O dziwo cała stodoła, razem z przyległościami, mniej więcej po dziesięć metrów z każdej strony jest ogrodzona. Ogrodzenie wewnątrz ogrodzenia? Dziwne... Że też wcześniej nie zauważyłem.
Kłódka solidna, naoliwiona, duża. Łomem byś nie ruszył. Kluczyk wchodzi gładko, ale z odpowiednim oporem. Bardzo satysfakcjonująco. Przekręciłem, szarpnąłem, wyciągnąłem kłódkę i szarpnąłem za bramę stodoły. Wrota, właściwie. Okazało się, że pomimo wyglądu jakby nie - były przesuwne. Uchyliłem odrobinę... Dość, żeby się wśliznąć do środka. W środku panował półmrok, widać było zarysy różnych rzeczy przykrytych bawełnianymi pokrowcami. I drzwi, tak jakby ukośnie, do wewnątrz. Do jednego pokrowca była przypięta karteczka, a na niej wykaligrafowane na niemiecką modłę "Doktor Okropny".
Otworzyłem karteczkę, a tam był liścik. Jego treść brzmiała:
"Drogi Doktorze Okropny,
 Piszę ten list w pełni władz umysłowych i w pełni sił... ale przeczuwam, że już niedługo przyjdzie na mnie pora. Mam dziewięćdziesiąt osiem lat i sądzę, że to już czas. Nigdy nie chciałem dożyć setki.
Póki żyję: Doktorze, zawartość tego budynku, razem z nim samym i gruntem na nim stojącym i tym obok, przekazuję panu i Kleo Sewittz na własność. Stanowią osobną działkę, która przytulona jest do pańskiej. Czy wie pan, że budowałem pańską oborę? Stodoły niestety nie, dlatego pewnie tak często się zapada...." No, albo dlatego, że co chwilę ktoś usiłuje mnie wysadzić...
"Wszystko, co się znajduje w moim domu, proszę, aby panna Kleo wzięła dla siebie, a to, co nie przekazała potrzebującym. Kosztowności i pieniądze schowałem w walizce doktora, kiedy ostatnio u mnie ją zostawił. Jest w bagażniku.
Doktorze, w pańskie ręce składam dzieło i dorobek mojego życia, proszę wspomnieć mnie czasem przy lampce.
Wszystkie brakujące dokumenty są w teczce, którą do rąk własnych dostanie Kleo Sewittz.
Doktorze, zdrowia życzę. Klucz jest pod cegłą narożną. Proszę uważać, stopnie są śliskie.
Alfred Rosborg
P.S.
Niech doktor zrobi z tego dobry użytek. Przepraszam, ale pole i dom zostały zapisane mojemu prawnukowi, który, mam nadzieję, nie odziedziczył charakteru po swojej matce. 
P.S.2. Dbaj o wujka Hetzera. :)
A.R. "
Taki dziadunio, a w liście emotikonę umieścił... Oj, Alfredzie, Alfredzie... Cóżeś tu schował? Jakiego wujka? Postanowiłem nie czekać i się nie zastanawiać. Wyszedłem ze stodoły, starannie zamykając wrota na kłódkę i wieszając klucz na łańcuszku na szyi. Mam tam jeszcze klucz do Ślepnira. Do Kleo nie muszę, bo u niej zawsze otwarte... Rozmarzyć się - dobra rzecz.
Poszedłem do domu po laser. Nie było czasu, musiałem wyciąć ogrodzenie między stodołą Alfreda a moim domem, razem z chwastami i krzaczorami, a nie było czasu na zabawę w wycinkę. Laser jest co prawda wciąż w fazie testów, ale chyba sobie poradzi... Myślałem.
Byłem w błędzie. Laser nie tylko sobie nie poradził, ale też coś się w nim grubo spieprzyło i bluznął ogniem tak, że ledwo butem zadusiłem ogień. A i wypalił dziurę w trawie. Wyrzuciłem bezużyteczny złom na kupę pod wiatą i poszedłem po spycharkę pod drugą wiatę. Ostatnio wyrównywałem trochę teren, trochę zasypywałem trupy, więc zostawiłem sobie... Jeść nie woła. Zwłaszcza, że to... Hm, składak ze średnią wieku części w moim wieku, z benzynki przerobiony na wodór, więc działa odpowiednio, jest bezawaryjny i właściwie może stać, gdzie stoi... A teraz trzeba było go odpalić. Czytuje się czasem jakieś recenzje, że imć pan redaktor wsiada do pachnącej świeżością maszyny, zachwyca się jej ergonomią, poleruje truskawę nad cichutkim burczeniem silnika. No, ja nie czytuję, ale czytuje się. W poczekalni, jak się pojedzie z Kleo do kosmetyczki "na kwadrans". Moja spycharka ma silnik który ma tylko jakieś sześćset koni i wydech, o którym powiedzieć, że wyrabia, to jak powiedzieć, że jedna filigranowa blondynka zaspokoi potrzeby seksualne jednego osiedla z wielkiej płyty. Gdy ostatnio odpaliłem w nocy, jak pierdyknął wydech, to musiałem go dwa dni szukać, bo nie widziałem, dokąd poleciał. Więc teraz nie było czasu na zabawę w tłumikowanie, sranie po krzakach i przyjazdy rzeczoznawców, trzeba było wsiąść do maszyny i jak najszybciej przyłączyć działkę ze stodołą Alfreda do mojej, zanim ktoś zacznie zadawać głupie pytania.
Spycharka na podwoziu ruskiego czołgu dosłownie wprasowała krzaczory, betonowe ogrodzenie, metalową siatkę i spory fragment trawy w podłoże, tworząc nieciekawy obraz nędzy i powojennej rozpaczy, ale szybciutko lemieszem ze stalińca rozprowadziłem jedną górkę ziemi po krajobrazie i pozostawało tylko postawić lepsze ogrodzenie, żeby ewentualni spadkobiercy ziemi pana Alfreda nie mieli wątpliwości, czyja jest stodoła i wszystko pod nią.
Dwadzieścia pięć minut później Kleo uspokajała wszystkie sąsiadki, że to tylko doktor Okropny znowu równa teren swoim wehikułem, i nie ma się co martwić. I wróciła do Alfreda, który klarował jej prawne zawijasy swojego życia i, przede wszystkim, śmierci.
A ja zaparkowałem maszynę przed stodołą i wśliznąłem się do środka jeszcze raz.
***
W środku panowała idealna cisza i porządek. Pod pokrowcami stało przynajmniej pięć pojazdów, z czego co najmniej jeden bardzo, bardzo duży. Myślałem, że może kombajn... Ale sprawdzić trzeba było później. Starszy pan jeździł golfem dwójką, którego miał od nowości i który, o ile pamiętam, chodził jak zegareczek. I teraz będzie mój... Aż żal, ale skoro mam z niego zrobić dobry użytek, to przecież nie będę jak ten przysłowiowy Niemiec (wybacz, Alfredzie) pod kocem trzymał? Wymaluję go jak czerwony baron swój trójpłatowiec, przysiągłem sobie, i będę nim jeździł tylko... A, zresztą, zobaczymy. Ściągnąłem z niego pokrowiec. I prawie się zachłysnąłem.
Starszy pan musiał wiedzieć, że ta chwila nadejdzie już od długiego czasu, i musiał wiedzieć, że docenię żart. Golf był błyszczący, świecący, w środku było pachnąco i wysprzątaniutkie do ostatniego ziarenka piasku. Naprawdę. A z kluczyka w stacyjce zwisał maluteńki model Fokkera Dr. I. w słynnych barwach von Richthofena. No, skubany dziadunio! Powiedziałem do siebie z uśmiechem. Ciekaw byłem kolejnych niespodzianek. Drugi pokrowiec skrywał, nie uwierzylibyście - jeszcze bardziej świecący i błyszczący - egzemplarz Mercedesa-Benza, co później musiałem sprawdzić, trzystadwudziestki. Był w stanie super-cycuś-Kleo-Sewittz i w takim stanie pewnie kosztował z bańkę, albo i lepiej. Dziadunio Alfred coraz bardziej mnie zaskakiwał. W życiu nikt by nie uwierzył, że ten dziadunio ma w stodole takie skarby. W życiu!
Pod trzecim były jakieś szpargały, skrzynie, duperele w skrzynkach ze swastykami, otworzyłem dwie z wierzchu i nawet specjalnie się nie zdziwiłem: jakieś tam głupoty w stylu stare mundury galowe, flagi, jakieś dziwaczne urządzenia i gdzieniegdzie menażki. Nic specjalnego, uznałem.
Wśród skrzyń były mniejsze i większe, niektóre całkiem nowe, jednak zrobione na starą modłę, tyle że bez swastyki. Z kilku najniższych coś ciekło, co po organoleptycznym sprawdzianie węchowo-smakowym okazało się być olejem maszynowym. Pewnie jakieś stare duperele, ale nie wiadomo. Intrygowały mnie drzwiczki tak, że ledwo byłem w stanie poprawnie przykryć te skrzynki, więc zrobiłem to dosyć niedbale... Mimo, że Alfred jako mój sąsiad wiedział o moim niedbalstwie, czułem się jak świnia.
***
Klucz do drzwiczek znajdował się tam, gdzie Alfred go odkładał przez ostatnie pół wieku, albo i lepiej. Zamek był bardzo solidny, naoliwiony i wytarty do sucha, i bez wątpienia kiedyś często używany.
Schodząc ostrożnie po bardzo dziwnych i trzeszczących schodach, myślałem o Alfredzie. Nie znałem jego historii; Kleo mi kiedyś opowiadała, jak się wprowadziłem... Detale. On sam nie miał żony ani dzieci, a jego brat był w lotnictwie czy coś i umarł, zanim zobaczył swojego syna, czy coś, a ta matka była amerykanką, która stacjonowała gdzieś tam, long story short, dziadunio miał po bracie jednego, jedynego zstępnego, który miał czterdzieści lat i nie był zainteresowany Alfredem... Aż do czasu, gdy Kleo Sewittz na prośbę Alfreda wysłała mu list opowiadający o dziadku i jego bracie, który ma dziewięćdziesiąt osiem lat i który uszanuje wolę brata i przekaże mu, czyli temu zstępnemu, kimkolwiek by nie był, ziemię, którą im przekazał ich ojciec. A raczej tą połowę, którą Alfred uznał za uczciwą część mu należną. Kleo miała mi przekazać resztę.
Na razie szedłem po schodach i szedłem, powoli, powoluteńku, słabo oświetlonym korytarzem z jakiejś ruroblachy, czy coś, wzmacnianej naprawdę solidnymi dwuteownikami. Droga raz to skręcała, raz wznosiła się i opadała. Byłem pod wrażeniem. Po drodze wisiały jakieś zdjęcia i różne tabliczki po niemiecku. Ludzie w mundurach, plany w ramkach, schematy układów... Wreszcie, po jakichś stu, dwustu albo pięciuset stopniach, byłem na płaskim. Tutaj już była skała. Wykuwane w skale korytarze, po tej dziwnej klatce schodowej? Co ten Alfred? Wszędzie było światło, które zapalało się jak wchodziłem w zasięg fotokomórki, i gasło... po dokładnie dwóch minutach. Z zegarkiem w ręku, sprawdziłem dwa razy.
W jednym pomieszczeniu było kilkadziesiąt, może kilkaset skrzyneczek, ułożonych w dziwnych regałach. A może kilka tysięcy? Były wszędzie w hali, która od ziemi do sufitu miała ze cztery metry. Były też jedwabne spadochrony, też co najmniej kilkadziesiąt. W pierwszej z brzegu, otwartej skrzyneczce były jakieś papierosy, fajki, mnóstwo dupereli, naprawdę. Klamoty. Żadnych nazwisk, żadnych imion, żadnych danych. Nic. Otwierałem po kolei różne przypadkowe skrzynki, w których były prześcieradła, kawałki jakichś korb, wina z datą 1920 i wcześniejsze, oraz przeróżne rodzaje umundurowania i oprzyrządowania. Wszystko wyglądało na bardzo stare i nigdy nie otwierane. Na samym środku tego bardzo długiego pomieszczenia leżało ogromne tomiszcze z inkrustowanym złotem 666, które okazało się być spisem inwentarza, pisanym ręcznie szwabachą. Byłem niesamowicie wręcz ciekaw, co znajduje się w pomieszczeniu obok. Miałem bowiem przypuszczenia... Jednak nie mogłem sobie pozwolić na stracenie całego czasu świata w tym jednym pomieszczeniu; trzeba było wyjść na zewnątrz i przewieźć wszystko, co się dało do mojego hangaru. (Tak, mam hangar. Stoi pusty, odkąd radzieccy opuszczali śląskie wsie, gdzie kwaterowali. Kiedyś była tu jakaś eskadra, ściśle tajne maskowanie i reszta, a potem wszyscy dookoła zezłomowali swoje, a poprzedni właściciel mojego domu hodował w nim pieczarki.) Problemem pozostawało, jak to wszystko przewieźć? Jak wybrać, co przewieźć, a co nie? Miałem dylemat, a trzeba było zapytać Kleo, co się dowiedziała od dziadunia.
Spojrzałem na zegarek: szesnasta. A do dziadunia poszliśmy o ósmej rano. Nie do wiary, jak czas leci przy zwiedzaniu... Poszedłem korytarzem z powrotem. Na szczęście nigdzie się nie zgubiłem; droga była jedna a ja chłonąłem każdy detal, każdy załom w murze, każdą szynę kolejową na stropie. I każdą najmniejszą żaróweczkę, która zapalała się, jak się do niej zbliżałem, i gasła, jak oddalałem. Nie chciało mi się wierzyć, że to wszystko sam zbudował Alfred. Nie było opcji. Nie było możliwości. Wyszedłem z powrotem do stodoły, zamknąłem drzwiczki, kluczyk przypiąłem do tego drugiego, do łańcuszka na piersi. Przeszedłem przez stodołę, zamknąłem drzwi na kłódkę i ledwo-ledwo zamknąłem drzwi od stodoły, jak z pod ziemi wyskoczyła zza płotu po drugiej stronie działki twarz.
