Tumblelog by Soup.io
Newer posts are loading.
You are at the newest post.
Click here to check if anything new just came in.
09:06

Penny Pulp #17 - Porwanie Kleo


Siedzę przy biurku z rękami w kajdankach. Przesłuchuje mnie pan glina w związku z niedawną strzelaniną. To znaczy... Składam zeznania, a co z tego wyniknie, to jeszcze zobaczymy. Na razie kłamię jak z nut.
I wtedy, panie władzo, tych kilku facetów wpadło do mnie na ogródek, a wszyscy po dwa metry, uzbrojeni w nowoczesne fiu-bździu, i walą prosto w mój dom, wrzucają granaty przez okna i generalnie robią straszny bałagan...
Tu gliniarz przerwał mi. Pan nie odpowiedział ogniem, panie... Yyy... Okropny?
Doktorze Okropny, poprawiłem go.
Panie władzo, nie mam pozwolenia na broń, jestem pokojowo nastawionym człowiekiem, w życiu muchy bym nie skrzywdził... Poza tym, nie było mnie w domu.
***
Spałem sobie smacznie, kiedy usłyszałem niesłychany łomot i kanonadę trzasków. Zerwałem się z łóżka, zza poduszek wyciągnąłem wiekową dubeltówkę i pobiegłem w stronę hałasu.
Tym razem dzieci-śmieci, nowomodne dzieci mroku ze smartfonami, ajfonami, starbaksami, trampkami za trzy stówy i ajlajnerem za cztery, postanowiły włamać się do mojej szopy. Pewnie dlatego, że sypiam teraz u Kleo... Bezpieczniej. I, jako że wiadomo, że tam sypiam, to wszelkie możliwe formy życia szukają szczęścia na mojej posesji. Złomiarze, gliniarze, dzieci sąsiadów, dzieci-śmieci z pobliskiego ogólniaka, nawet kilku niuejdżowców się zabłąkało w poszukiwaniu źródeł magnetyzmu, czy coś. Dość, że niebezpiecznie blisko dołu z trupami chodzą, a jeszcze nie mam dość mamony, żeby nadsypać górkę żwiru i przykryć to na amen... Albo coś.
Wpadam więc do szopy, w majtkach na tyłku i z dwururką w ręce, a dzieci-śmieci jak gdyby nigdy nic usiłują wytargać starą wylinkę megapająka spod przeróżnych szpargałów, robiąc przy tym hałas jak czworo dzieci w niesprzątanym od dawna warsztacie. Przez chwilę mnie olewali - pewnie nawet mnie nie zauważyli - więc skorzystałem z okazji i sprawdziłem chociaż, czy naładowana ta flinta... Nie była. Ale zawsze mam schowane ze dwa naboje gdzieś po szafkach, więc sięgnąłem ręką do starej, zaciętej od lat szuflady i wyciągnąłem dwa zakurzone, czerwone naboje. Włożyłem je do flinty i jednym ruchem nadgarstka zamknąłem odtylcową, starą strzelbę. Akurat trafiłem w chwilę ciszy, więc całe towarzystwo zgromadzone w mojej szopie nagle zatrzymało się.
Ekhem, zacząłem. Na kolana, skurwysynki. Popatrzyli po sobie. No, na co czekacie? Wyciągać wszystko z kieszeni...
Dwadzieścia minut później miałem cztery smartfony, na każdym kompromitujące zdjęcia robionych sobie nawzajem lodów (nic innego nie przyszło mi do głowy, a haka na nich mieć trzeba...) i namiar na kogoś, kto rozpuszcza głupie wieści o doktorze Okropnym, który doktorem nie jest.
***
Ale pan przecież, doktorze, eee, Okropny, nie ma żadnych wrogów we wsi, prawda? Wydaje się pan być szanowany przez mieszkańców gminy, skąd te wszystkie pułapki, boi się pan o własne życie? Ma pan powody?
Panie władzo, pułapki mam na tresowane szczury, uczę je sztuki prowadzenia wojny według Sun-Tzu.
Szczury, powiada pan...
***
Wróciłem do domu Kleo, by pokazać jej kompromitujące zdjęcia dzieci sąsiadów. Nie było jej. Włożyłem spodnie, buty, koszulkę i koszulę. Odłożyłem strzelbę, uprzednio ją rozładowawszy... Nigdy nic nie wiadomo. Pokrzątałem się po domu mojej ulubionej sąsiadki. Wiecie, zajrzałem do garderoby, popodsyłałem jej fotki jej butów z emotkami wyrażającymi chuć i popęd, popatrzyłem przez okna, w końcu z nudów poszedłem podlać trawnik. Stałem tak ze szlauchem i podlewałem rabatki, a tu wyskakuje na mnie zza żywopłotu sąsiadka Kleo, pani Schwalbe, nakręcona jak na spidzie, i z metra do mnie krzyczy:
Okropny! Kleo porwali!
Wszystko można powiedzieć o pani Schwalbe, że jąkała, ale nie że mitomanka.
Kto? Spytałem, jak debil upuszczając szlauch na trawę. Miałem jednak powód, by być w szoku. Jąkająca się babcia Schwalbe pierwszy raz odezwała się do mnie, po polsku, nie zająknąwszy się. Święto.
Po-podjechali jacyś lu-ludzie czarnym takim wa-vanem, zgarnęli Kleo na pa-pakę i po... Jechali. Z piskiem o-opon.
