Tumblelog by Soup.io
Newer posts are loading.
You are at the newest post.
Click here to check if anything new just came in.
09:03

Penny Pulp #15 - Tuzin jajek banshee


Doktorze Okropny, dziesięć! - krzyknięto do mnie przez okno, jak pracowałem nad egzoszkieletem.
Co dziesięć?, spytałem przez otwarte okno. Stała tam moja ulubiona sąsiadka Kleo Sewittz w gumowych rękawicach i wyglądała na zniecierpliwioną.
No, dziesięć! Dziesięć! Dziesieeeeeęć! Zamachała rękami, odwróciła się na pięcie i pobiegła z powrotem do domu.
Czego może być dziesięć, Ślepnirku? Spytałem pieska, który właśnie odrobaczał się w wielkiej balii. Ślepnir zrobił ruch, jakby latał, to znaczy zaklekotał dziwnie tymi bionicznymi odnóżami.
Wzruszyłem ramionami i wróciłem do swojego zajęcia. I nagle mnie olśniło.
O, kurwa! Powiedziałem sam do siebie, wybiegając przez okno. Wypierdoliłem się oczywiście, ale złapałem się w ostatniej chwili płotu i uchroniłem twarz od namiętnego i szybkiego pocałunku z betonem. Wbiegłem do domu Kleo jak huragan - drzwi były otwarte i droga uprzątnięta - i wpadłem do pokoju.
Pamiętacie moje skurwiałe banshee? Tak? No, to się cieszę. Wiedzieliście, że raz na jakiś niemożliwy okres czasu, w stylu pół wieku, banshee się rozmnażają? A wiedzieliście, że w tym celu nagle zlatują się ci, no... Banshee chłopczyki i robią jakieś dziwne gody, w stylu: wykopują z ziemi jakieś skarby, skrzeczą w żywopłotach, jeden nawet ukradł skądś akordeon i rozwalił go o ścianę, a inny odnalazł w zawalonej piwnicy jakiegoś trupa i z kości ułożył fantazyjną rzeźbę... Na słupie wysokiego napięcia. Nie wiem, jak.
W każdym razie banshee wybiera sobie kochanków po kolei, a potem składa jajka...
Których w pokoju Kleo Sewittz na kanapie było jedenaście. Wpadłem zdyszany do pokoju, ogarnąłem wzrokiem banshee, które się kiwało, wczepione pazurami w podwieszony sufit... I Kleo, która siedziała na ziemi tuż pod nią, w pozycji tantrycznej i też się kiwała.
I wtedy banshee z głośnym kichnięciem-pierdnięciem złożyła kolejne jajo prosto na dłonie Kleo, które ułożone były w coś jakby kołyskę. Po czym, z charakterystycznym dla siebie skórzastym łopotem, wyfrunęła przez okno i tyle ją widzieli.
Czyżbyśmy zostali rodzicami przez adopcję? Spytałem, obejmując Kleo lekko. Otworzyła oczy i spojrzała prosto na mnie, jakby dopiero teraz zdała sobie sprawę z mojej obecności.
Zadzwonił telefon. Jednocześnie mój i Kleo. Dziwnie. Odebraliśmy.
Hajduszloboszlo, powiedziałem grzecznie.
Doktorze Okropny, Amanda z tej strony. Jest tu taki facet... Pyta, co chcesz zrobić z tymi jajkami i czy bierzesz... Pod uwagę, że każde jajo warte jest swojej wagi... W srebrze? To chyba nie za wiele. Ile takie jajo waży? Chodząc z telefonem po domu Kleo, zgarnąłem jedno z kanapy i w łazience zważyłem najpierw siebie, a potem siebie z jajem.
Dziewięć kilo, powiedziałem.
Jak zgrzewka wody mineralnej. Ile macie tych jajek?
A ufasz temu facetowi?
I telefon kliknął. Olałem sprawę. W międzyczasie Kleo skończyła rozmawiać i wyciągała coś z dolnych szafek w kuchni.
Co robisz? Spytałem.
Jakiś skurwysyn mi groził, że odbierze mi jajka. Po moim trupie... Wstała, a gdy się wyprostowała, miała w ręce najprawdziwszy drugowojenny karabin Mausera.
Niech się boją ci co staną po drugiej stronie, powiedziałem, gdy Kleo oddała suchy strzał.
A potem zaczęła wyciągać amunicję.