AAHA! Okropny! Wydarł się osobnik. Jakoś nie mogłem skojarzyć twarzy, choć wydawała się znajoma... Ale z drugiej strony jak się ma dość silikonu, zamówień za SuperTurboObciągatory, czasu i filmów pornograficznych, to możesz wpaść w obłęd: gdzie nie popatrzysz, tam znajoma twarz. Ale mniejsza o to.
Przywołałem Ślepnira, pukając dwukrotnie w chip przywołujący, który wszyłem sobie w ramię. Kleo ma taki sam - gdyby Kleo przywołała psa pierwsza, chip by zawibrował. Takie usprawnione gówienko, ha!  (Po tym, jak już sobie wszczepiłem w siebie to drugi, trzeci i czwarty raz - dla Kleo przygotowałem już wersję finalną, przecież nie będę jej ciął co kwadrans, ilekroć przyjdzie mi do głowy pomysł na upgrade albo dodatkową kalibrację.) Gdy przybiegł, kazałem mu nie wpuszczać tutaj nikogo, poza mną, Kleo i Alfredem, jeśli jeszcze żyje. Miałem nadzieję, że tak. Poszedłem do niego do domu. W środku nie było nikogo. Poszedłem więc do siebie, żeby sprawdzić, czy tam ich nie ma; tam także nie było nikogo, nie licząc zwyczajowego pieprzonego akordeonowego solo w postaci banshee, która ostatnio samą siebie przechodzi i gra jakieś przedwojenne szlagiery. W moim domu również nie było Alfreda ani Kleo. Było to trochę dziwne, ale w sumie nie mam nic do dziwienia się... Wziąłem tylko pistolet ze skrzynki bezpiecznikowej, tak na wszelki wypadek. Nigdy nie wiadomo, co się może człowiekowi przytrafić, a cała sytuacja wyglądała na mocno dziwną - zwłaszcza, że gotowy na wojnę (oo, na pewno!) zdrowy dziadunio postanawia umrzeć i przepisać wszystko, co jest cokolwiek warte szalonemu nie do końca doktorkowi i miejscowej seksbombie Kleo Sewittz? Sprawdziłem czy magazynek pełny, przeładowałem i super-czujny poszedłem w stronę domu Kleo.
***
Pod domem Kleo stał czarny mercedes sedan. Żadne jakieś cacko, raczej taki zwykły model, tylko w miarę nowy i czarny. Z jej domu właśnie wychodził facet w garniturze i z teczką, a Kleo, odpowiednio ubrana w bardzo dobrze skrojony kostium - i, oczywiście, super wysokie szpilki - odprowadzała faceta do drzwi. Spostrzegła, że idę krokiem wyluzowanego gościa z bronią i pomachała mi serdecznie. Facet w garniturze się odwrócił w moim kierunku, i gdyby tylko stanowił zagrożenie, już by dostał z kolby w tył głowy. Ale nie stanowił, bo wyszedł z domu Kleo Sewittz w całości i nie w pośpiechu. I na ile mogłem ocenić, nie krwawił z ukrytych ran. To dobrze.
Do widzenia, panie mecenasie! Proszę przyjechać na szarlotkę w przyszłym tygodniu! - powiedziała wesoło Kleo, gdy facet wsiadał do samochodu. Trzeba przyznać, że na widok niemalże idealnych kul z przodu Kleo, od których niejeden geometra by się popłakał ze szczęścia, facet zachowywał się dosyć chłodno. Pewnie to prawda, co mówią o prawnikach, że glisty i bez serca.  Stanąłem obok Kleo.
Wszystko w porządku? Spytałem półgębkiem.
Oczywiście, powiedziała Kleo. Spisywaliśmy testament i poświadczaliśmy w obecności pana notariusza, że Alfred jest w pełni władz umysłowych i że naprawdę nie może jednocześnie uszanować woli brata i oddać nam swojej działki z domem, jak chciał. Odwróciła się do mnie, po tym, jak nie skomentowałem. Bo wie doktor, że chciał? Kochany Alfred, chce żebyśmy...
Tak?
Żyli razem długo i szczęśliwie, powiedziała Kleo, ocierając łzę z kącika. Nic nie powiedziałem, byłem bardziej skupiony na tym, co też ten nasz Alfred jeszcze wymyślił.
Gdzie jest Alfred? Spytałem Kleo, a ona poszła ze mną do pokoju, gdzie zostawiła Alfreda. Dziadunio siedział w pokoju, w pomarszczonych, silnych dłoniach trzymając zdjęcie naszej trójki, jak naprawialiśmy stodołę po którymś wybuchu. Staliśmy tam, Alfred i ja, pod rusztowaniem, a obok nas stała Kleo w zachęcającej pozie i miała w rękach tacę z drinkami dla nas i wodą dla dziadunia. Alfred na zdjęciu promieniał, jak zresztą my wszyscy. Ale on chyba najbardziej.
Chyba zasnął, powiedziała Kleo, ale ja już wiedziałem, że to za mało powiedziane. Wyciągnąłem telefon i wykręciłem numer.
Wojtek? Przyślij tego konowała, co ostatnio. Potrzebujemy świadectwa zgonu. Nie, kurwa. Nie komandosa, choć nie obiecuję. Aha, jasne. A słyszałeś od Maciągowej już o jakichś strzałach? No właśnie. To już wiesz. Przyślij. Co, kurwa, co i kto? Alfred nie żyje. A powiedz komuś... No.
Rozłączyłem się, a Kleo stała obok mnie i wyglądała trochę jak Alice Cooper, to znaczy po jej policzkach ciekły łzy, rozmywając perfekcyjny makijaż, a ona sama stała jak wryta i patrzyła na Alfreda.
Cyjanek, powiedziałem, nie patrząc na dziadka.
Cyjanek? spytała Kleo. A skąd Alfred miałby cyjanek?
Chyba muszę ci o czymś powiedzieć. Ale najpierw ustalmy, co powiedział ci nasz dobroczyńca?
***
Dziesięć minut na przyjazd lekarza potrzebnego do stwierdzenia zgonu to dość czasu, by Kleo mogła przekazać mi najważniejsze informacje, które już wiedziałem: Alfred Rosborg był bezdzietny, serdeczny i raczej cichy i skryty. Jego życiowy partner, pastor z Cieszyna, wyzionął ducha w 1990. Mieszkaniec naszej wioski od samego początku, do dzisiaj najstarszy jej mieszkaniec... Działkę wraz z bratem wybrali nieprzypadkowo, podobno kiedyś była tu jakaś rzeka, jezioro czy kanał, jakaś żwirownia czy kopalnia, ale koniec końców komuniści zasypali i osuszyli cały teren pod lotnisko-lądowisko dla eskadry śmigłowców. Alfred zapisał tyle, ile mógł, czyli stodołę z kawałkiem terenu nam, czyli Kleo i mnie, jako współwłaścicielom; a oprócz tego wszystkie swoje ruchomości. Cała reszta, czyli pole z przodu i z tyłu, wraz z domem, trafi do Helmuta Neckera, który z automatu zostanie poinformowany o zgonie Alfreda i o swoim dziedzictwie, którego się nie spodziewał. Byliśmy z Kleo rozżaleni, ale szczęśliwi, że dziadunio mógł być nam przyjacielem przez ostatni czas.
Gdy zaś przyjechał lekarz, od razu zadzwonił do swojego szwagra, który jest komendantem policji w miejscowej komendzie i powiedział, że też ma przyjechać, bo skoro jest zgon, jest cyjanek, są świadkowie w postaci notariusza, którego lekko ochrypły głos Kleo zawrócił, mnie, który miał permanentną chrypę i Kleo, w której domu się to wszystko stało, to trzeba spisać zeznania. Ale zeznania zostały spisane, glina kondolencjował mocno, a jeszcze mocniej podziwiał dekolt Kleo, którego nie podziwiałby chyba tylko... a zresztą, dobra, powiem, notariusz. Podpisał się na raporcie lekarza i pojechał. Doktor przybił pieczątkę, powiedział, że nie jest już w pracy, bąknął coś o cyjanku i o przeniesieniu "pacjenta" do domu, a potem upewnił się, że gliniarz opuścił podjazd Kleo i wyciągnął piersiówkę. Bez krępacji pociągnął długi łyk, po czym wyszedł z domu, wsiadł do swojego nowego forda i pojechał.
I zostaliśmy sami. Kleo, już lekko opuchnięta na twarzy od płaczu i ja, jak zwykle lekko wyprany z emocji. Kleo, powiedziałem. Kleo!
Tak? Ocknęła się. Co się stało, doktorze?
Musimy zabezpieczyć wszystko, co dziadunio nam zostawił. Jak najszybciej, bo mamy najwyżej dwadzieścia cztery godziny na przenosiny.
Ale czego? Wszystko mamy tutaj... Powiedziała, po czym wskazała mi dosyć sporą walizkę-aktówkę.
Uchyliłem; w środku było mnóstwo plików banknotów, dokumenty oraz skrzyneczka. A w niej kilkanaście orderów, jakieś patenty oficerskie, jakieś duperele i ze dwadzieścia złotych monet. 
Kleo?
Tak, doktorze?
Musisz coś zobaczyć. Ale najpierw musimy mieć przyczepę. Najlepiej przemysłową albo rolniczą. Albo dwie. Kleo zdziwiła się, ale nic nie powiedziała. Pewnie miała swoje podejrzenia.
To ja pójdę do Malinkowskiego...? Zapytała, wskazując palcem kierunek zupełnie przeciwny. Ach, kobiety... Uśmiechnąłem się, wyciągając zza paska mojego colta i zgarniając z miseczki na blacie jej kluczyki.
Weź samochód, jeszcze cię porwą i znowu będę musiał kogoś zabić, zażartowałem, podając jej plik banknotów i pistolet.
Pojadę do Malinkowskiego sama, nie potrzebuję broni, doktorze. On i ja mamy pewne... Zaszłości.
Jak do kwadransa nie będę wiedział, co z tobą i ukośnik lub przyczepą, pojadę tam.
Dobrze, doktorze, powiedziała Kleo, mrugając do mnie figlarnie. Popatrzyła ze smutkiem na Alfreda, ale zapewniłem ją, że jest w dobrych rękach i że sam się nim zajmę. Jak pojechała, to pod tył jej domu podjechałem czarnym vanem, który wciąż tam był i wciąż jak na złość działał. Przeniosłem dziadunia do środka, zabezpieczyłem dokumenty Kleo i inne, i po prostu przejechałem przez drogę na moją stronę, wjechałem sobie na posesję, zamknąłem bramę i pojechałem na przełaj przez ogródek do domu Alfreda.
Oczywiście to było głupie, więc musiałem się wycofać, nawrócić, ułamać, zawadzając przy wyjeździe, kawałek gipsowej figury, otworzyć bramę, przejechać i znowu zamknąć, żeby podjechać pod jego dom tą jego dróżką do posesji. Akurat wypakowałem Alfreda do jego domu, gdy podjechała Kleo Sewittz supernowoczesnym traktorem z podwójną przyczepą. A za nią jechał Malinka jej samochodem, a za nim jego synalek jakimś odrapanym transitem, który pamiętał rządy Jerzego Buzka.
Podjechali pod sam dom, nieopodal osłoniętego wielkim kasztanowcem ogrodzenia stodoły. Malinka wysiadł z Merca Kleo, po czym wysiadł, wsadził kciuki za pas i podszedł do Kleo.
A tak w ogóle, to co tu robicie? Zapytał, opierając kalosz o kamień, którym Alfred wyłożył pobocze drogi, niejako odgradzając ją od pola przed posesją.
Podszedłem do Kleo, szczęśliwy, że ją widzę w dobrej kondycji i w niezmienionej formie.
Malinka, spierdalaj stąd. Powiedziałem, a Malinka popatrzył na mnie gniewnie. Jego synalek do mnie wystartował, ale Kleo powiedziała, że mają uszanować moją prośbę i się wycofać, bo właśnie umarł mi członek rodziny i mam prawo być rozeźlony i nie w nastroju do żartów. Malinka coś mruknął, jego synalek zrobił głupią minę, zapakowali się do transita i pojechali.
Jak to załawiłaś?
Tajemnica, powiedziała stukając się w nos jak stary kasiarz i uśmiechając bardzo drapieżnie. Są takie chwile, gdy obawiam się tej Artemidy w szpilkach. Nie drążyłem tematu, miałem ważniejsze sprawy na głowie: trzeba było Alfreda umyć, ubrać i położyć na katafalku, czy czymś. Nie miałem zielonego pojęcia, jak to się robi, bądź co bądź jak kogoś chowałem, zazwyczaj był w strzępach i lepiej, żeby pozostał nierozpoznany, nawet w przypadku odnalezienia jego grobu i rozwleczenia kości przez dzikie zwierzęta.
A potem, jak to zwykle w tych sytuacjach bywa, zostawiłem Kleo na straży domu Alfreda - bo mieszkańcy wioski zauważyli, co się dzieje, a i lekarz tak samo jak na trzeżwość, bimbał na tajemnicę lekarską i opowiedział żonie, żona sąsiadce i szwagierce, szwagierka sąsiadce i teściowej, no i nagle zaczęły dzwonić telefony. Ludzie ze wsi dzwonili do Alfreda, pewnie żeby upewnić się, że nie żyje, kretyni... Dzwonili na komórkę Kleo, żeby zapytać, czy mogą przyjść powspominać zmarłego. Kleo powiedziała, że mogą przyjść ze świeczkami na czuwanie na pole przed domem, a ja wymknąłem się i poszedłem poszukać pomocy u Hoffmana za torami.