Jak to, kurwa, zgarnęli Kleo na pakę i pojechali?! Zacząłem krzyczeć. Akurat targ się kończył, zrobiło się zbiegowisko, zaczęto plotki i tyle było z całej dbałości o szczegóły. Musiałem działać.
Namierzyłem więc sygnał nadajnika, który wszczepiłem Kleo, a którym Kleo mogła, jakby mnie nie było w okolicy, namierzyć i/lub przyzwać Ślepnira. Sprawdziłem też zapis z kamer z całej wsi. Jedno było pewne:
Zawodowcy. Blachy kradzione, auto pewnie też, sygnał niestabilny, podjechali z otwartymi drzwiami, zgarnęli Kleo do vana i pojechali. Pięć sekund. Kurwa mać. Pozostaje namierzać sygnał Kleo. Problem w tym, że on "pika" raz na minutę, a minuta to bardzo dużo czasu. Nie pomyślałem, montując nadajnik, że Kleo może zostać porwana, no przecież skąd miałem wiedzieć?
***
A więc, powiedział gliniarz, zaglądając w notatki, specjalistyczne pułapki z czasów Vietcongu, wilcze doły, potykacze, naostrzone patyki na dźwigniach...
To wszystko dla moich tresowanych szczurów, powiedziałem. Możecie mnie rozkuć? Przecież nic nie zrobiłem.
Gliniarz westchnął.
To dlaczego te pułapki robił pan na ludzi?
Na takie małe jak na gryzonia szczur by się nie nabrał.
Gliniarz westchnął jeszcze raz.
***
Jako że auta Kleo nie umiałem obsługiwać, a mój Rolls jest w rozsypce - musiałem iść na koniec wsi do Malinkowskiego do komisu. W mojej kategorii cenowej miał tylko starą Toyotę Corollę, która żarła olej i miała problemy z elektryką. W kategorii cenowej Kleo Sewittz została porwana, naprawdę, a to, co widzisz w mojej ręce to pistolet, prawdziwy, nabity, lewy i nie zawaham się go użyć, miał świeżo sprowadzone audi a4, Niemiec płakałby jakby się dowiedział, że zniknął spod koca, pod którym go trzymał do wczoraj. Srebrny metalik, świeżo zatankowany, dokumenty jak nowe, tylko zawieszenie stuka i opony zimówki. Malinka miał prośbę, żeby nie mówić nikomu o tym, że pożycza samochody, a ja prosiłem, żeby nie był głupi i żeby nie łudził się, że dostanie go z powrotem w jednym kawałku. Wsiadłem do środka i odjechałem.
Gdy zajechałem pod dom, Ślepnir był już spakowany: Miał w schowku trochę gratów, a w pysku torbę z elektroniką. Obok niego leżał cały mój arsenał, czyli kilka masterkeyów, jakieś uzi, pistolety, granaty, rewolwery, amunicja i dziesięć claymorów. Wziąłem też jeden SuperTurboObciągator, jakbym potrzebował chwili relaksu. Nigdy nie wiadomo...
Zapakowałem wszystko do auta, do schowków, bagażnika, i pod siedzenia, nastawiłem jeżotrzmiele na "follow" i je uzbroiłem, Ślepnir wsiadł do bagażnika i pojechaliśmy na północny wschód, gdzie pikał zasilany sercem Kleo nadajnik.
***
Dobrze... Powiedział gliniarz. Jak zatem pan wytłumaczy, że dwaj napastnicy zginęli rozerwani modyfikowaną miną claymore, wewnątrz pańskiej stodoły?
Musieli ją mieć ze sobą, powiedziałem przekonująco. W przeciwnym wypadku, panie policjancie...
Detektywie.
Właśnie, detektywie, w przeciwnym wypadku musiałbym ja ją mieć, a sami panowie wiecie, że w Polsce nie można takiego sprzętu nawet kupić, wiem, bo próbowałem, przyznaję się.
Przyznaje się pan do usiłowania nabycia nielegalnych materiałów wybuchowych? Gliniarz otworzył notes.
Co? Nie, absolutnie! Chciałem je nabyć legalnie, ale MON nie chciał sprzedać.
Czyli pan, doktorze, interesował się materiałami wybuchowymi, tak?
Interesuję się, powiedziałem szczerze, uśmiechając się do gliniarza. Czysto naukowo.
Aha...
***
Na północny wschód od mojego domu, na końcu leśnej dróżki, gdzie kilkanaście minut temu lokalizator Kleo ustał pikanie na moment, znalazłem dymiące resztki vana na dnie wyrobiska. Stąd wyjechali jakąś inną furą dokądś... Bo Ślepnir na dole znalazł tylko nadpalone opakowanie soczku Capri-Sonne ze śladami szminki Kleo. Znaczy, użyto soczku, by podtrzymać funkcje życiowe... Tylko po co ktoś miałby porwać Kleo?
Nie pozostawało mi nic innego, jak podążać dalej za sygnałem lokalizatora.
***
A więc twierdzi pan, że nie znał napastników, a ich przynależność do znanej w okolicy grupy przestępczej mamy uznać za przypadek? Kontynuował gliniarz.
Grupa przestępcza w mojej okolicy?! Nie może być! Uniosłem się. Panie, tu mieszkają porządni ludzie!
No, i pan.
No i ja, fakt.
***
Jak się zachować w sytuacji, gdy się jest śledzonym, to wam nikt nie powie, ale ja przypadkiem wiem. To znaczy, do teraz nie wiedziałem, ale już wiem. Należy, jak gdyby nigdy nic, zatrzymać się na poboczu i udawać awarię samochodu. Będzie chciał was śledzić, zatrzyma się nieopodal. I wtedy wkracza się do akcji.