***
Nigdy mi nie mówiłaś, że siedzisz na takim arsenale, Kleo, powiedziałem z lekkim wyrzutem.
Nigdy doktor nie pytał, powiedziała figlarnie. Cała Kleo... Rano w szpilkach i/lub majtkach podlać trawnik, w nocy z mp40 pilnować jajek. Dlaczego ja się przestałem dziwić?
W międzyczasie rozmawialiśmy i okazało się, że przez telefon dowiedziała się od Jajkovicha, że jakiś niemiecki wunderprzedsiębiorca przepytuje wszystkich w barze o namiary na "tego, co ma banshee w domu" i parę osób już mu co nieco powiedziało, a potem było słychać strzały i linia ucichła.
Ani Jajkovich, ani Amanda nie odbierali telefonów. Założyliśmy, że już po nich.
Ile mamy czasu? Spytała Kleo nie patrząc na mnie i wypielęgnowaną dłonią czyszcząc ze starego oleju coś, co wyglądało jak Sturmgewehr 44. Nie pytałem nawet, a ona mruczała cicho, polerując.
Co najmniej pięć godzin.
Zdążymy... Cokolwiek by to miało być, powiedziała Kleo tak, jakby miała wyjechać godzinę wcześniej na manicure dwie wioski dalej.
Też tak uważam.
***
W moim domu zamknąłem bramę, drzwi i wszystkie okna. Zmodyfikowane claymory ustawione na podczerwień strzegły każdego wejścia do domu. Także standardowe deski nabijane gwoździami pod oknami i jednostrzałowe strzelby sprzężone z czujnikami ruchu, bo dlaczego nie. Wszystkie jajka upchnęliśmy w zdobytym nad morzem vanie, zaparkowanym na ogródku Kleo, a sami schowaliśmy się na piętrze starego kurnika. Porozmieszczaliśmy giwery, karabiny i granaty (niemieckie tłuczki!) wszędzie, gdzie się dało, a Ślepnir miał prikaz zatrzymać złodziei i się nie wychylać.
I tak czekaliśmy. W połowie drugiej godziny czekania przejechał pociąg, a że powoli zapadał zmrok, wydawało mi się, że dostrzegłem kilka, może kilkanaście sylwetek biegnących przez pole od strony torów.
Zaszli nas od tyłu! Szepnęła Kleo, leżąc przykryta sianem.
Od tyłu, powiadasz... Sięgnąłem i pogłaskałem trochę jej tył, ale teraz trzeba się skupić na zabijaniu.
Potem? Spytałem.
Potem.
Mają noktowizory, zameldowałem, ale coś dupło i mnie zagłuszyło. A potem dupło drugi raz i trzeci i rozpętał się armagedon.
Grupki komandosów zaczęła szturmować mój dom od przodu i od tyłu, ale kilka wybuchów i latających szrapneli nieco przerzedziło ich szeregi. Zostawiłem Kleo samą i podkradłem się pod front, żeby sprawdzić, co tam się dzieje. Leżał tam kisiel z dwóch ludzi, obok poszatkowanego i okrwawionego pojazdu, którym chcieli najwyraźniej zrobić wejście smoka i staranować leciwą, aczkolwiek zaminowaną z naddatkiem bramę. Z tyłu kilku ludzi pilnowało perymetru, gdy inni wchodzili jeden za drugim do mojego domu, który bronił się sam. Jeden z tych zbrojnych pierdolców chyba dostrzegł Kleo, więc ostrzeliwał kurnik, ale rzuciłem w niego cegłówką, a Kleo poprawiła serią z MG42. W ogóle Kleo chyba dostała furii, bo ostrzelała wszystko, co się tylko dało, wygramoliła się z tego kurnika, wzięła do jednej ręki szmajsera, do drugiej drugi magazynek i po prostu poszła naokoło. Chwilę później wychodzi na ulicę, jak gdyby nigdy nic, bez kevlaru, hełmu i munduru i udaje głupią z ręcznikiem i że się opalała i nagle stselają, scelają, panie pułkowniku, prose mnie ratować! Dowódca zaprowadza ją na stronę, podchodzi do... (musiałem wejść na dach, żeby zobaczyć) Limuzyny. Która, jak się okazało, przywiozła dziwnego faceta w białym garniturze, który z kolei stał sobie bezpiecznie i obserwował całą akcję.