Hoffman jest ghulem, ma jakieś, około z wyglądu pięćdziesiąt lat i dopiero się wprowadził na torfowiska za torami. Wcześniej mieszkał w jakiejś piwnicy w centrum Katowic, ale jak pierdolnął gaz w kamienicy i zdmuchnęło ją z powierzchni ziemi, to został bezdomny i Jajkovich dał mu mój adres. Pomogłem mu zbudować krąg kamienny i od tamtego czasu mi pomaga z jakimiś pierdołami w stylu "przytrzymaj mi drabinę" albo "weź, zjedz te ręce". Zawsze chętnie mi pomaga i ciągle pyta, czy jak się Kleo nie znudzę, pozwoli mi ją przemienić. (Niestety ghule nie występują w formie żeńskiej, więc jeśli za życia nie byłeś gejem, to po śmierci... Albo i niekoniecznie, nie wiem, nie wydają się być zainteresowane tym w ogóle, a rozmawiać o tym jakoś nie było okazji. Może to i lepiej.)
I tak z jednej strony domu, w ledwo zapadającym mroku stała Kleo Sewittz, dalej w tym samym kostiumie i szpilkach, rozdająca każdemu świeczki i prosząca o ciszę, a kilkadziesiąt metrów dalej Hoffman i ja ładowaliśmy skrzynki na przyczepy, żeby je wywieźć i poukładać w hangarze. W międzyczasie poszedłem do banshee i kazałem zamknąć dupę, albo roztrzaskam akordeon, a w zamian zaproponowałem smutnawe mruczando z dachu Alfreda, żeby stworzyć odpowiedni klimat dla żałobników. Nie wiem, czy to pieprzone banshee cokolwiek rozumie, ale próbuję jednak być człowiekiem i jakoś się zachowywać w stosunku do tego autyzmu na czterech szponiastych łapach, w tym dwóch skrzydłach. Gdy wróciłem, kilkoro "zagubionych" żałobników usiłowało włamać się Alfredowi do piwnicy od zewnątrz, ale mój prześliczny pieseczek przeraził ich tak, że będą chyba potrzebowali pomocy psychologa, żeby na widok psa nie paskudzić w bieliznę. Kleo była bardzo niepocieszona tą próbą włamania, a jeszcze bardziej, jak się okazało, że to młody Malinka z zięciem starego Malinki, czyli szwagrem. Przeczuwałem dym.
Gdy po dwóch godzinach przetargaliśmy całą kupę skrzyń, przepchaliśmy golfa i merca, razem z kilkoma maszynami rolniczymi i dziwnym dźwigiem, został nam ostatni, nieruszany pokrowiec, którego bałem się ruszać. Dobrze znałem historię regionu i spodziewałem się, co mogę znaleźć w niejednej tutaj stodole. Zagadka dla ciekawych: Co ma sześć i pół metra długości, ponad dwa i pół szerokości i dwa dwadzieścia wysokości? Wujek Hetzer.
Cholera jasna, jak? Skąd? I co najważniejsze: Nawet jeśli na chodzie, jak to gówno teraz ruszyć? Hoffman przyszedł mi z pomocą w rozważaniach.
Okropny? Zapytał, pukając mnie wielkim paluchem w ramię.
Co jest? Rzuciłem, nie patrząc na ghula.
Tak sobie pomyślałem... A może zamiast to wywozić, ja tu zamieszkam i będę tego pilnował? Zima idzie, sierpień już, niedługo wrzesień, chłodno się będzie robiło, a tobie się pewnie przyda jakiś taki... Umilkł.
Dobra. Zgodziłem się. Facet miał dobry argument, trudno się było nie zgodzić.
Leć po swój złom, Hoffman, od dzisiaj zamieszkasz w stodole Alfreda, ale pod jednym warunkiem.
Jakim?
Będziesz też pilnował hangaru. Wskazałem go palcem. Budynki dzieliło może osiemdziesiąt metrów. Co to dla ghula? Spytałem. Popatrzył na mnie dziwnie. Cały był dziwny, ale spojrzenie miał teraz bardzo, bardzo dziwne.
Okropny...
No?
Biorę tą robotę! Wykrzyknął, skacząc ze szczęścia i radości. Juhuu! Zaczął podskakiwać i tańczyć. Co za dziwoląg.
Ej, ej ej ej, kurwa, Hoffman, żałoba jest, pamiętasz? Przestał się cieszyć i się uspokoił, ale uśmiech nie znikał z jego oblicza. Wyglądał właściwie jak oblepiony błotem i ziemią człowiek, żadne tam obskurwiałe zombie czy inne żywe trupy. Hoffman mógłby założyć frak i uchodzić za ekscentryka performensu, jak męska Lady Gaga.
Hoffman pobiegł, mlaszcząc stopami po mokrej trawie i błocku. Przeskoczył jednym susem przez nasyp kolejowy, a ja w tym czasie zająłem się zamykaniem stodoły na klucz. Ghul i tak pewnie sobie wyryje tunel pod ziemią... Tak sądzę. A ja poszedłem do Kleo. Stała tam, ze świeczką w ręce, sama, i patrzyła na dom Alfreda. Chciałem ją zajść od tyłu i klepnąć ten odstający tyłeczek, ale w końcu żałoba, to po prostu podszedłem.
Poszli se? Spytałem. Pokiwała głową. Chcieli wleźć do chałupy ale nie pozwoliłaś? Znów kiwnięcie. Zuch dziewczynka. Klepnąłem lekko, jakoś tak automatycznie. A ona lekko podskoczyła.
Jutro pojedziemy do Jajka i skremujemy dziadunia? A gdzie pochowamy?
On... On mówił coś, że ty będziesz wiedział, gdzie "go schować pod ziemią".
Tak powiedział? Zapytałem.
Tak. Pokażesz mi?
To jutro rano po powrocie. A teraz chodźmy spać.
Już mieliśmy odchodzić, ale usłyszałem zwyczajowe pohukiwanie ghuli. Podeszliśmy w tamtym kierunku.
Możesz wyjść, Hoffman. Śmiało. Zachęciłem. Hoffman wyszedł zza krzaka porzeczek.
Kleo i ja idziemy spać... Popilnowałbyś wszystkiego? O, albo i przeniósłbyś co się da z domu do hangaru? O świcie przyjdziemy po dziadunia i pojedziemy go skremować, a potem będziemy budować ogrodzenie, dobra? Aha, i nie jedz dziadunia... Powiedziałem, groźnie grożąc palcem. Ghul wyglądał na jeszcze bardziej podekscytowanego niż wcześniej. Z trudem wytrzymał do końca zdania.
Dobra, ale musisz to zobaczyć. Musicie, poprawił się. Naprawdę musicie. No, chodźcie!
I poszliśmy. Do hangaru droga była nieco błotnista, więc przeniosłem Kleo na rękach, a co tam. Gdy już ją postawiłem, zobaczyliśmy w świetle jednej, jedynej świeczki - mamy przecież dwudziesty pierwszy wiek - że jedna z niedbale rzuconych na kupę skrzynek rozpadła się i powypadały z niej jakieś kamulcowate obiekty.
Spójrzcie, powiedział Hoffman, podnosząc jeden z przedmiotów wielkości pięści Kleo.
Granaty? Zgadywałem, a ghul bawił się naszym napięciem. W końcu podniósł przedmiot do światła.
Bursztyny, powiedziała Kleo i westchnęła.
***
Następnego dnia skoro świt pojechaliśmy z Kleo tym rozjebanym, czarnym vanem do Jajkovicha, żeby skremować dziadunia i wypić szklaneczkę czegoś dobrego. Około ósmej byliśmy już z powrotem, w pogodnych nastrojach... Na tyle pogodnych, że nawet zatrzymaliśmy się na lody w drodze powrotnej. To znaczy nie do końca się zatrzymaliśmy, bo ja prowadziłem.
***
Gdy wróciliśmy do naszej miejscowości, podjechaliśmy prosto pod dom Alfreda i zadzwoniliśmy po Malinkę, żeby przyjechał po ten swój traktor, ale Malinkowski powiedział żebyśmy wybaczyli, ale jego synalek ma problemy gastryczne i nie ma drugiego kierowcy... I nie zapowiada się, żeby szybko wrócił do zdrowia, powtórzyła mi rozmowę Kleo.
Miał z tym doktor coś wspólnego? Spytała Kleo, biorąc się pod boki.
Ja? W życiu! Ale Ślepnir już tak... Nie ma oczu, wiesz. Nie widział, że to syn twojego przyjaciela... Dodałem, a moja prześliczna sąsiadka cichutko parsknęła.
Kleo Sewittz, czy ty właśnie parsknęłaś? Odwróciłem się do niej z udawaną przyganą. Udała smutną.
Oj, powiem ci coś, Kleo, ale nie spodoba ci się to, powiedziałem.
Co takiego, doktorze? Spytała, kontynuując grę.
Obawiam się, że wdepnęłaś w krowi placek. Spojrzała w dół i otworzyła usta, głośno wciągając powietrze, dłonie przysuwając do twarzy. Cała platforma jej niebotycznych szpilek była upaprana łajnem.
Ooo, nie!
Idź się może przebierz, słońce, a ja zobaczę, czy wszystko z domu Alfreda udało się Hoffmanowi wytargać. Dostałem soczystego buziaka, po czym Kleo odwróciła się na pięcie, wsiadła do vana i odjechała nim w stronę swojego domu, który był kilkadziesiąt metrów dalej. Ja zaś wziąłem pod pachę doczesne szczątki mojego sąsiada w puszce po kawie i poszliśmy przejść się po pustym domu.
Hoffman wykonał kawał dobrej roboty; zabrał wszystko, co nie było przykręcone do ściany; nawet pianino zniknęło i zlew z kuchni. Skurwysyn nawet podłogę zamiótł. Przeszliśmy się po pokojach, tzn. ja się przeszedłem, a Alfred stał spokojnie na parapecie. Opukałem ściany, zajrzałem do pieca, do składziku, do spiżarki. Przywołałem psa, który upewnił mnie, że pan Alfred Rosborg nie ukrył niczego w ścianach, podłodze ani pod stropem. O ile mogłem się zorientować, niczego schowanego tam nie było. Nawet pięćdziesięciu groszy uwięzionych gdzieś między żebrami kaloryfera, nic. Spacerowałem po tych trzech pokojach, pustych jak prostokątne wydmuszki, z wykręconymi lampami ze ścian i wspominałem Alfreda, który zawsze lekko uśmiechnięty, ostrzyżony i prawie zawsze idealnie ogolony kosił trawnik, ostrzył kosy dla całej okolicy i kibicował Czechom, w cokolwiek by nie grali... Taki dziadunio, który jak tylko skończyli ostrzeliwać mój dom jedni czy drudzy, zabierał się za mieszanie zaprawy i czyszczenie narzędzi murarskich. Jego rusztowanie warszawskie pamiętało budowę Pałacu Kultury i Nauki, a było po każdym użyciu dokładnie czyszczone i, jeśli było trzeba, malowane. I który nigdy nie chciał pieniędzy, bo, jak mawiał, ma ich dość i one szczęścia nie dają.
Z zamyślenia wyrwał mnie nieprawdopodobny ryk. Na pole przed domem Alfreda, gdzie rosły najpiękniejsze truskawki, najsłodsza kukurydza i najlepsze marchewki, jakie można było zjeść, wjechał ogromny buldożer. Zbliżał się w stronę domu tak prędko, że ledwo zdołałem zgarnąć Alfreda z parapetu a Ślepnirowi rozkazać spierdalać, tak się poschizowałem, zaniepokoiłem, że nas tu wszystkich pogrzebie żywcem... Czyli w sumie to tylko mnie, co za życie!
Wybiegam przed dom, a tam w buldożerze siedzi jakiś blondyn z brodą i w kasku, wpierdziela hot doga i jeździ w kółko po polu. No co on?
E! Krzyczę do gościa w międzynarodowym. E, kurwa, ciulu! Facet nic. Nie widzi mnie, czy jak? Pstryknąłem na Ślepnira, wyciągnąłem mu z pyska pistolet i puściłem temu fiutkowi ostrzegawczo kulkę w szybkę. I patrzcie państwo, któż to się nagle opamiętał i zatrzymał!
Podchodzę do gostka. Ten cały spanikowany, ręce w górze, ujebany cały z keczupu na twarzy, a poza tym totalna dezorientacja.
Opuść te ręce, człowieku... Możesz mi łaskawie powiedzieć, co ty tutaj odpierdalasz? Spytałem go, chowając giwerę za pasek. Hm? Uniosłem brew.
To... To jest to pole przed numerem pięćdziesiątym pierwszym? Spytał, ciągle zezując na kolbę pistoletu. Nie uznałem za celowe odpowiadać, niech się trochę spoci.
Yyy, bo jak tak, to polecono mi przygotować plac pod budowę, eee, tego, no. Willa tu stanie.
Willa. Powtórzyłem za nim.
Na trzydziestoarowym polu stanie willa, powtarzam, patrząc na gościa jak na debila. Tak?
Yyyy eee, no tak, mamy tutaj działkę budowlaną, tu szef niedługo przyjedzie, a zresztą ja mam robotę i jakby co, z szefem, co? A, i jeszcze was szef za szybkę policzy... Co pan ee, robisz?
Wdrapałem się na tą jego zabaweczkę, wyciągnąłem pistolet i z kolby wyrżnąłem prosto w szybkę, która poszła w przysłowiowe drzazgi.
Co pan, jak pan, ale? Pytał, ale ja już zeskoczyłem z buldożera.
Powiesz, że kamień.
I poszedłem w stronę domu Alfreda, gdzie usiadłem na maluteńkiej ławeczce, na której Alfred zwykł był siadać, jak na przykład pastował buty.
Spojrzałem na zegarek, za kwadrans dziewiąta. Nie zapowiadało się tak pogodnie, jak jeszcze godzinę temu, gdy jednocześnie dojeżdżałem i dochodziłem.