Dosyć długo jechał za mną czerwony kombiak z dwoma facetami o nieprzyjemnych mordach zabijaków. Parę razy skręciłem bez sensu, a oni za mną, więc miałem pewność. Zatrzymałem się więc na poboczu i wypuściłem Ślepnira z bagażnika. Usiadłem na kamieniu, czekałem z pistoletem w ręce. Chwilę później usłyszałem wystrzał - to na pewno opona. Ślepnir musiał podjąć samodzielnie decyzję i przegryźć... Albo obsikać. Testu Turinga by nie przeszedł, ale Kleo lubi i chyba czuje, że coś jest nie tak, zwłaszcza, że gadam do niego cały czas. Potem usłyszałem, jak Ślepnir biegnie w moim kierunku, więc otworzyłem bagażnik. Wskoczył do środka, a ja trzasnąłem maską i pojechaliśmy dalej. Kolesi więcej nie widziałem... Tak jakby! ale przełożyłem uzi na fotel pasażera, na wszelki wypadek.
***
A więc twierdzi pan, że o żadnej grupie przestępczej pan nie wiedział? Mamy nagranie z kamer, jak podjeżdża pan pod budynek należący do firmy Kaw-Bud, o której wszyscy wiedzą, że jest przykrywką dla gangsterów. I co? Gliniarz wstaje, taki z siebie dumny.
I co? Ja nie wiedziałem, że to przykrywka, chciałem zbudować porządny taras na palach, a że byłem w mieście... Kaw-Bud, to firma budowlana, prawda? Zresztą, jeśli wiecie że to mafia, to czemu ich nie zamkniecie? Co?
Gliniarz usiadł i splótł ręce na brzuchu.
***
Lokalizator Kleo się zatrzymał i od kilku godzin wskazywał jakiś budynek w centrum miasta. Duży, mnóstwo pięter i jeszcze więcej okien. A przed budynkiem szyldy: Od adwokata do zielarki, od angielski korepetycje do złoto skup 24/7. I tyle. Jakieś dwieście firm. Po prostu super. Grunt, że nadajnik Kleo wciąż tam jest. Tyle dobrze. Postanowiłem się zaczaić i poczekać.
***
A więc to nie pan zastrzelił w budynku osiem osób, a następnych dwadzieścia jeden ranił?
Przecież macie nagranie z kamery... Wchodzę z bronią?
Nie, powiedział gliniarz.
A może wychodzę z bronią?
Też nie.
No właśnie. To jak miałem...? Zwłaszcza, że nagrań ze środka nie macie, prawda? Jak według pana wchodzę do takiego budynku i strzelam do ludzi? Jak ja?
W pana wiosce różnie o panu mówią, panie Okropny. Nie mamy podstaw, by panu wierzyć na słowo... Bądź co bądź na pańskim podjeździe nasi technicy zabezpieczyli ponad 800 łusek po amunicji różnego kalibru, w tym 7,62 i 7,92, których to broni nie zabezpieczono po strzelaninie.
Ach, a jak znajdziecie na moim podjeździe kawałek kabla i stary zegarek, to nazwiecie to półfabrykatami do produkcji ładunku wybuchowego domowej roboty? Pytam gliniarza.
Niech pan nie będzie śmieszny... Odparł.
***
Notowałem wchodzących i wychodzących, a SJT330 patrolowały okna budynku. Jeśli Kleo jest za którymś i widzi, to doda jej to otuchy. Ja studiowałem pilnie budynek, jego pracowników i innych. Przed rozpoczęciem działań, trzeba się przygotować.
Sprawdziłem, co Ślepnir przygotował na akcję, co miał w środku, do ostatniej śrubeczki w schowku. Niewiele, ale po przeorganizowaniu wewnętrznej kieszeni, parę giwer powinno wejść. W drzwiach w środku mógł być wykrywacz metalu, ale to mogłem wyłączyć, razem z prądem, z zewnątrz. Lub z wewnątrz... Ślepnir siknie na transformator albo chrupnie ścianę i cała okolica będzie ciemna jak tabaka w rogu. I głucha.
Nagle, gdzieś o drugiej w nocy, gdy byłem w połowie mego planowania, otwierają się moje drzwiczki do samochodu i dwóch facetów (ci z czerwonego kombiaka!) złapało mnie i zaczęli szarpać. Na ich nieszczęście akurat (naprawdę, przypadkiem!) miałem w ręce Mac-10, a spust ma baaardzo czuły, no i krótko mówiąc, przestrzeliłem się przez jednego i zabiłem drugiego, zanim zdążyli się przedstawić. Na szczęście nie rozchlapali się bardzo... A co się rozchlapało, to piesek zlizał z chodnika. Po obszukaniu ich, byłem bogatszy o dwie pukawki, dwa zwitki pieniędzy, kluczyki do samochodu i dziwny klucz do czegoś. Wepchnąłem zwłoki do kanału i poszedłem poszukać ich samochodu.
***
Czy posiada pan pistolet maszynowy Ingram Mac 10? Pyta gliniarz.
Ingram co, proszę?
Ingram Mac 10, powtarza cierpliwie glina. Wygląda tak - i pokazuje mi zdjęcie pukawki.
Pierwsze widzę. Wygląda trochę jak uzi, nie? Czemu miałbym mieć takie coś? Pytam.
Z tej broni zginęli dwaj mężczyźni, należący do grupy, o której rozmawialiśmy.