No i niestety mnie dostrzegli i spacyfikowali, a że ubrany byłem bojowo i uzbrojony po zęby, to niespecjalnie miałem możliwość się wykpić. Zaprowadzili mnie do faceta w bieli.
Aaa, doktorek Okropny, nieprawdaż? Zaczął, a ja od razu go znielubiłem. Kto zaczyna zdanie od aaa i kończy na nieprawdaż? Zwłaszcza tutaj, na Górnym Śląsku? Ktoś, kto się prosi... O wpierdol. Co najmniej.
Szkoda, że pańscy przyjaciele nie dali się złapać żywcem... Pomachał ręką władczo, i jakiś farfocel w kominiarce otworzył drzwi jeepa i rzucił we mnie głową. Głową! Amandy. Potoczyła się po brudnym asfalcie.
No, teraz to mnie wkurwiłeś, powiedziałem. Obiecuję ci szybką i boles... Zacząłem, ale dostałem kilka razy w mordę i jakoś nie czułem się w obowiązku kończyć zdania. Wyplułem jakiś ząb.
No, to skoro formalności mamy za sobą... Zbliżył twarz do mojej. Gdzie są te cholerne jaja?
W dupę mnie pocałuj, powiedziałem. I od razu dostałem w łeb tak mocno, że padłem bez przytomności.
***
Kiedy się ocknąłem, świtało i nie było wokół mnie żywego ducha. Było owszem kilka martwych, nawet kilka bardzo martwych, a poza tym mój dom wyglądał jak krajobraz po bitwie, ale żyłem. Żyłem, nie miałem dwóch zębów, ale żyłem. W moim domu nie było, pobieżnie patrząc z daleka, ani jednego okna, ani jednych drzwi, w dachu ziała wielka dziura, a z ogródka zostało kilka tlących się krzaków. Całe szczęście, że wyciągnąłem większość C4 z claymorów... Przynajmniej dom dalej stoi.
Pod domem leżały trupy z odciętymi palcami i głowami. Pewnie żeby się nie dało ich zidentyfikować... Ktoś widać przeżył i zajął się sprzątaniem. Większości ich broni i wyposażenia też nie było. Jednemu z trupów zabrałem pominięty pistolet, sprawdziłem, przeładowałem. Znalazłem i drugi, razem z ręką, w krzakach. Wrzuciłem rękę do wiadra, a pistolet za pasek i poszedłem szukać Kleo. Nie było jej w domu. Nie było też vana z jajami. Limuzyna też zniknęła. I Ślepnir. Poszedłem szukać lornetki. Po chwili znalazłem lunetę razem z porzuconym karabinkiem i snajperem, który dla Kleo i jej MG42 stracił głowę... A mógł nie wychylać. Po namyśle zabrałem mu też pistolet maszynowy i poszedłem wdrapać się na najwyższy punkt wioski, czyli na ogromny słup wysokiego napięcia, żeby tam poszukać wzrokiem zaginionych.
Gdy tam szedłem, z daleka od strony zachodniej ostrzeliwały mnie jakieś debile, ale wszyscy chybili. Wdrapałem się na mini platformę na górze i wyjrzałem przez lunetę w stronę, z której, jak sądzę, do mnie strzelano. I zobaczyłem taki oto widoczek:
W poprzek drogi stał van z wbitą w kabinę, dymiącą limuzyną. Za vanem stał facet w bieli, który pilnował, by ci komandosi przenosili jaja do podstawionej tuż obok ciężarówki, która należała do mojego dalszego sąsiada, Maciacha... Który leżał w kałuży krwi tuż obok. Mieli rozmach, skurwisyny.
Po drugiej stronie, za murkiem stała Kleo, półnaga i cała pokrwawiona, ze szmajserem w rękach. Ostrzeliwał ją ten w białym, a wyjść też nie miała jak. Ale widać nie chcieli jej zabić, bo granat by wystarczył. Może nie mieli. Ślepnira nigdzie nie było widać.
Nigdy nie strzelałem ze snajperki, ale nie matura lecz chęć szczera... Wycelowałem z grubsza w gościa w bieli i pociągnąłem za spust. Okno kilka metrów za nim dosłownie zniknęło, trafione w ramę. Skorygowałem i wycelowałem jeszcze raz. Tym razem trafiłem w kabinę vana, utracając lusterko. Znowu trzeba było korygować, ale niestety znowu mnie dojrzeli i rozpoczęli zmasowany ostrzał z bliska... A jeden z nich miał granatnik. Pożegnałem się z życiem, a potem zacząłem do nich strzelać z tej snajperki i o dziwo trafiać. Nie dopuszczałem do podniesienia tego granatnika. Pochowali się i ostrzeliwali mnie dalej. Dostałem niebezpiecznie odłamkiem w kevlar, ale nic mi się nie stało. Potem przestali do mnie strzelać, a ja zacząłem schodzić ze słupa. Podniosłem zostawiony przez nich granatnik i pobiegłem na przełaj przez pola w stronę Kleo.