***
Punktualnie o dziewiątej podjeżdża jakieś wielkie, czarne auto, w stylu fura agentów FBI z seriali telewizyjnych. Cadillac Escalade, o ile dobrze pamiętam. Wjechał na pole, przejechał po uprzednio przez buldożer wyrównanym pasie ziemi i zatrzymał się może dwa metry ode mnie, rujnując przepiękny trawnik, na którym Alfred... A, zresztą. Schowałem puszkę za plecy, żeby nie musiał tego oglądać.
Otworzyły się drzwiczki i wyskoczył z auta facet. Wiek, coś koło czterdziestki, z twarzy australopitek, te niemalże wały nadoczodołowe, ten garniturek sportowy, te mokasynki... I ten Breitling na ręce. I do mnie z ryjem, jeszcze się nie przedstawił:
Pan jesteś ten, co dostał tą stodołę? Kiwnąłem głową. Facet kontynuował: Taa, no niezłe jaja, co? Ile pan chcesz za nią?
Wstałem. Ślepnir też. Byłem wyższy od niego o dobre pół głowy, a więc Ślepnir sięgał mu głową do piersi.
Burek, siad! Krzyknął facet, a Ślepnir prychnął. Wyciągnąłem do niego rękę.
Okropny jestem, mieszkam tu za płotem... Będziemy sąsiadami. Muszę panu powiedzieć, że... Przerwał mi.
Tak, tak, wiem, wspaniały człowiek i w ogóle. Słuchaj pan, potrzebny mi ten skrawek ziemi, gdzie ta stodoła, rozumiesz pan? Ile pan chcesz za niego, co? Dziesięć? Dwadzieścia tysięcy?
Pan chyba żartuje, powiedziałem.
No, tak myślałem, że nawet dziesięć to za dużo za ten... Ile to jest? Ar? Dwa? Pięć? Tak głupio w środku działki? Ale dobra, dam ci... Osiemnaście, jak se tą stodołę, ten gruz sam zabierzesz, co? Nawet ci buldożer pożyczę, co? Piąteczka? Jesteśmy umówieni, jak ci było? Okrutny? Mam papiery w samochodzie, co? Uśmiechał się jak najgorszy cwaniak, kuty na sześć nóg sprzedawca używanych samochodów na giełdzie w Mysłowicach.
Nawet się nie wkurwiłem. Nawet gdybym chciał, nie wiedziałbym od czego zacząć. Zamiast tego po prostu go wyminąłem i odszedłem w stronę mojego domu. Za to Ślepnir wskoczył mu do samochodu i usiadł na przednim siedzeniu. A teraz się martw, pojebie, pomyślałem, niosąc Alfreda do domu, by go postawić na kominku. Kominek kiedyś działał, ale teraz mieścił całkiem sporo planów, jak już człowiek zapamiętał, żeby nie rzucać do środka petów.
Gdy tylko przestąpiłem próg mojego domu, z belki stropowej w stodole spierdoliło się banshee z głośnym łopotem. Wygramoliło się przez dziurę we wrotach i poczołgało się, jak wyrzucona na brzeg płaszczka na kacu w stronę drzwi. Więc postawiłem szybko Alfreda między gumowymi kutasami (do zamówień specjalnych STO), zaraz za moim wilczym biletem do wszystkich uniwersytetów w Polsce.  Wyszedłem zobaczyć, co to banshee w ogóle tym razem. I akurat wybiegłem prosto na nie, jak podnosiło się po futrynie, więc, koniec końców, poturlaliśmy się po trawniku.
Dla tych, co nie mieli tej wątpliwej przyjemności: turlanie się po trawniku z banshee przypomina skakanie na trampolinie będąc nago pod czarnym, skórzanym płaszczem, w dzień największego upału tysiąclecia, przytulając wysmarowanego miodem i piżmem ogromnego nietoperza z ludzką głową. Coś jak zakazany owoc dla wyjątkowo rzadkiego szczepu fetyszystów. Jak już wygrzebałem się z tego bałaganu i podniosłem tą przedziwną istotę, ona na migi pokazała mi, co następuje: Skurwydziad usiłuje staranować dom i/lub Ślepnira autem i/lub buldożerem, a ja jeszcze nie zjadłem śniadania, ładnie pachnę dziś rano i czy Kleo i ja planujemy jajka. Powiedziałem, że ma obudzić Hoffmana i przysłać go do obrony stodoły, a ja pobiegłem do stodoły po strzelbę i poszedłem zobaczyć, co tam się, odkąd poszedłem pięć minut temu, nowego dzieje.
***
Okazało się, że ten w buldożerze miał płacone od roboty, więc rozpędził się tym żółtym gówienkiem tak, że nie zauważył mojego spycha na podwoziu czołgu za płotem i chyba coś się zepsuło. W każdym razie buldożer trochę się pokrzywił, a to szkoda... Uszkodził mi ogrodzenie, a to oznaczało wojnę. Bubek z eskalejda wciąż usiłował dostać się do auta, choćby po to, by wziąć telefon, ale Ślepnir warczał i ujadał tak, że gostek był w odwrocie.
I na to wszystko przyjeżdżają koparki, ekipy budowlańców, betoniarki, wszystko, co się da. Faceci stawiają baraki z blachy falistej, toi-toje, rozładowują sprzęt, odpalają i gaszą kolejne urządzenia. Potem podjechała jakaś Skoda, wysiadły z niej chłopki, założyli kaski, każdy rulon pod pachę i dawaj, szukać chuja do dupy i wbijać paliki. A ja stanąłem sobie tuż przy zniszczonym ogrodzeniu i patrzyłem, jak australobubek się uwija, biega, krzyczy i zaczyna kampanię. Jak tylko odszedł, zupełnie nie zatrzymywany przez nikogo poszedłem do auta i spuściłem powietrze z kół, a telefon faceta, który miał w uchwycie jako GPS, wyjebałem Alfredowi na dach, ale zjechał i wpadł do rynny. Niech teraz szuka, jebus jeden. Cmoknąłem na psa i poszliśmy z powrotem na naszą stronę przewalonego płotu.
***
Za płotem, oparty o lemiesz spycharki, stał Hoffman i ziewał jak stado niewyspanych hipopotamów.
Okropny, Okropny! Zaczął mnie szarpać za szmaty. Panikarz...
Wyluzuj, Hoffman. Idź po dźwig i przywieź go tu. I nie wytrzeszczaj oczu, tylko przyjedź tutaj tym dźwigiem, a ja się ustawię traktorem tego ciula na narożniku. Łapiesz? No?
Wiesz, że Hetzer, nie? Ino jeden strzał i puff!, hm?
Wiem. Ale my tu mamy więcej do chronienia niż jeden jagdpanzer chwat, i tu mi uwierz na słowo, dobrze?
Dobrze. A może po prostu ich wystrzelamy?
Z pistoletu i strzelby? Nie bądź śmieszny, Hof, tu trzeba działać, a nie się wydurniać.
Miałem na myśli... Zastanawiałeś się kiedyś nad tym dźwigiem? To znaczy... Przyjrzałeś mu się?
No, ma podwozie na ciężarówce, cztery łapy, wysięgnik, na końcu wysięgnika jakieś takie gówno i hak. Dźwig po prostu, wzruszyłem ramionami. Nie ma się czym podniecać, Hof.
A widziałeś, żeby dziadunio go używał? Kiedykolwiek?
Nigdy. Wczoraj też mu się nie przyglądałem, jeśli już o to pytasz. Podwieziesz go tu w końcu czy sam mam iść? Tu jest nasze Alamo, Hof. Tu dziś możemy zginąć! Przesadzałem oczywiście, ale tyle się działo... Wpadłem w trans planowania ostatniej reduty.
Ej, Okropny. Ej, ej! Zaczął mną potrząsać. Ej! Chodź, pokażę ci ten twój "dźwig", dobra? Pokiwałem głową, zamyślony. Odeszliśmy tych kilkadziesiąt metrów, aby dostrzec zwisające głową w dół banshee nad wejściem do hangaru. Kiwało się lekko. Skórzaste kurewstwo... Odsunęło się troszeczkę, żebyśmy mogli wejść.
Weszliśmy do hangaru. Stało tam kilkanaście różnych kupek: skrzynie, klamoty Alfreda, meble, szpeje, duperele, w rogu pojazdy, a dalej w tle, z tyłu ten dźwig. I wtedy Hoffman mówi do mnie tak:
Wyobraź sobie, że ten hak jest zdejmowalny, że te przyczłapy działają tak... W poziomie, wiesz jak? I co ci zostaje?
Patrzyłem i nie widziałem, jak na jakiś dziwny obrazek z tą młodą babą i starą, ten, gdzie są dwie opcje, ale widzisz tylko jeden na raz. Albo królika i kaczkę. I nagle mnie olśniło.
Oooo, kuuuurwa!
Oto na podwoziu dźwigu, udając dźwig-żuraw stał Flak 88, pomalowany jak debil na żółto, ze wsadzoną w lufę rurą z hakiem i jakimś drutem. Nawet ja się dałem nabrać...
Hof?
No?
Jak ich powstrzymamy przed demolką stodoły? Spytałem, patrząc na flaka i analizując możliwości... Na przykład piętnaście kilometrów zasięgu. Jakbym wiedział wcześniej...!
Nie mam zielonego pojęcia, odparł ghul, chłonąc atmosferę czy co tam robił.
Możemy tylko tam wrócić i zrobić łańcuch. Całą moją wenę szlag trafił, jak pomyślałem, co by było, gdyby Alfred od wojny przez komunistów, pis, po i znowu pis dał radę ukrywać tyle szpeja, a ja w niecałe dwadzieścia godzin wyjawię wszystkie tajemnice za jednym zamachem. Czułbym się jak kretyn niewart zaufania starszego pana.
Z dwóch zer nie zrobimy łańcucha... Powiedział filozoficznie ghul.
Staliśmy tak chwilę, ja zawieszony, on chyba też. Banshee też, tyle że na dworze, u framugi. W końcu powiedziałem, że ma zamknąć ten pierdolnik i iść spać, a ja idę rozgonić tych kutasiarzy na cztery wiatry. Było około jedenastej, miałem dwie nielegalne spluwy przy sobie, w domu i okolicznych budynkach jeszcze dość, żeby się nie wykaraskać przez tysiąc lat...
Ale poszedłem, bojowo nastawiony jak Leonidas.
***
Gdy byłem na wysokości mojego spychacza, miałem wrażenie, że coś jest nie tak. Jakiś buc w białym kasku oglądał stodołę Alfreda i macał deski, a dwóch kutasiarzy w innych kaskach usiłowali reperować to, co ten jeden rozjebał rozpędzonym buldożerem. Tego, co nim kierował, opierdalał przestrasznie inny biały kask, a cała reszta stała grzecznie,w rządku, jak kurwy przed alfonsem. Choć może to nienajlepszy przykład na Śląsku, bo tu się wciąż zdarzają Adolfki, Alfonski i Gerhardki. Ale to nawiasem mówiąc. Na samym środku placu stał wywrócony eskalejd, tuż obok lawety, przez którą się prawdopodobnie wywrócił. Obok niego stał Ślepnir, za nim radiowóz, a jeszcze za nimi, na poboczu, stała Kleo Sewittz z notariuszem, ubrana tak, że od feromonów wydzielanych przez tych wszystkich facetów obok, nawet mrówki by się zdezorientowały i zgubiły drogę do domu. Atmosfera była gęsta.
Wrzuciłem szybko strzelbę pod spych, giwerę zasłoniłem połą koszuli i podszedłem prosto w stronę Kleo, która na mój widok rzuciła się do przodu, by wpaść na pełnym biegu mi w ramiona, jakbyśmy się tysiąc lat nie widzieli.
Doktor Okropny? Zapytał aspirant Jurkiewicz, wnuk pani Schwalbe, równy chłop, choć gówniarz.
Tak? Spytałem, przytulając Kleo, czego, jestem pewien, zazdrościli mi wszyscy, ze skutym w radiowozie australopitekiem Bubkiem z eskalejda. Kleo uniosła czy też ugięła jedną nogę, prezentując wszystkim efekty wielu lat jogi, przysiadów i najróżniejszych ćwiczeń. Świat wstrzymał oddech.
***
Taak, więc papiery się zgadzają, pan Necker Helmut jest właścicielem... Tak, całej działki, stukał w papier palcem gliniarz, oprócz tego tu kawałka ze stodołą włącznie, który jest własnością obecnych tutaj pana Okropnego... I pani Sewittz. No. A pan zdemolował płot, usiłował staranować dom, stodołę i zniszczył następujące elementy wyposażenia...
Podsumowując, jest pan winny z paragrafu, tu gliniarz wymieniał, a notariusz co i rusz dodawał nowe paragrafy i artykuły. Obecni tutaj panowie potwierdzą swoimi zeznaniami. Pan rzeczoznawca, do spółki z kierownikami budowy, glina zwrócił się do notariusza i białych kasków, wycenią szkody, i jeżeli państwo, eee, pan Okropny i pani Sewittz, ee, nie wniosą oskarżenia przeciw panu o karę pozbawienia wolności, choć grozi panu do lat pięciu włącznie, będzie pan musiał zapłacić karę pieniężną...
Gliniarz, notariusz i pozostali jeszcze długo się produkowali, ale w końcu pojechali, zabierając ze sobą Neckera. Robotnicy wrócili do pracy, naprawili nawet mój płot, na ile się dało. Przyjechała laweta i zabrała eskalejda, a notariusz uściskał się serdecznie z Kleo i pojechał swoim mercedesem w siną dal. Kleo i ja zaś poszliśmy do mnie, gdzie rzuciliśmy się na łóżko, ale właściwie zasnąłem i nie wiem, czy Kleo też... W każdym razie jak się obudziłem, leżała obok mnie i czytała Wielki Almanach Bomb i Szrapneli, który wydałem własnym sumptem jak miałem dziewiętnaście lat. Gdy zacząłem mrugać, drapnęła mnie mocno przez całe plecy. Tak przyjemnie, ale mocno.