Aha... Świeć im, panie, nad ich duszą. A co to ma wspólnego ze mną?
Ten pistolet maszynowy jest zarejestrowany na jednostkę antyterrorystyczną, która ostatni raz przed zaginięciem, brała udział w akcji nalotu na klub Katowicka, słyszał pan może o tym?
Co? Że ja? Jak można zgubić grupę antyterrorystów? Glina nic.
Nie słyszałem o żadnym nalocie. Dawno? Spytałem.
Gliniarz podał datę. Zgadzała się z datą mojego poznania Jajkovicha i Amandy, jak jeszcze żyła i ssała... Ee, miała się dobrze.
Mamy na pana haka, Okropny. Poruszał się pan vanem należącym do antyterrorystów po całym kraju, wraz z... Zajrzał w papiery. Niejaką Klaudią Sewittz, lat... Serio? Nie wygląda... Zamieszkałą naprzeciwko pana, tak?
Tak, ale nie wiedziałem, że należał do antyterrorystów. Kupiłem go od niejakiego Klaudiusza... Adama, chyba. Mam w domu umowę kupna-sprzedaży. Spieszyło mu się okropnie, więc była okazja... Czemu by nie brać?
Gliniarzowi żyłka na czole zaczęła pulsować.
Wrócimy do tego, powiedział.
Dobrze, odparłem, bo co miałem niby powiedzieć?
***
Jeden z SuperTurboJeżotrzmieli podesłał mi sekwencję obrazu, w której jakiś facet wchodzi do pomieszczenia, za którym leży jakaś kobieta, którą ktoś bije w twarz i bierze od tyłu. Twarzy kobiety nie widać. Numeru pokoju też nie, ale po dłuższej chwili doszedłem drogą dedukcji do tego, że jest to pokój, którego nie ma na planie budynku! To skurwysyny... Chociaż nie, to może być wina tego, że byłem zmęczony i majaczę. W sumie nie spałem od kilku dni... Jeszcze dwa dni temu z Kleo rozmawialiśmy całą noc... No, powiedzmy. Pojechałem do pierwszego z brzegu hotelu, zapłaciłem gotówką i poszedłem spać, mając nadzieję, że Kleo nic nie jest.
Rano poszedłem do budynku pozwiedzać trochę. Wszedłem, portier o wyglądzie zakapiora krzywo na mnie łypał i mówił, że z psem nie można - a ja odparłem z uśmiechem, że jakby nie było można, to by nie było weterynarza na siódmym, a poza tym czas to pieniądz. A Ślepnir tylko na niego szczeknął i facet się poddał. I słusznie.
***
Mogę prosić o kubek herbaty? Pytam gliniarza. Zapłacę, jeśli będzie trzeba. Jak mamy jeszcze gadać, to potrzebuję herbaty.
***
Coś dziwnie w tym budynku. Cicho dość... Kamery na każdym winklu, ale Ślepnirek wie, co ma zrobić i przy pierwszej okazji wyszarpie kable ze ściany... Jak je wyniucha.
Poszliśmy schodami. Tam był spory ruch, pod jednym biurem nawet były kolejki. I tak co piętro.
Za czym ta kolejka? Pytam faceta po czterdziestce, pierwszego z brzegu.
Świeży towar rzucili, więc wszyscy chcą sprawdzić. No wie pan, zanim pojedzie do Niemiec i turasy ją, wie pan, wyszeptał mi na ucho.
A wiadomo, co to za towar?
Facet popatrzył na mnie jak na debila.
Spytaj pan tego, co właśnie wyszedł. O, tam stoi. Wskazał mi palcem faceta, którego już wypytywali inni.
...niezła dupka, ma pieprzyk na policzku, no, bierze w usta jak dzika, no jasne, cipa słodka jak miód, ciągnie jak odkurzacz... Usłyszałem z tego mini zbiegowiska.
Pieprzyk na policzku? To nie brzmi jak Kleo... Ale mogli dokleić. Kurwa, nie jestem antyterrorystą, nie mam wywiadu, nie znam się na odbijaniu zakładników! Poprosiłem Ślepnirka, żeby wygryzł ze ściany wszystkie kable, jakie uda mi się znaleźć, a potem wrócił do mnie, jak już zrobi się ciemniej. Gmach miał dosyć ciemne korytarze, maleńkie okienka na ich końcach i na klatce schodowej nie oświetlały należycie korytarzy. Pięć minut później zgasło światło, a za kolejne trzy szedłem już w górę, uzbrojony w masterkeya, ze Ślepnirem pilnującym moich tyłów. Usłyszałem głos portiera: Ostatnio stał w kolejce! To nie on, chyba, miałem go cały czas na oku na kamerach!
Aha, czyli mnie szukają. To mogą zacząć szukać od piętra wyżej, gdzie poszedłem, a gdzie noktowizor pokazał mi taki sam tłum, jak piętro niżej.
Ujadanie Ślepnira i moje udawane krzyki "oo nieee, on ma wściekliznę, o nie, zostaw mnie, aaaaarghh" wypłoszyło większość facetów, którzy zwiali schodami na dół. Ci, co zostali, to jakieś dziadki i facet z pistoletem maszynowym. Nie miał noktowizora, a ja tak, więc teraz miałem dodatkową giwerę, a on jak ukośnik jeśli się obudzi, będzie miał guza. Otworzyły się drzwi i facet ze spuszczonymi gaciami wybiegł z pokoju, a za nim wyszedł facet z pistoletem, który jednak chyba miał instynkt zabójcy, bo zaczął strzelać na oślep. Trafił jednego z dziadków pod ścianą, jednego faceta, który wyszedł z kibla, a trzeciego strzału oddać nie zdążył, bo pocisk kalibru 5,56 zmienił jego głowę w coś już zupełnie nie do użytku, zakładając że mowa o pierwotnym zadaniu. Facet wyłożył się na wznak, wpadając do pomieszczenia. Wyglądało to bardziej jak hotel, niż jak biurowiec... Ale co ja tam wiem o architekturze, nawet doktoratu nie mam.