Zza domu Jóźwiaków obserwowałem, jak jebusy powkładały już jaja do ciężarówki i rozpoczęły odwrót, gdy z domu wyskoczył ojciec starego Maciacha, dziewięćdziesięcioletni dziadunio, z pepeszą i pociągnął ogniem po wszystkim, co widział... Czyli głównie po ciężarówce, która była wcześniej chlubą i chwałą rodziny Maciachów, a którą rzeczony dziadunio zajebał jakiemuś ruskiemu batalionowi. Niedowidzący dziadunio wystrzelał cały magazynek wiekowej pepeszki w stronę ciężarówki, po czym padł trafiony niemal z przyłożenia w głowę, gdy z boku zaszedł go uzbrojony w pistolet buc w bieli.
Tym razem to ja się wkurwiłem. Lubiłem tego dziadunia. Kleo wysunęła nos zza winkla, więc wreszcie widziałem, ze żyje i nic jej właściwie nie jest, na szczęście. Przyłożyłem do oka granatnik, i właściwie nie celując nacisnąłem spust. Pocisk poleciał i było "bum".
Van, który kiedyś należał do komandosów katolickiego ugrupowania, podskoczył w miejscu, gdy trafiłem granatem z RPG prosto w tylne koło. Facet stojący tuż obok, ubezpieczający faceta w bieli, rozerwał się nieco. Biegnący facet w bieli stał się leżącym facetem w czerwieni, a pozostali przytomni komandosi już skradali się w moim kierunku. Odrzuciłem granatnik i mówiąc językiem taktycznym, wykonałem manewr oskrzydlający, czyli, mówiąc językiem gminu, zacząłem spierdalać. Biegłem w prawo, nie czekając, aż mnie dopadną, a potem wpadłem między domy.
Kleo, pst! Powiedziałem, gdy znalazłem się za ścianą, po drugiej stronie której była Kleo Sewittz.
Doktorze? Na własne oczy widziałam, jak doktor dostaje kulę w głowę i pada bez tchu! Doktor żyje?
Tak by wychodziło. Masz jakąś broń? Spytałem.
Wystrzelałam prawie całą amunicję, a tutaj nie mam jak..., powiedziała smutno. Próbowałam ich zatrzymać!
Dobra, rzucam ci teraz pistolet i karabin. Na mój znak - wal we wszystko, co się rusza a co nie będzie mną, okej? Przerzuciłem przez mur glocka, snajperkę i wszystkie do nich magazynki. Od razu lżej.
Doktorze? Usłyszałem zza ściany.
Tak?
Oni odjeżdżają!
Niedoczekanie...
Osłaniaj mnie! Krzyknąłem.
***
Wyskoczyłem zza winkla i sprintem pobiegłem wzdłuż płotu. Faktycznie, ciężarówka powoli kulała się do przodu. W środku był tylko facet w bieli, a na pace dwóch pozostałych przy życiu buców w czerni. Reszta osłaniała przejazd z różnych zakamarków. Ciężarówka się rozkulała i zbliżała do zakrętu, za którym było z górki i mogli nam uciec.
Kleo Sewittz zdjęła ze snajperki jednego z nich, a drugi przekradając się między domami, potknął się o kabel pod furtką Borowiakowej i poleciał głową naprzód prosto na mnie. Uzi snajpera zaterkotało, ja się lekko odsunąłem i facet na ziemię doleciał już martwy. Wyrzuciłem bezużyteczny już automat i wyciągnąłem glocka. Biegłem zygzakiem za ciężarówką. Patafiany z paki ostrzeliwały mnie oszczędnie, pewnie też kończyła im się amunicja. Przedpotopowa ruska ciężarówka przyspieszyła i prawie znikła za zakrętem. Miałem dość. Zrobiłem wszystko, co mogłem, uznałem i padłem wyczerpany. Z daleka usłyszałem tylko strzały, zgrzyty i trzaski, ale uznałem, że to jakiś miejscowy geriatryk się obudził i postanowił skosić trawę czy coś.