Aj, za co to?
Za to, powiedziała i sięgnęła mi w spodnie. Wyciągnęła stamtąd colta, który, jakby, gdyby wypalił, odstrzeliłby mi jajca, fiuta i stopę. A ja na nim spałem.
Za to należy mi się jeszcze jeden raz, Kleo.
Był doktor niegrzeczny...? Mmm. To za karę musi doktor poczekać, aż pochowamy Alfreda tam, gdzie sobie życzył, dobrze? Pójdziemy?
Chodźmy, rzekłem wstając. Zgarnąłem Alfreda do chlebaka, wrzuciłem do środka colta i poszliśmy.
Nigdy się nie dowiem, jak to jest i dlaczego moja sąsiadka biega w szpilkach po trawie, betonie i żwirze, dawno przestałem dociekać też, jak utrzymuje równowagę przy tych kulach armatnich z przodu. Po prostu obserwowałem, jak idzie i to sprawiało mi przyjemność.
Pozdrowiliśmy Hoffmana - który rozłożył sobie legowisko obok "wujka" Hetzera i właśnie układał pasjansa - po czym zeszliśmy we dwójkę do podziemi tą samą drogą, którą szedłem wczoraj. Kleo szła bardzo powoli; stukot niósł się echem daleko, daleko wgłąb ziemi. A ja choć ją asekurowałem i trzymałem za rękę, pomagając zejść, trochę nie mogłem się doczekać, jak będziemy wracać i ona pójdzie przodem.
Gdy doszliśmy do pomieszczenia z tomiskiem, przekartkowałem je do ostatniej strony. W ostatniej wolnej rubryce, własnym pismem, po polsku wpisałem "Alfred Rosborg, 98, skrzynia...? Otwarta, po prawej stronie. 666. Co za zbieg okoliczności... Włożyłem Alfreda do skrzyni numer 666, w puszce po kawie, obok zakurzonej puszki po herbacie z wydrapanym na wieku serduszkiem. Kleo pociągnęła smutno nosem.
Gdzie jesteśmy, doktorze? Spytała po chwili. Skąd... Skąd tutaj taka jaskinia?
A wiesz, Kleo, że mam przeczucie, że Alfred przygotował dla nas jeszcze niejedną niespodziankę. A teraz... Zacząłem, ciągnąc ją do pomieszczenia obok, które było niemalże niemożliwie długie i szerokie, a niemal w całości wypełniał je podłużny kształt.
Czy to jest...? Zaczęła Kleo, co chwila patrząc to na mnie, to na kształt.
Kleo, kochanie... Zacząłem, miętosząc jej okrągłe pośladki i sięgając pomiędzy nie.
Tak, doktorze?
Pójdziemy zwiedzać teraz, czy za chwilę? Spytałem, gdy góra i dół jej stroju wylądowały na mojej koszuli, na skrzyni ze swastyką.
Kleo nie odpowiedziała, więc uznałem, że za chwilę. Bądź co bądź są ważniejsze sprawy na świecie, niż zwiedzanie zaginionego U-666 w podziemnym magazynie. I te sprawy teraz zaczęły się rytmicznie obijać o moje biodra.


09:06

Penny Pulp #17 - Porwanie Kleo


Siedzę przy biurku z rękami w kajdankach. Przesłuchuje mnie pan glina w związku z niedawną strzelaniną. To znaczy... Składam zeznania, a co z tego wyniknie, to jeszcze zobaczymy. Na razie kłamię jak z nut.
I wtedy, panie władzo, tych kilku facetów wpadło do mnie na ogródek, a wszyscy po dwa metry, uzbrojeni w nowoczesne fiu-bździu, i walą prosto w mój dom, wrzucają granaty przez okna i generalnie robią straszny bałagan...
Tu gliniarz przerwał mi. Pan nie odpowiedział ogniem, panie... Yyy... Okropny?
Doktorze Okropny, poprawiłem go.
Panie władzo, nie mam pozwolenia na broń, jestem pokojowo nastawionym człowiekiem, w życiu muchy bym nie skrzywdził... Poza tym, nie było mnie w domu.
***
Spałem sobie smacznie, kiedy usłyszałem niesłychany łomot i kanonadę trzasków. Zerwałem się z łóżka, zza poduszek wyciągnąłem wiekową dubeltówkę i pobiegłem w stronę hałasu.
Tym razem dzieci-śmieci, nowomodne dzieci mroku ze smartfonami, ajfonami, starbaksami, trampkami za trzy stówy i ajlajnerem za cztery, postanowiły włamać się do mojej szopy. Pewnie dlatego, że sypiam teraz u Kleo... Bezpieczniej. I, jako że wiadomo, że tam sypiam, to wszelkie możliwe formy życia szukają szczęścia na mojej posesji. Złomiarze, gliniarze, dzieci sąsiadów, dzieci-śmieci z pobliskiego ogólniaka, nawet kilku niuejdżowców się zabłąkało w poszukiwaniu źródeł magnetyzmu, czy coś. Dość, że niebezpiecznie blisko dołu z trupami chodzą, a jeszcze nie mam dość mamony, żeby nadsypać górkę żwiru i przykryć to na amen... Albo coś.
Wpadam więc do szopy, w majtkach na tyłku i z dwururką w ręce, a dzieci-śmieci jak gdyby nigdy nic usiłują wytargać starą wylinkę megapająka spod przeróżnych szpargałów, robiąc przy tym hałas jak czworo dzieci w niesprzątanym od dawna warsztacie. Przez chwilę mnie olewali - pewnie nawet mnie nie zauważyli - więc skorzystałem z okazji i sprawdziłem chociaż, czy naładowana ta flinta... Nie była. Ale zawsze mam schowane ze dwa naboje gdzieś po szafkach, więc sięgnąłem ręką do starej, zaciętej od lat szuflady i wyciągnąłem dwa zakurzone, czerwone naboje. Włożyłem je do flinty i jednym ruchem nadgarstka zamknąłem odtylcową, starą strzelbę. Akurat trafiłem w chwilę ciszy, więc całe towarzystwo zgromadzone w mojej szopie nagle zatrzymało się.
Ekhem, zacząłem. Na kolana, skurwysynki. Popatrzyli po sobie. No, na co czekacie? Wyciągać wszystko z kieszeni...
Dwadzieścia minut później miałem cztery smartfony, na każdym kompromitujące zdjęcia robionych sobie nawzajem lodów (nic innego nie przyszło mi do głowy, a haka na nich mieć trzeba...) i namiar na kogoś, kto rozpuszcza głupie wieści o doktorze Okropnym, który doktorem nie jest.
***
Ale pan przecież, doktorze, eee, Okropny, nie ma żadnych wrogów we wsi, prawda? Wydaje się pan być szanowany przez mieszkańców gminy, skąd te wszystkie pułapki, boi się pan o własne życie? Ma pan powody?
Panie władzo, pułapki mam na tresowane szczury, uczę je sztuki prowadzenia wojny według Sun-Tzu.
Szczury, powiada pan...
***
Wróciłem do domu Kleo, by pokazać jej kompromitujące zdjęcia dzieci sąsiadów. Nie było jej. Włożyłem spodnie, buty, koszulkę i koszulę. Odłożyłem strzelbę, uprzednio ją rozładowawszy... Nigdy nic nie wiadomo. Pokrzątałem się po domu mojej ulubionej sąsiadki. Wiecie, zajrzałem do garderoby, popodsyłałem jej fotki jej butów z emotkami wyrażającymi chuć i popęd, popatrzyłem przez okna, w końcu z nudów poszedłem podlać trawnik. Stałem tak ze szlauchem i podlewałem rabatki, a tu wyskakuje na mnie zza żywopłotu sąsiadka Kleo, pani Schwalbe, nakręcona jak na spidzie, i z metra do mnie krzyczy:
Okropny! Kleo porwali!
Wszystko można powiedzieć o pani Schwalbe, że jąkała, ale nie że mitomanka.
Kto? Spytałem, jak debil upuszczając szlauch na trawę. Miałem jednak powód, by być w szoku. Jąkająca się babcia Schwalbe pierwszy raz odezwała się do mnie, po polsku, nie zająknąwszy się. Święto.
Po-podjechali jacyś lu-ludzie czarnym takim wa-vanem, zgarnęli Kleo na pa-pakę i po... Jechali. Z piskiem o-opon.
Jak to, kurwa, zgarnęli Kleo na pakę i pojechali?! Zacząłem krzyczeć. Akurat targ się kończył, zrobiło się zbiegowisko, zaczęto plotki i tyle było z całej dbałości o szczegóły. Musiałem działać.
Namierzyłem więc sygnał nadajnika, który wszczepiłem Kleo, a którym Kleo mogła, jakby mnie nie było w okolicy, namierzyć i/lub przyzwać Ślepnira. Sprawdziłem też zapis z kamer z całej wsi. Jedno było pewne:
Zawodowcy. Blachy kradzione, auto pewnie też, sygnał niestabilny, podjechali z otwartymi drzwiami, zgarnęli Kleo do vana i pojechali. Pięć sekund. Kurwa mać. Pozostaje namierzać sygnał Kleo. Problem w tym, że on "pika" raz na minutę, a minuta to bardzo dużo czasu. Nie pomyślałem, montując nadajnik, że Kleo może zostać porwana, no przecież skąd miałem wiedzieć?
***
A więc, powiedział gliniarz, zaglądając w notatki, specjalistyczne pułapki z czasów Vietcongu, wilcze doły, potykacze, naostrzone patyki na dźwigniach...
To wszystko dla moich tresowanych szczurów, powiedziałem. Możecie mnie rozkuć? Przecież nic nie zrobiłem.
Gliniarz westchnął.
To dlaczego te pułapki robił pan na ludzi?
Na takie małe jak na gryzonia szczur by się nie nabrał.
Gliniarz westchnął jeszcze raz.
***
Jako że auta Kleo nie umiałem obsługiwać, a mój Rolls jest w rozsypce - musiałem iść na koniec wsi do Malinkowskiego do komisu. W mojej kategorii cenowej miał tylko starą Toyotę Corollę, która żarła olej i miała problemy z elektryką. W kategorii cenowej Kleo Sewittz została porwana, naprawdę, a to, co widzisz w mojej ręce to pistolet, prawdziwy, nabity, lewy i nie zawaham się go użyć, miał świeżo sprowadzone audi a4, Niemiec płakałby jakby się dowiedział, że zniknął spod koca, pod którym go trzymał do wczoraj. Srebrny metalik, świeżo zatankowany, dokumenty jak nowe, tylko zawieszenie stuka i opony zimówki. Malinka miał prośbę, żeby nie mówić nikomu o tym, że pożycza samochody, a ja prosiłem, żeby nie był głupi i żeby nie łudził się, że dostanie go z powrotem w jednym kawałku. Wsiadłem do środka i odjechałem.
Gdy zajechałem pod dom, Ślepnir był już spakowany: Miał w schowku trochę gratów, a w pysku torbę z elektroniką. Obok niego leżał cały mój arsenał, czyli kilka masterkeyów, jakieś uzi, pistolety, granaty, rewolwery, amunicja i dziesięć claymorów. Wziąłem też jeden SuperTurboObciągator, jakbym potrzebował chwili relaksu. Nigdy nie wiadomo...
Zapakowałem wszystko do auta, do schowków, bagażnika, i pod siedzenia, nastawiłem jeżotrzmiele na "follow" i je uzbroiłem, Ślepnir wsiadł do bagażnika i pojechaliśmy na północny wschód, gdzie pikał zasilany sercem Kleo nadajnik.
***
Dobrze... Powiedział gliniarz. Jak zatem pan wytłumaczy, że dwaj napastnicy zginęli rozerwani modyfikowaną miną claymore, wewnątrz pańskiej stodoły?
Musieli ją mieć ze sobą, powiedziałem przekonująco. W przeciwnym wypadku, panie policjancie...
Detektywie.
Właśnie, detektywie, w przeciwnym wypadku musiałbym ja ją mieć, a sami panowie wiecie, że w Polsce nie można takiego sprzętu nawet kupić, wiem, bo próbowałem, przyznaję się.
Przyznaje się pan do usiłowania nabycia nielegalnych materiałów wybuchowych? Gliniarz otworzył notes.
Co? Nie, absolutnie! Chciałem je nabyć legalnie, ale MON nie chciał sprzedać.
Czyli pan, doktorze, interesował się materiałami wybuchowymi, tak?
Interesuję się, powiedziałem szczerze, uśmiechając się do gliniarza. Czysto naukowo.
Aha...
***
Na północny wschód od mojego domu, na końcu leśnej dróżki, gdzie kilkanaście minut temu lokalizator Kleo ustał pikanie na moment, znalazłem dymiące resztki vana na dnie wyrobiska. Stąd wyjechali jakąś inną furą dokądś... Bo Ślepnir na dole znalazł tylko nadpalone opakowanie soczku Capri-Sonne ze śladami szminki Kleo. Znaczy, użyto soczku, by podtrzymać funkcje życiowe... Tylko po co ktoś miałby porwać Kleo?
Nie pozostawało mi nic innego, jak podążać dalej za sygnałem lokalizatora.
***
A więc twierdzi pan, że nie znał napastników, a ich przynależność do znanej w okolicy grupy przestępczej mamy uznać za przypadek? Kontynuował gliniarz.
Grupa przestępcza w mojej okolicy?! Nie może być! Uniosłem się. Panie, tu mieszkają porządni ludzie!
No, i pan.
No i ja, fakt.
***
Jak się zachować w sytuacji, gdy się jest śledzonym, to wam nikt nie powie, ale ja przypadkiem wiem. To znaczy, do teraz nie wiedziałem, ale już wiem. Należy, jak gdyby nigdy nic, zatrzymać się na poboczu i udawać awarię samochodu. Będzie chciał was śledzić, zatrzyma się nieopodal. I wtedy wkracza się do akcji.