Wszedłem do pokoju, zostawiając Ślepnira przed drzwiami. W pokoju było łóżko, a na nim leżała półprzytomna małolata, maksymalnie piętnastoletnia, w jednoczęściowej, zaspermionej koronce, z pieprzykiem na policzku i przykuta do łóżka. I, jak to bywa w takim wypadku, miała szpilki na nogach, a chodnik skrzypiał od zużytych kondomów wgniecionych weń kolejnymi butami.
Wkurwiłem się. Akurat na czas, żeby usłyszeć ogień z broni maszynowej przed drzwiami. Strzelał ktoś do kogoś. Ślepnir nie reagował, pewnie nie było zagrożenia. Albo był chytrym, zarobaczonym skurwypieskiem. Wyszedłem z pomieszczenia akurat na czas, żeby z masterkeya zrobić facetowi dziurę na wylot. Ślepnira nie było. Dziwne...
Poszedłem na górę, gdzie korytarze i pokoje były puste, nie licząc facetów, których musiałem zabić i panienek w różnym wieku, w różnych stadiach odurzenia, w różnych pozycjach przywiązanych do różnych mebli. Potem przestrzeliłem im te łańcuchy od kaloryferów i ram łóżek.
A potem na dół, powoli, wiedząc, że trzeba mieć oczy dookoła głowy. Co jakiś czas ktoś krzyczał i zbiegał po schodach, ale w stylu "chciałem tylko tanio poruchać" a nie "zapierdolę cię chuju". Bez ekscesów dotarłem do czwartego piętra. Cała góra była "czysta". Stałem w pomieszczeniu przy samej klatce schodowej i nasłuchiwałem. Jakaś dziewczyna ocknęła się i zaczęła zbiegać po schodach. W obcasach. Przebiegła koło moich uchylonych drzwi i zbiegła na dół. Gdy dobiegła do półpiętra, położył ją ogień z kilku automatów. No, pięknie. Ślepnir pobiegł z moimi granatami, z moimi claymorami i z resztą mojego arsenału gdzieś w pizdu, Kleo nigdzie nie ma, wykrywacz Kleo pokazuje, ze jest gdzieś w budynku, ja mam dwa magazynki i trochę nabojów do masterkeya, dwa zdobyczne automaty na plecach i całą górę trupów i zbiorowo przeruchanych nastolatek. A na dole się okopali i czekają. Pięknie.
Musiałem coś wymyślić.
***
Wrócił gliniarz z herbatą. Poczekałem, aż trochę ostygnie.
Na czym to stanęliśmy? Pytam.
Czy zna pan tego człowieka? Pokazał mi zdjęcie. Nie znałem.
Wyskoczył przez okno z czwartego piętra budynku, w którym pan był. Wtedy, kiedy pan był. Przypadek?
A wie pan, był tam taki szaleniec, który mówił każdemu przechodzącemu, że wyskoczy oknem. Powiada pan, że faktycznie wyskoczył? Coś takiego...
Miał przy sobie narkotyki i nielegalny pistolet.
O, to nawet lepiej dla was, że nie żyje, co? O jedną szumowinę mniej, co?
***
Wypchnąłem tego pierwszego nieprzytomnego bandziora z okna. Spadł prosto na przednią szybę błyszczącego, czarnego mercedesa, obok którego stało dwóch typków. Zaczęli się kłócić, który z nich tam zaparkował i czy i jak powiedzą o tym szefowi, czy komu tam.
Gdy wpadli pomiędzy tych, którzy okopali się na dole, zdezorientowali ich na tyle, ze udało mi się przebiec, ostrzeliwując się, na drugie piętro. Prawie bez strzału, bo czymże jest pół magazynka ze zdobycznego automatu? Na szczęście dalej myśleli, ze jestem na górze, bo nie strzelali w dół i darli ryja w górę. Nie płacą im za myślenie, pewnie.
***
To gdzie pan był cały ten czas, jak nie słyszał pan ognia, wybuchów i całego tego hałasu? Nie chce mi się wierzyć, że nic pan nie słyszał.
Słyszałem, oczywiście... Ale takie są ostatnio modne gry miejskie, w których ludzie biegają, strzelają do siebie z replik i robią cuda wianki, że uznałem, że to jeden z tych iwentów i się nie przejmowałem.
Ale gdzie pan był, cały ten czas?
Zatrzasnąłem się w toalecie na dole, uwierzy pan?
Ma pan jakichś świadków?
A wie pan, było tam ze mną kilku facetów, którzy też się zatrzasnęli. Zrobiliśmy sobie pamiątkową fotkę, zanim odpalono fajerwerki na koniec zabawy... Jest na moim instagramie, możecie sprawdzić. Pancerne te drzwi robią, a przecież to tylko do kibla. Bez sensu, nie?
***
Na drugim piętrze w kiblu było słychać odgłosy rozmów. Wszedłem tam, jak gdyby nigdy nic, automaty zostawiając w pokoju obok za drzwiami.
Ej, panowie, to jakieś jaja są, gry zespołowe! Jestem Olek! Czas na selfie!