Usłyszałem kroki na zapiaszczonym asfalcie. To Kleo szła do mnie, żeby mi pomóc wstać. Uklękła przy mnie, zajrzała mi w oczy i powiedziała:
Już dobrze, doktorze. I dała mi buzi w policzek.
Jak "dobrze"? Te skurwysyny zabiły Maciachów, rozkurwiły pół wsi i zabrały jajka! I uciekły! To podpada pod "niedobrze", co nie? Rozemocjonowałem się, wstając.
Kleo zaś uśmiechnęła się słabo i z pistoletem w ręce, prawie naga i w butach "taktycznych" poszła drogą w stronę domu. A ja za nią.
Podszedłem kawałek w stronę zakrętu, żeby coś ze sobą zrobić, popatrzeć na moją porażkę jako opiekuna czyichś jajek. A tam pośrodku drogi leżała ciężarówka z wyrwanym przednim kołem, roztrzaskanymi pozostałymi, dymiąca i podziurawiona jak sito.
Podchodzi do nas jakiś siwy dziadunio, zdaje się Herman czy inny Heinrich, i mówi:
Myśleliśmy, że to ruskie nas znowu najechały, więc nie chcieliśmy powtórki z rozrywki, powiedział, dumnie demonstrując Stg44, takie samo, jakie miała Kleo w kuchni pod podłogą. Usiłował się wyprężyć i strzelić obcasami, ale coś mu łupnęło w krzyżu i sobie darował. Zasalutował tylko i uśmiechnął się smutno.
Z ganków, okien, sieni i kurników wychynęły stare oblicza prawie stuletnich dziadków, którzy udaremnili ruski zwiad i teraz był czas najwyższy schować wiekowe gewehry i mauzery, a wyciągnąć najlepsze odzienia i iść do kościoła na górce. Nawet nie zauważyłem, jak się rozdzwoniły dzwony wzywające na mszę na ósmą.
Jakiś skacowany dzieciak podjechał starym bmw i zaoferował podwózkę, ale Kleo poprosiła, żeby tamten wsadził jajka do auta i zawiózł je do domu doktora Okropnego. Jak usłyszał "Okropnego" to nagle wytrzeźwiał i zagęścił ruchy. Powkładał jaja do auta i pojechał.
Kleo?
Mmhm?
Nie widziałaś białego kutasiarza? Mam do niego sprawę, a jakoś mi zniknął z pola widzenia.
Chyba widziałam, jak Ślepnirek się z nim bawi w ogródku pani Reiss, powiedziała umorusana blondwłosa piękność o niebieskich oczach i krągłościach, od których pan Bezier by się popłakał. Chce doktor zobaczyć?
Chciałem. Miło było widzieć, że koniec końców mój kochany piesek udaremnił ucieczkę panu kutasiarzowi... Czyli zatrzymał zlodziei. Chyba zainstaluję w nim jakąś bazookę czy coś, będzie na przyszłość mniej roboty.
A wieczorem przyjechał autobusem Jajkovich po głowę Amandy, a przywiezione przez niego zastępy remontowe złożone z nieludzi rozbiegły się po całej okolicy i pozbierały wszystkie dowody, broń, trupy i zaczęły łatać wszystkie dziury po kulach i malować elewacje, tak żeby jak gliny przyjadą, wszystko było cacy.
Jak przyjechały gliny na sygnale o dwudziestej, właściwie tylko połamane płotki i plamy oleju świadczyły o tym, że coś się działo. Wszystkie dziadki nagle nicht polnische i ataki głuchoty, kaszlu i demencji, a kordyt?, jaki kordyt? to oni w piecach palą, tak, w lipcu, zimno dziadkom po kościach nawet w upały, tłumaczyli wszyscy pakujący się na arbajt.
A następnego dnia banshee wróciły po jajka, zabrały każdy po jednym i odleciały. Usiłowałem wrócić do mojego poprzedniego zajęcia, ale ta akurat ściana mojego domu była odbudowywana przez ghuli z kielniami. I dobrze.
Spytałem więc Kleo, czy mogę u niej pomieszkać jakiś czas, ale niewiele wywnioskowałem z jej odpowiedzi, kiedy złapała mnie za rękę i poprowadziła do sypialni. Muszę chyba kupić jakiś poradnik.

Don't be the product, buy the product!

Schweinderl