Dosyć długo jechał za mną czerwony kombiak z dwoma facetami o nieprzyjemnych mordach zabijaków. Parę razy skręciłem bez sensu, a oni za mną, więc miałem pewność. Zatrzymałem się więc na poboczu i wypuściłem Ślepnira z bagażnika. Usiadłem na kamieniu, czekałem z pistoletem w ręce. Chwilę później usłyszałem wystrzał - to na pewno opona. Ślepnir musiał podjąć samodzielnie decyzję i przegryźć... Albo obsikać. Testu Turinga by nie przeszedł, ale Kleo lubi i chyba czuje, że coś jest nie tak, zwłaszcza, że gadam do niego cały czas. Potem usłyszałem, jak Ślepnir biegnie w moim kierunku, więc otworzyłem bagażnik. Wskoczył do środka, a ja trzasnąłem maską i pojechaliśmy dalej. Kolesi więcej nie widziałem... Tak jakby! ale przełożyłem uzi na fotel pasażera, na wszelki wypadek.
***
A więc twierdzi pan, że o żadnej grupie przestępczej pan nie wiedział? Mamy nagranie z kamer, jak podjeżdża pan pod budynek należący do firmy Kaw-Bud, o której wszyscy wiedzą, że jest przykrywką dla gangsterów. I co? Gliniarz wstaje, taki z siebie dumny.
I co? Ja nie wiedziałem, że to przykrywka, chciałem zbudować porządny taras na palach, a że byłem w mieście... Kaw-Bud, to firma budowlana, prawda? Zresztą, jeśli wiecie że to mafia, to czemu ich nie zamkniecie? Co?
Gliniarz usiadł i splótł ręce na brzuchu.
***
Lokalizator Kleo się zatrzymał i od kilku godzin wskazywał jakiś budynek w centrum miasta. Duży, mnóstwo pięter i jeszcze więcej okien. A przed budynkiem szyldy: Od adwokata do zielarki, od angielski korepetycje do złoto skup 24/7. I tyle. Jakieś dwieście firm. Po prostu super. Grunt, że nadajnik Kleo wciąż tam jest. Tyle dobrze. Postanowiłem się zaczaić i poczekać.
***
A więc to nie pan zastrzelił w budynku osiem osób, a następnych dwadzieścia jeden ranił?
Przecież macie nagranie z kamery... Wchodzę z bronią?
Nie, powiedział gliniarz.
A może wychodzę z bronią?
Też nie.
No właśnie. To jak miałem...? Zwłaszcza, że nagrań ze środka nie macie, prawda? Jak według pana wchodzę do takiego budynku i strzelam do ludzi? Jak ja?
W pana wiosce różnie o panu mówią, panie Okropny. Nie mamy podstaw, by panu wierzyć na słowo... Bądź co bądź na pańskim podjeździe nasi technicy zabezpieczyli ponad 800 łusek po amunicji różnego kalibru, w tym 7,62 i 7,92, których to broni nie zabezpieczono po strzelaninie.
Ach, a jak znajdziecie na moim podjeździe kawałek kabla i stary zegarek, to nazwiecie to półfabrykatami do produkcji ładunku wybuchowego domowej roboty? Pytam gliniarza.
Niech pan nie będzie śmieszny... Odparł.
***
Notowałem wchodzących i wychodzących, a SJT330 patrolowały okna budynku. Jeśli Kleo jest za którymś i widzi, to doda jej to otuchy. Ja studiowałem pilnie budynek, jego pracowników i innych. Przed rozpoczęciem działań, trzeba się przygotować.
Sprawdziłem, co Ślepnir przygotował na akcję, co miał w środku, do ostatniej śrubeczki w schowku. Niewiele, ale po przeorganizowaniu wewnętrznej kieszeni, parę giwer powinno wejść. W drzwiach w środku mógł być wykrywacz metalu, ale to mogłem wyłączyć, razem z prądem, z zewnątrz. Lub z wewnątrz... Ślepnir siknie na transformator albo chrupnie ścianę i cała okolica będzie ciemna jak tabaka w rogu. I głucha.
Nagle, gdzieś o drugiej w nocy, gdy byłem w połowie mego planowania, otwierają się moje drzwiczki do samochodu i dwóch facetów (ci z czerwonego kombiaka!) złapało mnie i zaczęli szarpać. Na ich nieszczęście akurat (naprawdę, przypadkiem!) miałem w ręce Mac-10, a spust ma baaardzo czuły, no i krótko mówiąc, przestrzeliłem się przez jednego i zabiłem drugiego, zanim zdążyli się przedstawić. Na szczęście nie rozchlapali się bardzo... A co się rozchlapało, to piesek zlizał z chodnika. Po obszukaniu ich, byłem bogatszy o dwie pukawki, dwa zwitki pieniędzy, kluczyki do samochodu i dziwny klucz do czegoś. Wepchnąłem zwłoki do kanału i poszedłem poszukać ich samochodu.
***
Czy posiada pan pistolet maszynowy Ingram Mac 10? Pyta gliniarz.
Ingram co, proszę?
Ingram Mac 10, powtarza cierpliwie glina. Wygląda tak - i pokazuje mi zdjęcie pukawki.
Pierwsze widzę. Wygląda trochę jak uzi, nie? Czemu miałbym mieć takie coś? Pytam.
Z tej broni zginęli dwaj mężczyźni, należący do grupy, o której rozmawialiśmy.
Aha... Świeć im, panie, nad ich duszą. A co to ma wspólnego ze mną?
Ten pistolet maszynowy jest zarejestrowany na jednostkę antyterrorystyczną, która ostatni raz przed zaginięciem, brała udział w akcji nalotu na klub Katowicka, słyszał pan może o tym?
Co? Że ja? Jak można zgubić grupę antyterrorystów? Glina nic.
Nie słyszałem o żadnym nalocie. Dawno? Spytałem.
Gliniarz podał datę. Zgadzała się z datą mojego poznania Jajkovicha i Amandy, jak jeszcze żyła i ssała... Ee, miała się dobrze.
Mamy na pana haka, Okropny. Poruszał się pan vanem należącym do antyterrorystów po całym kraju, wraz z... Zajrzał w papiery. Niejaką Klaudią Sewittz, lat... Serio? Nie wygląda... Zamieszkałą naprzeciwko pana, tak?
Tak, ale nie wiedziałem, że należał do antyterrorystów. Kupiłem go od niejakiego Klaudiusza... Adama, chyba. Mam w domu umowę kupna-sprzedaży. Spieszyło mu się okropnie, więc była okazja... Czemu by nie brać?
Gliniarzowi żyłka na czole zaczęła pulsować.
Wrócimy do tego, powiedział.
Dobrze, odparłem, bo co miałem niby powiedzieć?
***
Jeden z SuperTurboJeżotrzmieli podesłał mi sekwencję obrazu, w której jakiś facet wchodzi do pomieszczenia, za którym leży jakaś kobieta, którą ktoś bije w twarz i bierze od tyłu. Twarzy kobiety nie widać. Numeru pokoju też nie, ale po dłuższej chwili doszedłem drogą dedukcji do tego, że jest to pokój, którego nie ma na planie budynku! To skurwysyny... Chociaż nie, to może być wina tego, że byłem zmęczony i majaczę. W sumie nie spałem od kilku dni... Jeszcze dwa dni temu z Kleo rozmawialiśmy całą noc... No, powiedzmy. Pojechałem do pierwszego z brzegu hotelu, zapłaciłem gotówką i poszedłem spać, mając nadzieję, że Kleo nic nie jest.
Rano poszedłem do budynku pozwiedzać trochę. Wszedłem, portier o wyglądzie zakapiora krzywo na mnie łypał i mówił, że z psem nie można - a ja odparłem z uśmiechem, że jakby nie było można, to by nie było weterynarza na siódmym, a poza tym czas to pieniądz. A Ślepnir tylko na niego szczeknął i facet się poddał. I słusznie.
***
Mogę prosić o kubek herbaty? Pytam gliniarza. Zapłacę, jeśli będzie trzeba. Jak mamy jeszcze gadać, to potrzebuję herbaty.
***
Coś dziwnie w tym budynku. Cicho dość... Kamery na każdym winklu, ale Ślepnirek wie, co ma zrobić i przy pierwszej okazji wyszarpie kable ze ściany... Jak je wyniucha.
Poszliśmy schodami. Tam był spory ruch, pod jednym biurem nawet były kolejki. I tak co piętro.
Za czym ta kolejka? Pytam faceta po czterdziestce, pierwszego z brzegu.
Świeży towar rzucili, więc wszyscy chcą sprawdzić. No wie pan, zanim pojedzie do Niemiec i turasy ją, wie pan, wyszeptał mi na ucho.
A wiadomo, co to za towar?
Facet popatrzył na mnie jak na debila.
Spytaj pan tego, co właśnie wyszedł. O, tam stoi. Wskazał mi palcem faceta, którego już wypytywali inni.
...niezła dupka, ma pieprzyk na policzku, no, bierze w usta jak dzika, no jasne, cipa słodka jak miód, ciągnie jak odkurzacz... Usłyszałem z tego mini zbiegowiska.
Pieprzyk na policzku? To nie brzmi jak Kleo... Ale mogli dokleić. Kurwa, nie jestem antyterrorystą, nie mam wywiadu, nie znam się na odbijaniu zakładników! Poprosiłem Ślepnirka, żeby wygryzł ze ściany wszystkie kable, jakie uda mi się znaleźć, a potem wrócił do mnie, jak już zrobi się ciemniej. Gmach miał dosyć ciemne korytarze, maleńkie okienka na ich końcach i na klatce schodowej nie oświetlały należycie korytarzy. Pięć minut później zgasło światło, a za kolejne trzy szedłem już w górę, uzbrojony w masterkeya, ze Ślepnirem pilnującym moich tyłów. Usłyszałem głos portiera: Ostatnio stał w kolejce! To nie on, chyba, miałem go cały czas na oku na kamerach!
Aha, czyli mnie szukają. To mogą zacząć szukać od piętra wyżej, gdzie poszedłem, a gdzie noktowizor pokazał mi taki sam tłum, jak piętro niżej.
Ujadanie Ślepnira i moje udawane krzyki "oo nieee, on ma wściekliznę, o nie, zostaw mnie, aaaaarghh" wypłoszyło większość facetów, którzy zwiali schodami na dół. Ci, co zostali, to jakieś dziadki i facet z pistoletem maszynowym. Nie miał noktowizora, a ja tak, więc teraz miałem dodatkową giwerę, a on jak ukośnik jeśli się obudzi, będzie miał guza. Otworzyły się drzwi i facet ze spuszczonymi gaciami wybiegł z pokoju, a za nim wyszedł facet z pistoletem, który jednak chyba miał instynkt zabójcy, bo zaczął strzelać na oślep. Trafił jednego z dziadków pod ścianą, jednego faceta, który wyszedł z kibla, a trzeciego strzału oddać nie zdążył, bo pocisk kalibru 5,56 zmienił jego głowę w coś już zupełnie nie do użytku, zakładając że mowa o pierwotnym zadaniu. Facet wyłożył się na wznak, wpadając do pomieszczenia. Wyglądało to bardziej jak hotel, niż jak biurowiec... Ale co ja tam wiem o architekturze, nawet doktoratu nie mam.
Wszedłem do pokoju, zostawiając Ślepnira przed drzwiami. W pokoju było łóżko, a na nim leżała półprzytomna małolata, maksymalnie piętnastoletnia, w jednoczęściowej, zaspermionej koronce, z pieprzykiem na policzku i przykuta do łóżka. I, jak to bywa w takim wypadku, miała szpilki na nogach, a chodnik skrzypiał od zużytych kondomów wgniecionych weń kolejnymi butami.
Wkurwiłem się. Akurat na czas, żeby usłyszeć ogień z broni maszynowej przed drzwiami. Strzelał ktoś do kogoś. Ślepnir nie reagował, pewnie nie było zagrożenia. Albo był chytrym, zarobaczonym skurwypieskiem. Wyszedłem z pomieszczenia akurat na czas, żeby z masterkeya zrobić facetowi dziurę na wylot. Ślepnira nie było. Dziwne...
Poszedłem na górę, gdzie korytarze i pokoje były puste, nie licząc facetów, których musiałem zabić i panienek w różnym wieku, w różnych stadiach odurzenia, w różnych pozycjach przywiązanych do różnych mebli. Potem przestrzeliłem im te łańcuchy od kaloryferów i ram łóżek.
A potem na dół, powoli, wiedząc, że trzeba mieć oczy dookoła głowy. Co jakiś czas ktoś krzyczał i zbiegał po schodach, ale w stylu "chciałem tylko tanio poruchać" a nie "zapierdolę cię chuju". Bez ekscesów dotarłem do czwartego piętra. Cała góra była "czysta". Stałem w pomieszczeniu przy samej klatce schodowej i nasłuchiwałem. Jakaś dziewczyna ocknęła się i zaczęła zbiegać po schodach. W obcasach. Przebiegła koło moich uchylonych drzwi i zbiegła na dół. Gdy dobiegła do półpiętra, położył ją ogień z kilku automatów. No, pięknie. Ślepnir pobiegł z moimi granatami, z moimi claymorami i z resztą mojego arsenału gdzieś w pizdu, Kleo nigdzie nie ma, wykrywacz Kleo pokazuje, ze jest gdzieś w budynku, ja mam dwa magazynki i trochę nabojów do masterkeya, dwa zdobyczne automaty na plecach i całą górę trupów i zbiorowo przeruchanych nastolatek. A na dole się okopali i czekają. Pięknie.
Musiałem coś wymyślić.
***
Wrócił gliniarz z herbatą. Poczekałem, aż trochę ostygnie.
Na czym to stanęliśmy? Pytam.