Faceci byli albo za głupi, albo coś, w każdym razie dali się przekonać, że to tylko jaja i nie na serio i jeden nawet wziął mój telefon i zrobił nam zdjęcie. Fajne chłopaki. Szkoda, że któryś gangster usłyszał nasze głosy i wpakował nam granat do pomieszczenia. Przeżyłem chyba tylko dlatego, że akurat naprawdę lałem w ostatniej kabinie. Potem przejechał serią po kabinach, a mnie cudem ominęło, bo wbiło się w ścianę przede mną i za mną. Stanąłem na sedesie. Chłopaki leżeli rozpryśnięci na podłodze. Szkoda.
Ale to i dobrze, przynajmniej wiedziałem, że mają granaty.
***
W toalecie, w której pan był z tymi panami, wybuchł granat i wszyscy zginęli. Mniej więcej w tym samym czasie, co gdy pan tam był.
No, tego już za wiele! Uniosłem się. Co ja, ludobójca jestem? Związek Walki Zbrojnej? AK? Czyście powariowali?
No to jak pan się wydostał z zatrzaśniętej toalety, w której wybuch granatu i serie z kałasznikowa pozbawiły życia tych trzech ludzi?
Przez okno, panie władzo. Uznaliśmy, że ta toaleta to pułapka na bawiących się i że jakoś trzeba wyjść. Umówiłem się z nimi, że wyjdę i nas otworzę z zewnątrz, i udało mi się przejść po rynnie, parapetach i gzymsie do toalety damskiej, najwyraźniej chwilę przed granatem... Ja myślałem, że jak usłyszałem kroki i te fajerwerki, że to koniec zabawy, bo jak wyszedłem z damskiej, to drzwi do męskiej były uchylone, a na korytarzach żywego ducha... Martwego też nie. Po prostu pusto. I wtedy też wyszedłem z budynku.
***
Gdy wyszedłem z kibla, drab z kałachem stał plecami do mnie i gadał przez krótkofalówkę z kimś, kto najwyraźniej był w garażu w piwnicy. Przyłożyłem mu z kolby pistoletu w tył głowy, obszukałem i mimo, że nie miał granatów, zdobyłem na nim radio, kluczyki do auta i kałacha. Przez radio udawanym głosem typka powiedziałem, że załatwiłem typa z karabinkiem i że mogą wyluzować. I że trupa zanoszę do pokoju 202, jakby co. Poszedłem po moje pukawki do pokoju, w którym je zostawiłem i po namyśle wziąłem też pistolet draba. Kałacha rozładowałem i porzuciłem. Usłyszałem szczekanie Ślepnira z piętra-dwóch poniżej. Już naprawdę nie zostało wiele miejsc, gdzie mogłyby draby schować Kleo. Bałem się, że ją wywiozą albo zabiją... A strach naładował mnie energią. Pobiegłem na dół. Typasy z piętra niżej i z parteru w ogóle mnie nie zauważyli, pochłonięci przeładowywaniem broni, szczękaniem zamków i tak dalej. Prześlizgnąłem się jak ninja za ich plecami, przebiegając cichutko jak mysz w stronę drzwi do garażu podziemnego...
No, dobra, kłamałem. Cichutko jak mysz z tłumikiem na karabinku zastrzeliłem tych drabów, którzy stali mi na drodze do uwolnienia Kleo. Nie zdążyli jęknąć, po prostu opróżniłem w nich dwa pozostałe magazynki do masterkeya, po czym wytarłem go i podrzuciłem do ręki jednemu trupowi. Zabrałem sobie z trupów trochę fajnego sprzętu i poszedłem dalej.
***
Nie interesuje pana, co się tam działo naprawdę?
Panie władzo, jestem w szoku! Wróciłem do domu cały roztrzęsiony, nic nie chciałem wiedzieć, to było straszne!
Ale co? Nie rozumiał policjant.
No jak to co? Portiernia!
***
Na dole był garaż, a w garażu stał na środku pustego prawie garażu nierzucający się w oczy, unieruchomiony (bez koła) żółto-różowy hummer, obok którego stały związane i skute kajdankami trzy panienki: dwie małolaty i wreszcie Kleo Sewittz. Obok nich stały obmacujące je i trzymające je za włosy (żeby patrzyły i nie odwracały głowy) wstrętne typasy, a kawałek dalej jakichś dwóch innych znęcało się nad jakąś filigranową blondyneczką. Kopali ją po nerkach, twarzy i brzuchu. Dwie małolaty płakały i szlochały, gdy typasy wymierzały im plaskacze. Kleo tylko stała, zupełnie jakby jej nie było. Jeden typas wrzeszczał do telefonu: Jak kurwa nie ma? Co nie ma? To ukradnij jakiś! Ten pieprzony hummer się zepsuł! Nie wiem jak! Jakoś! Koło odpadło, jak jechaliśmy po resztę dziwek! No co, jak? Srak? Wzięło i odpadło! Kurwa chodź i zobacz! Kurwa! Rzucił telefonem na siedzenie hummera. Nagle zza drzwi, obok których kucałem, obserwując całą akcję, wybiegło dwóch facetów, za nimi biegł Ślepnir, a za nim jeszcze dwóch. Żadna dwójka nie strzelała, choć mogli, ale pewnie wystrzelaliby się nawzajem.
To on! Krzyknął jeden z typasów. To ten pies, co zagryzł Wojtka! Wojtek stał tutaj i pilnował hummera, a potem znaleźliśmy go rozszarpanego! To ten pies!