Czy zna pan tego człowieka? Pokazał mi zdjęcie. Nie znałem.
Wyskoczył przez okno z czwartego piętra budynku, w którym pan był. Wtedy, kiedy pan był. Przypadek?
A wie pan, był tam taki szaleniec, który mówił każdemu przechodzącemu, że wyskoczy oknem. Powiada pan, że faktycznie wyskoczył? Coś takiego...
Miał przy sobie narkotyki i nielegalny pistolet.
O, to nawet lepiej dla was, że nie żyje, co? O jedną szumowinę mniej, co?
***
Wypchnąłem tego pierwszego nieprzytomnego bandziora z okna. Spadł prosto na przednią szybę błyszczącego, czarnego mercedesa, obok którego stało dwóch typków. Zaczęli się kłócić, który z nich tam zaparkował i czy i jak powiedzą o tym szefowi, czy komu tam.
Gdy wpadli pomiędzy tych, którzy okopali się na dole, zdezorientowali ich na tyle, ze udało mi się przebiec, ostrzeliwując się, na drugie piętro. Prawie bez strzału, bo czymże jest pół magazynka ze zdobycznego automatu? Na szczęście dalej myśleli, ze jestem na górze, bo nie strzelali w dół i darli ryja w górę. Nie płacą im za myślenie, pewnie.
***
To gdzie pan był cały ten czas, jak nie słyszał pan ognia, wybuchów i całego tego hałasu? Nie chce mi się wierzyć, że nic pan nie słyszał.
Słyszałem, oczywiście... Ale takie są ostatnio modne gry miejskie, w których ludzie biegają, strzelają do siebie z replik i robią cuda wianki, że uznałem, że to jeden z tych iwentów i się nie przejmowałem.
Ale gdzie pan był, cały ten czas?
Zatrzasnąłem się w toalecie na dole, uwierzy pan?
Ma pan jakichś świadków?
A wie pan, było tam ze mną kilku facetów, którzy też się zatrzasnęli. Zrobiliśmy sobie pamiątkową fotkę, zanim odpalono fajerwerki na koniec zabawy... Jest na moim instagramie, możecie sprawdzić. Pancerne te drzwi robią, a przecież to tylko do kibla. Bez sensu, nie?
***
Na drugim piętrze w kiblu było słychać odgłosy rozmów. Wszedłem tam, jak gdyby nigdy nic, automaty zostawiając w pokoju obok za drzwiami.
Ej, panowie, to jakieś jaja są, gry zespołowe! Jestem Olek! Czas na selfie!
Faceci byli albo za głupi, albo coś, w każdym razie dali się przekonać, że to tylko jaja i nie na serio i jeden nawet wziął mój telefon i zrobił nam zdjęcie. Fajne chłopaki. Szkoda, że któryś gangster usłyszał nasze głosy i wpakował nam granat do pomieszczenia. Przeżyłem chyba tylko dlatego, że akurat naprawdę lałem w ostatniej kabinie. Potem przejechał serią po kabinach, a mnie cudem ominęło, bo wbiło się w ścianę przede mną i za mną. Stanąłem na sedesie. Chłopaki leżeli rozpryśnięci na podłodze. Szkoda.
Ale to i dobrze, przynajmniej wiedziałem, że mają granaty.
***
W toalecie, w której pan był z tymi panami, wybuchł granat i wszyscy zginęli. Mniej więcej w tym samym czasie, co gdy pan tam był.
No, tego już za wiele! Uniosłem się. Co ja, ludobójca jestem? Związek Walki Zbrojnej? AK? Czyście powariowali?
No to jak pan się wydostał z zatrzaśniętej toalety, w której wybuch granatu i serie z kałasznikowa pozbawiły życia tych trzech ludzi?
Przez okno, panie władzo. Uznaliśmy, że ta toaleta to pułapka na bawiących się i że jakoś trzeba wyjść. Umówiłem się z nimi, że wyjdę i nas otworzę z zewnątrz, i udało mi się przejść po rynnie, parapetach i gzymsie do toalety damskiej, najwyraźniej chwilę przed granatem... Ja myślałem, że jak usłyszałem kroki i te fajerwerki, że to koniec zabawy, bo jak wyszedłem z damskiej, to drzwi do męskiej były uchylone, a na korytarzach żywego ducha... Martwego też nie. Po prostu pusto. I wtedy też wyszedłem z budynku.
***
Gdy wyszedłem z kibla, drab z kałachem stał plecami do mnie i gadał przez krótkofalówkę z kimś, kto najwyraźniej był w garażu w piwnicy. Przyłożyłem mu z kolby pistoletu w tył głowy, obszukałem i mimo, że nie miał granatów, zdobyłem na nim radio, kluczyki do auta i kałacha. Przez radio udawanym głosem typka powiedziałem, że załatwiłem typa z karabinkiem i że mogą wyluzować. I że trupa zanoszę do pokoju 202, jakby co. Poszedłem po moje pukawki do pokoju, w którym je zostawiłem i po namyśle wziąłem też pistolet draba. Kałacha rozładowałem i porzuciłem. Usłyszałem szczekanie Ślepnira z piętra-dwóch poniżej. Już naprawdę nie zostało wiele miejsc, gdzie mogłyby draby schować Kleo. Bałem się, że ją wywiozą albo zabiją... A strach naładował mnie energią. Pobiegłem na dół. Typasy z piętra niżej i z parteru w ogóle mnie nie zauważyli, pochłonięci przeładowywaniem broni, szczękaniem zamków i tak dalej. Prześlizgnąłem się jak ninja za ich plecami, przebiegając cichutko jak mysz w stronę drzwi do garażu podziemnego...
No, dobra, kłamałem. Cichutko jak mysz z tłumikiem na karabinku zastrzeliłem tych drabów, którzy stali mi na drodze do uwolnienia Kleo. Nie zdążyli jęknąć, po prostu opróżniłem w nich dwa pozostałe magazynki do masterkeya, po czym wytarłem go i podrzuciłem do ręki jednemu trupowi. Zabrałem sobie z trupów trochę fajnego sprzętu i poszedłem dalej.
***
Nie interesuje pana, co się tam działo naprawdę?
Panie władzo, jestem w szoku! Wróciłem do domu cały roztrzęsiony, nic nie chciałem wiedzieć, to było straszne!
Ale co? Nie rozumiał policjant.
No jak to co? Portiernia!
***
Na dole był garaż, a w garażu stał na środku pustego prawie garażu nierzucający się w oczy, unieruchomiony (bez koła) żółto-różowy hummer, obok którego stały związane i skute kajdankami trzy panienki: dwie małolaty i wreszcie Kleo Sewittz. Obok nich stały obmacujące je i trzymające je za włosy (żeby patrzyły i nie odwracały głowy) wstrętne typasy, a kawałek dalej jakichś dwóch innych znęcało się nad jakąś filigranową blondyneczką. Kopali ją po nerkach, twarzy i brzuchu. Dwie małolaty płakały i szlochały, gdy typasy wymierzały im plaskacze. Kleo tylko stała, zupełnie jakby jej nie było. Jeden typas wrzeszczał do telefonu: Jak kurwa nie ma? Co nie ma? To ukradnij jakiś! Ten pieprzony hummer się zepsuł! Nie wiem jak! Jakoś! Koło odpadło, jak jechaliśmy po resztę dziwek! No co, jak? Srak? Wzięło i odpadło! Kurwa chodź i zobacz! Kurwa! Rzucił telefonem na siedzenie hummera. Nagle zza drzwi, obok których kucałem, obserwując całą akcję, wybiegło dwóch facetów, za nimi biegł Ślepnir, a za nim jeszcze dwóch. Żadna dwójka nie strzelała, choć mogli, ale pewnie wystrzelaliby się nawzajem.
To on! Krzyknął jeden z typasów. To ten pies, co zagryzł Wojtka! Wojtek stał tutaj i pilnował hummera, a potem znaleźliśmy go rozszarpanego! To ten pies!
Na co czekacie, zapierdolcie go! Ty, powiedział jeden z typasów, ewidentnie jakiś herszt, idź po emela na dwór!
Na emela spadł Siwy. Powiedział typas.
Jak spadł? Chuj z nim, to idź, ukradnij jakieś auto, kurwa! A najlepiej dwa, ja pojadę z tymi kurwami a wy pojedziecie jako obstawa drugim. Idź z nim, Rafi, dodał, i ten nazwany Rafim poszedł z tamtym.
Będziecie próbować sztuczek, jak ta Balbinka? Zwrócił się tamten do Kleo i dziewczynek, łapiąc za włosy półprzytomną, pobitą dziewczynkę i podnosząc ją brutalnie. Tą kurwę możecie se wziąć, powiedział, a jak z nią skończycie, to ją zakopcie tam gdzie ostatnio. Rzucił nią pod nogi tym dwóm, którzy przybiegli jako pierwsi. Ślepnir stał za hummerem tak, żeby nie mogli otworzyć do niego ognia, nie narażając siebie nawzajem.
Na co czekacie, kurwa? Strzelać do psa! Jeden z typów wyciągnął zza pazuchy mp5k i pociągnął serią w stronę Ślepnira, który bardzo leniwie i niechętnie podszedł do Kleo i tam został. Herszt wyciągnął pistolet i wycelował w psa.
Czy ja wszystko muszę robić za was? Odbezpieczył i położył palec na spuście. Ślepnir na niego warknął, ale nie ruszył się.
Obok różowego, unieruchomionego hummera stali od lewej: Typas, małolata, Kleo, małolata, herszt, dwóch typasów, małolata na ziemi i typas. Padnij, krzyknąłem, a Kleo zrozumiała niemal od razu, pociągając w dół dziewczynki i rozpłaszczając się na ziemi. Ślepnir zrozumiał aluzję i odgryzł dłoń z pistoletem w niego wymierzonym, a ja pociągnąłem serią ze zdobytego piętro wyżej FN Minimi, którego nie wiedzieć skąd wytrzasnęli gangsterzy. Wkrótce na placu boju została Kleo z jedną dziewczyną, herszt bez ręki i ja, z filmowo dymiącą lufą opróżnionej pukawki. Pozostałe typasy udały się do krainy wiecznych łowów, razem z jedną z dziewczyn, która przerażona zaczęła uciekać w stronę tej pobitej na ziemi, więc musiały dostać obie przypadkiem, jak ciągłym ogniem karabinu maszynowego szedłem z lewej do prawej. Człowiek krzyczy, padnij, a tu potem takie baby panikują i masz niewinnych na sumieniu.
Z hummera zostało sito. Herszt został obezwładniony przez Ślepnira, który jedną nogą stał na urwanej ręce herszta, drugą stał na jajach a tytanowe rzędy zębów wzmacnianych widią szczerzył do leżącego pod nim, krwawiącego mężczyzny.
Upewniłem się, że nikt więcej nie przybiegnie i bez słowa pomogłem wstać Kleo i dziewczynce, a herszta za wszarz podniosłem, dałem kilka razy w pysk i zaprowadziłem pod drzwi, do kąta. Cała akcja, od mojego wejścia do garażu do teraz, trwała może dziesięć minut. Ślepnir przegryzł dziewczynom pęta, dałem Kleo broń i poszedłem po auto. Z broni została mi tylko strzelba, pompka, malutka do samoobrony, którą znalazłem przy którymś gangsterze.
***
I ja wyszedłem z tego budynku, cały roztrzęsiony, po tym, co jak widziałem, zostało z tego przemiłego starszego pana z portierni... Zwymiotowałem na ulicę, wsiadłem do auta i pojechałem do domu, jak automat, czy pan sobie to wyobraża? Mózg, tkanki, oczy na ścianie, yyy brrr!
Gliniarz burknął, żebym jednak bez szczegółów.
Dodałem ich jeszcze więcej.
***
Gdy wychodziłem z budynku, zatrzymał mnie portier z kałachem i kazał podnieść ręce do góry. Podniosłem, ale że w rękawie miałem tą strzelbkę, to ruchem rodem z Desperado wyciągnąłem tą strzelbkę i strzeliłem mu w głowę. A potem rzuciłem ją za siebie i wyszedłem z budynku, dookoła którego w grupkach stali faceci, których przegoniłem z kolejek do dziewczynek w pokojach.
Poszedłem na koniec ulicy po moje auto, odpaliłem i pojechałem do garażu podziemnego, gdzie staranowałem szlaban i zajechałem pod kąt, gdzie zostawiłem Kleo i resztę.
Pomogłem dziewczynom wejść do środka, bandziora wrzuciłem do bagażnika razem ze Ślepnirem i z piskiem opon wyjechałem prosto z garażu podziemnego w stronę domu.
Mniej więcej pięć kilometrów za miastem zatrzymałem się w lesie i wykonałem kilka telefonów. Wkrótce prawie cała broń palna zniknęła (Wyparowała! Jak to? Przed chwileczką tu była! - powiedzą gliniarze, którzy będą na miejscu) z budynku mafii do spółki z większością trupów (zwłaszcza tych najmniej rozmaślonych), znaleziono tylko martwe dziewczynki, a Jajkovich zjawił się dokładnie czterdzieści minut po moim telefonie, w miejscu wskazanym przeze mnie.
***
I po prostu pojechał pan do domu, prosto, jak gdyby nigdy nic?
Na chwilę do domu... Pojechałem jeszcze potem do Katowickiej, do mojego kolegi Jajkovicha na zjazd rodzinny, przecież wiecie, bo złapały mnie i nas wszystkich kamery na zewnątrz... Czy może nie?
Nic nie odpowiedział.
***
Jajkovich odebrał ode mnie dziewczynkę, a herszta bandy handlarzy ludźmi po przesłuchaniu i innych zabiegach zabrał też ze sobą. Obiecał, że jak z nim skończy, to będzie to koniec sprawiedliwy, ale ja wiem, że tylko żartował i że zrobi mu z dupy jesień średniowiecza, potem zimę średniowiecza, potem jeszcze wiosnę renesansu i może nawet dojdą do planu Marshalla, a potem powróci do życia Amanda... Zupełnie jakby nigdy nie zginęła śmiercią tragiczną. Tak myślałem. (Później się okazało, że byłem w błędzie... ale nie miałem z tym problemu.)