Na co czekacie, zapierdolcie go! Ty, powiedział jeden z typasów, ewidentnie jakiś herszt, idź po emela na dwór!
Na emela spadł Siwy. Powiedział typas.
Jak spadł? Chuj z nim, to idź, ukradnij jakieś auto, kurwa! A najlepiej dwa, ja pojadę z tymi kurwami a wy pojedziecie jako obstawa drugim. Idź z nim, Rafi, dodał, i ten nazwany Rafim poszedł z tamtym.
Będziecie próbować sztuczek, jak ta Balbinka? Zwrócił się tamten do Kleo i dziewczynek, łapiąc za włosy półprzytomną, pobitą dziewczynkę i podnosząc ją brutalnie. Tą kurwę możecie se wziąć, powiedział, a jak z nią skończycie, to ją zakopcie tam gdzie ostatnio. Rzucił nią pod nogi tym dwóm, którzy przybiegli jako pierwsi. Ślepnir stał za hummerem tak, żeby nie mogli otworzyć do niego ognia, nie narażając siebie nawzajem.
Na co czekacie, kurwa? Strzelać do psa! Jeden z typów wyciągnął zza pazuchy mp5k i pociągnął serią w stronę Ślepnira, który bardzo leniwie i niechętnie podszedł do Kleo i tam został. Herszt wyciągnął pistolet i wycelował w psa.
Czy ja wszystko muszę robić za was? Odbezpieczył i położył palec na spuście. Ślepnir na niego warknął, ale nie ruszył się.
Obok różowego, unieruchomionego hummera stali od lewej: Typas, małolata, Kleo, małolata, herszt, dwóch typasów, małolata na ziemi i typas. Padnij, krzyknąłem, a Kleo zrozumiała niemal od razu, pociągając w dół dziewczynki i rozpłaszczając się na ziemi. Ślepnir zrozumiał aluzję i odgryzł dłoń z pistoletem w niego wymierzonym, a ja pociągnąłem serią ze zdobytego piętro wyżej FN Minimi, którego nie wiedzieć skąd wytrzasnęli gangsterzy. Wkrótce na placu boju została Kleo z jedną dziewczyną, herszt bez ręki i ja, z filmowo dymiącą lufą opróżnionej pukawki. Pozostałe typasy udały się do krainy wiecznych łowów, razem z jedną z dziewczyn, która przerażona zaczęła uciekać w stronę tej pobitej na ziemi, więc musiały dostać obie przypadkiem, jak ciągłym ogniem karabinu maszynowego szedłem z lewej do prawej. Człowiek krzyczy, padnij, a tu potem takie baby panikują i masz niewinnych na sumieniu.
Z hummera zostało sito. Herszt został obezwładniony przez Ślepnira, który jedną nogą stał na urwanej ręce herszta, drugą stał na jajach a tytanowe rzędy zębów wzmacnianych widią szczerzył do leżącego pod nim, krwawiącego mężczyzny.
Upewniłem się, że nikt więcej nie przybiegnie i bez słowa pomogłem wstać Kleo i dziewczynce, a herszta za wszarz podniosłem, dałem kilka razy w pysk i zaprowadziłem pod drzwi, do kąta. Cała akcja, od mojego wejścia do garażu do teraz, trwała może dziesięć minut. Ślepnir przegryzł dziewczynom pęta, dałem Kleo broń i poszedłem po auto. Z broni została mi tylko strzelba, pompka, malutka do samoobrony, którą znalazłem przy którymś gangsterze.
***
I ja wyszedłem z tego budynku, cały roztrzęsiony, po tym, co jak widziałem, zostało z tego przemiłego starszego pana z portierni... Zwymiotowałem na ulicę, wsiadłem do auta i pojechałem do domu, jak automat, czy pan sobie to wyobraża? Mózg, tkanki, oczy na ścianie, yyy brrr!
Gliniarz burknął, żebym jednak bez szczegółów.
Dodałem ich jeszcze więcej.
***
Gdy wychodziłem z budynku, zatrzymał mnie portier z kałachem i kazał podnieść ręce do góry. Podniosłem, ale że w rękawie miałem tą strzelbkę, to ruchem rodem z Desperado wyciągnąłem tą strzelbkę i strzeliłem mu w głowę. A potem rzuciłem ją za siebie i wyszedłem z budynku, dookoła którego w grupkach stali faceci, których przegoniłem z kolejek do dziewczynek w pokojach.
Poszedłem na koniec ulicy po moje auto, odpaliłem i pojechałem do garażu podziemnego, gdzie staranowałem szlaban i zajechałem pod kąt, gdzie zostawiłem Kleo i resztę.
Pomogłem dziewczynom wejść do środka, bandziora wrzuciłem do bagażnika razem ze Ślepnirem i z piskiem opon wyjechałem prosto z garażu podziemnego w stronę domu.
Mniej więcej pięć kilometrów za miastem zatrzymałem się w lesie i wykonałem kilka telefonów. Wkrótce prawie cała broń palna zniknęła (Wyparowała! Jak to? Przed chwileczką tu była! - powiedzą gliniarze, którzy będą na miejscu) z budynku mafii do spółki z większością trupów (zwłaszcza tych najmniej rozmaślonych), znaleziono tylko martwe dziewczynki, a Jajkovich zjawił się dokładnie czterdzieści minut po moim telefonie, w miejscu wskazanym przeze mnie.
***
I po prostu pojechał pan do domu, prosto, jak gdyby nigdy nic?