Kleo i ja wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy do domu po jakieś ciuchy, żeby mogła ubrać coś na siebie, bo odkąd ją porwali, była w tych samych ciuchach i butach, w których podlewała. Nie, żeby mi to przeszkadzało... Ale podjechać trzeba było. W domu wywiązała się między nami taka rozmowa:
Kleo, chcesz jechać ze mną, czy zostaniesz tutaj? Muszę to skończyć, powiedziałem.
Zostanę tutaj i dorwę tych, którzy mogą tu chcieć wrócić, powiedziała Kleo, wykąpana i odświeżona do swojego dawnego, idealnego wręcz ja. Nie protestowałem. Ustaliliśmy plan, a potem pojechałem do Jajkovicha.
***
I pan tak po prostu sobie pojechał do domu, a z domu do Katowickiej? A po co?
Piwa się chciałem napić w gronie rodzinnym, przecież mówiłem...
***
W Katowickiej wrzało. Jajkovich udzielał wszystkim lekcji, co się robi z ludźmi, którzy zachowują się jak szmaty, oddając herszta co raz to kolejnym stworom do zabawy w seks grupowy z jednorękim, już wygolonym i w peruce, sukience i butach, mężczyzną. Co chwila podjeżdżały samochody z innymi, którzy byli w Gmachu (nazwa operacyjna) i robili coś dla sprawy: Strachy pozbierały broń i łuski, banshee (moja sublokatorka, plus ze dwa takie wielkości zająca... pewnie jej wstrętna progenitura) zlizywały krew i tkanki z wszystkich powierzchni, wilkołaki i jastrzygi przerzucali trupy do samochodów i odjeżdżali. Najtrudniej było wydostać trzeźwiejące dziewczynki, ale ktoś znał jakiegoś wampira, który zaproszony do współudziału rzucił na nie urok i po prostu im rozkazał wpakować się do samochodów podstawionych pod gmaszysko. Nieludzie współpracowali idealnie.
Siedziałem więc w barze i patrzyłem, co i kogo kolejni przybywający przywozili w swoich samochodach, co jakiś czas wychodząc, żeby złapała mnie kamera uliczna. Ustalono, że dziewczynki są z Estonii, a więc kurewsko daleko stąd, więc podjęto decyzję o przemienieniu ich, i mogą zostać, robota się dla nich znajdzie i kąt do spania też. Jajkovich mi potem mówił, że mafiozo wyznał miejsce pochówku i kanał przerzutowy takich właśnie dzieci-śmieci, których w Europie Wschodniej jest bez liku i nikt o nie nie dba. Żadna z tych odratowanych nie miała więcej, niż dziewiętnaście lat, a niektóre nie miały jeszcze czternastu. I wszystkie "pracowały" po dwanaście godzin dziennie, weekendami nawet i osiemnaście. Jajkovich tygodniami pracował nad nim dwa cztery siedem, i wyciągnął z gościa wszystko... Ale zapędziłem się, a nie o tym mowa.
Tymczasem w moim domu zastępy żyjących najbliżej mnie nieludzi po cichutku pracowały nad obroną mojego domu na wypadek ataku. Wykopywano wilcze doły, potykacze, ciężary na linkach i takie tam, więc właściwie Wietnam. Ostatnie dwa claymory nawet wsadziłem do stodoły. Każdy strach w okolicy miał przykazane się stawić do obrony, a z miłośników bujnych kształtów Kleo Sewittz utworzył się coś jakby batalion chłopski, który z kolei strzegł jej domu przed czymkolwiek. Sama Kleo była bezpiecznie schowana na strychu u pani Schwalbe, która z pancerfaustem broniła swojej ulubienicy. Kleo była nastawiona bojowo, więc, z tego co mi Ślepnir meldował, porzuciła tradycyjne zabawki i zadowoliła się moją strzelbą, do której jednak załadowała brenekę i oddech smoka.
Zsynchronizowaliśmy czas operacyjny. Herszt miał zadzwonić do swoich ludzi i wskazać mój dom, a Kleo i jej zwarte oddziały miłośników bujnego ideału, w skrócie ZOMBI, mieli pilnować, żeby Kleo się nic nie stało, i żeby nikt nie uciekł.
Więc gdy przyszła godzina zero, tylko czekaliśmy...
***
I tu mi się wszystko nie zgadza, panie Okropny. Dlaczego ci ludzie przyjechali do pana?
Pewnie mieli mnie na kamerach i sobie coś ubzdurali, jak pan, detektywie, powiedziałem.
Ale dlaczego przyjechali do pana akurat? Przecież pan tam był tylko przypadkiem, prawda? Dlaczego przyjechali rozpiżdżyć akurat pański dom?
Panie władzo, sam chciałbym wiedzieć...
***
W wilczych dołach i pułapkach zginęli wszyscy pozostali przy życiu członkowie-żołnierze grupy przestępczej, zajmującej się narkotykami, handlem ludźmi i inną działalnością przestępczą. Nikt nie złożył na pana doniesienia ani nie zeznawał przeciwko panu... Nie ma też dowodów, że miał pan coś wspólnego ze śmiercią tych ludzi... A sędzia orzekł, że miał pan prawo ćwiczyć i tresować swoje zwierzęta po swojemu, a znaki ostrzegające o pułapkach miał pan wyraźne i duże na całej posesji... Przyznawał gliniarz, ale ton miał kiepski. Więc sprawa zamknięta, może pan wrócić do domu, jednak prosiłbym, żeby pan nie opuszczał kraju.
Nigdzie się nie wybieram, powiedziałem wstając.
Panie Okropny?
Tak?
Mam jeszcze jedno pytanie, jeśli można?
Proszę.
Nie wydaje się panu dziwne, że pośrodku parkingu podziemnego znaleźliśmy poszatkowanego kulami hummera z oderwanym kołem, ale żadnych łusek, żadnych plam krwi, żadnego niczego takiego?
No, ktoś może go tam już takiego przywiózł na lawecie może?
Ślady opon prowadziły do miejsca, gdzie się zatrzymał.
To może koło odpadło, bo było źle przykręcone? Nie wiem, nie jestem mechanikiem...
Wie pan, może i tak. Może ten wahacz, półoś, sprężyna i teleskop się same przegryzły.
A może przegryzł je mój piesek! Rzuciłem, śmiejąc się.
Ha, ha, na pewno. Dobra, niech pan idzie, panie Okropny.
***
Od teraz Kleo ma nadajnik, który wysyła raz na sekundę sygnał do Ślepnira i do mnie, i choć rozwiązano ZOMBI, a jego członkowie dostali po pamiątkowym orderze, który zrobiłem z przetopionych łusek z całej akcji, nikt nie ważył się zrobić Kleo przykrości.
Jajkovich faktycznie zatrudnił te małolaty, a pan mafiozo jednak nie został nowym wcieleniem Amandy... Jajkovich zostawił go sobie do zabawy. Podobno jakieś ogry w okolicy chcą gejbar otworzyć, będzie jak znalazł.
Banshee, razem ze swoimi dwoma paskudnymi dziećmi mieszka na moim poddaszu i gra na akordeonie. Naprawdę. A dzieci banshee... Dobra, zjadają mi krety i nornice, nie mogę się skarżyć.
Po odbiór nawet nie bardzo uszkodzonego auta zgłosił się Malinka, ale Kleo coś mu powiedziała na ucho i dał sobie spokój.
Ślepnir... Ma nowe robaki. Znowu.
A ja? Ja bym chciał tydzień spokoju, bez problemów, mafii, strzelania, narażania życia... i tego cholernego akordeonu!
Aha, i nową stodołę, bo stara wyleciała w powietrze.
Czy ja naprawdę chcę tak wiele od życia?
09:04

Penny Pulp #16 - Grzybowa


Pojechałem na wezwanie w zeszły wtorek: paranormalna aktywność za płotem u Grzybów, za górką. Wezwała mnie stara Grzybowa (he, he), że niby jakieś srebrzysto-niebieskie smugi za sztachetami jej migają, a to z okna w kuchni widać i ona się stresuje, a odkąd stary Grzyb (he, he) jeździ na ósmą do roboty, to ona sama w domu i się boi. Zrobiłem wywiad środowiskowy, i albo jakaś chysarna, albo wyżwizg, albo chuj wie co. Trzeba było sprawdzić.
Więc pojechałem. Domek taki typowy, kwadraciak, na górze pusty, odkąd młode Grzyby (he, he) z Grzybkami wyjechali do Niemiec czy chuj wie gdzie. Podjeżdżam, a tam, o dziwo, stoi jakiś mały peżocik. I stoi ta Grzybowa na ganku, w tym fartuchu, w tej podomce, i żal na kobiecinę patrzeć, bo wzrok zbolały i ogólnie smutnawa się wydaje. Wysiadam z auta, mojego któregoś z rzędu starego, ledwo jeżdżącego nissana, i na powitanie postanowiłem przyżartować, mówiąc:
Wywózkę wielkogabarytowych macie? To przed bramę trzeba! I wskazuję na peżocika z uśmiechem. Grzybowa robi konspiracyjną minę, że jakaś tam siostrzenica czy też córka bratanicy przyjechała na wakacje na wieś odpocząć i mieszka na górze, w dawnym pokoju jej syna, Antoniego. Antoniego? No, tego co siedział, dodaje. Czyli Grzybka, miejscowego rozbójnika drużyny WKS Żarno, LKS Radło, czy jakoś tak, który po odsiadce ożenił się i wyjechał na Zachód.
To jakaś młoda ta dziewczyna?
Dopiero osiemnaście ma w tym roku, ale prawo jazdy ma z tym dla młodych bo coś tam w Niemczech można, i że ona może, powiedziała mi na ucho Grzybowa.
A to od kiedy ona tu jest? Pytam, bo Grzybowa nie raczyła wspomnieć wcześniej. No, od początku wakacji, wyznała mi, spuszczając wzrok, Grzybowa.
To raczej nie boicie się boście samotni, ino o nią się boicie?
Pokiwała głową. Kawy zrobić, doktorze?
Herbaty. A ja idę na rekonesans.
Znikła za drzwiami, a ja do bagażnika, w jedną rękę Makarow, w drugą rura z przyspawanym niby młotkiem, takie coś, i idę jej przez ogród. Idę, mijam rozłożone leżaki, myślę "spoko", idę dalej, przeskakuję przez płot i gwiżdżę na chysarny. Nic. Nie ma. Gwizdek na wyżwigi też nic nie dał. Wyczerpałem możliwości srebrzystego błękitu. Nic, stoję dalej. Stukam Makarowem o młotek (specjalnie strojony), żeby przyśpiki i wajwoły z okolicy wiedziały, że mają spierdalać bo Okropny w okolicy. Jeden wajwoł wystawił głowę z jamy w ziemi, zrobił "o, kurwa" i się zakopał z powrotem. A poza tym nic! Pusto. Grzybowa ma zwidy, na pewno. Patrzę na tą Grzybową, jak mi macha z okna ostrzegawczo. Macha rękami jak popieprzona! Co jest?
Przychodzę w pokoju, herr Okropny, usłyszałem za plecami.
***
Odwróciłem się, a tam stoi pierwsze w historii Opolszczyzny wendigo. Pewnie nie wiecie, co to takiego. Otóż wendigo to taki pojebany, dwumetrowy pół-wampir, pół-strzyga, o kolorze błyskawicy w ciemną noc. Rusza się tak szybko, że można go przeoczyć, bo się rozmywa w oczach, tak jakby. Ma szpony u rąk rozmiarów bananów... O ile banan byłby ostry jak brzytwa i twardy jak granit. Albo nanorurka. Czy coś.
Schowałem Makarowa za pasek, a młotek zważyłem w dłoni. Żadnym niczym, co mam przy sobie, nie obroniłbym się przed wendigo.
Stwór był wyższy ode mnie o pół głowy, porośnięty gęstym futrem, coś jak foka, a kły miał schowane. Na nosie miał Ray-Bany jak Elwood Blues. Wyciągnąłem do niego rękę.
Okropny, powiedziałem. Uścisnął ją delikatnie, usiłując jej nie pokaleczyć szponami. Swój chłop, pomyślałem.
Wolfram Joerg von Rou- Levinsson, powiedział stwór uroczyście. Na moją uniesioną brew dodał: Z niemieckiej gałęzi Rou-Levinssonów, herr doktor.
Kurwa, nie wiedziałem, że macie gałęzie, panie Wolframie, jeśli wolno mi bez tych pozostałych członów, hm? Wendigo dalej było w okularach, więc nie widziałem, żeby coś zareagował. Co pana tu sprowadza? Spytałem.
Ona, powiedział stwór i wskazał wielkim, szaro-brązowym szponem leżak.
Niech mnie ścisną obrotowe drzwi w opolskim realu... Na leżaku, czego wcześniej, przechodząc, nie zauważyłem, leżała dziewczyna. Była naga i opalała się, miała na sobie tylko biały kapelutek i ciemne okulary. I ciało, które jakimś cudem czy inną podróżą w czasie, podpieprzyła dwudziestoletniej Kleo Sewittz. Chyba drzemała.
O, kurwa, wyrwało mi się. Wolfram się lekko uśmiechnął, odsłaniając zęby jal Dracula z pierwszego filmu. O, kurwa, powtórzyłem na widok zębów.
Ojciec, chłopak, podglądacz, opiekun, strażnik? Spytałem. Ten popatrzył na nią, na mnie, potem na nią i znowu na mnie.
No nie pierdol... Powiedziałem pod oddechem i wyciągnąłem pistolet.
Bum, bum, bum, zagrzmi