Na chwilę do domu... Pojechałem jeszcze potem do Katowickiej, do mojego kolegi Jajkovicha na zjazd rodzinny, przecież wiecie, bo złapały mnie i nas wszystkich kamery na zewnątrz... Czy może nie?
Nic nie odpowiedział.
***
Jajkovich odebrał ode mnie dziewczynkę, a herszta bandy handlarzy ludźmi po przesłuchaniu i innych zabiegach zabrał też ze sobą. Obiecał, że jak z nim skończy, to będzie to koniec sprawiedliwy, ale ja wiem, że tylko żartował i że zrobi mu z dupy jesień średniowiecza, potem zimę średniowiecza, potem jeszcze wiosnę renesansu i może nawet dojdą do planu Marshalla, a potem powróci do życia Amanda... Zupełnie jakby nigdy nie zginęła śmiercią tragiczną. Tak myślałem. (Później się okazało, że byłem w błędzie... ale nie miałem z tym problemu.)
Kleo i ja wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy do domu po jakieś ciuchy, żeby mogła ubrać coś na siebie, bo odkąd ją porwali, była w tych samych ciuchach i butach, w których podlewała. Nie, żeby mi to przeszkadzało... Ale podjechać trzeba było. W domu wywiązała się między nami taka rozmowa:
Kleo, chcesz jechać ze mną, czy zostaniesz tutaj? Muszę to skończyć, powiedziałem.
Zostanę tutaj i dorwę tych, którzy mogą tu chcieć wrócić, powiedziała Kleo, wykąpana i odświeżona do swojego dawnego, idealnego wręcz ja. Nie protestowałem. Ustaliliśmy plan, a potem pojechałem do Jajkovicha.
***
I pan tak po prostu sobie pojechał do domu, a z domu do Katowickiej? A po co?
Piwa się chciałem napić w gronie rodzinnym, przecież mówiłem...
***
W Katowickiej wrzało. Jajkovich udzielał wszystkim lekcji, co się robi z ludźmi, którzy zachowują się jak szmaty, oddając herszta co raz to kolejnym stworom do zabawy w seks grupowy z jednorękim, już wygolonym i w peruce, sukience i butach, mężczyzną. Co chwila podjeżdżały samochody z innymi, którzy byli w Gmachu (nazwa operacyjna) i robili coś dla sprawy: Strachy pozbierały broń i łuski, banshee (moja sublokatorka, plus ze dwa takie wielkości zająca... pewnie jej wstrętna progenitura) zlizywały krew i tkanki z wszystkich powierzchni, wilkołaki i jastrzygi przerzucali trupy do samochodów i odjeżdżali. Najtrudniej było wydostać trzeźwiejące dziewczynki, ale ktoś znał jakiegoś wampira, który zaproszony do współudziału rzucił na nie urok i po prostu im rozkazał wpakować się do samochodów podstawionych pod gmaszysko. Nieludzie współpracowali idealnie.
Siedziałem więc w barze i patrzyłem, co i kogo kolejni przybywający przywozili w swoich samochodach, co jakiś czas wychodząc, żeby złapała mnie kamera uliczna. Ustalono, że dziewczynki są z Estonii, a więc kurewsko daleko stąd, więc podjęto decyzję o przemienieniu ich, i mogą zostać, robota się dla nich znajdzie i kąt do spania też. Jajkovich mi potem mówił, że mafiozo wyznał miejsce pochówku i kanał przerzutowy takich właśnie dzieci-śmieci, których w Europie Wschodniej jest bez liku i nikt o nie nie dba. Żadna z tych odratowanych nie miała więcej, niż dziewiętnaście lat, a niektóre nie miały jeszcze czternastu. I wszystkie "pracowały" po dwanaście godzin dziennie, weekendami nawet i osiemnaście. Jajkovich tygodniami pracował nad nim dwa cztery siedem, i wyciągnął z gościa wszystko... Ale zapędziłem się, a nie o tym mowa.
Tymczasem w moim domu zastępy żyjących najbliżej mnie nieludzi po cichutku pracowały nad obroną mojego domu na wypadek ataku. Wykopywano wilcze doły, potykacze, ciężary na linkach i takie tam, więc właściwie Wietnam. Ostatnie dwa claymory nawet wsadziłem do stodoły. Każdy strach w okolicy miał przykazane się stawić do obrony, a z miłośników bujnych kształtów Kleo Sewittz utworzył się coś jakby batalion chłopski, który z kolei strzegł jej domu przed czymkolwiek. Sama Kleo była bezpiecznie schowana na strychu u pani Schwalbe, która z pancerfaustem broniła swojej ulubienicy. Kleo była nastawiona bojowo, więc, z tego co mi Ślepnir meldował, porzuciła tradycyjne zabawki i zadowoliła się moją strzelbą, do której jednak załadowała brenekę i oddech smoka.
Zsynchronizowaliśmy czas operacyjny. Herszt miał zadzwonić do swoich ludzi i wskazać mój dom, a Kleo i jej zwarte oddziały miłośników bujnego ideału, w skrócie ZOMBI, mieli pilnować, żeby Kleo się nic nie stało, i żeby nikt nie uciekł.
Więc gdy przyszła godzina zero, tylko czekaliśmy...
***
I tu mi się wszystko nie zgadza, panie Okropny. Dlaczego ci ludzie przyjechali do pana?
Pewnie mieli mnie na kamerach i sobie coś ubzdurali, jak pan, detektywie, powiedziałem.
Ale dlaczego przyjechali do pana akurat? Przecież pan tam był tylko przypadkiem, prawda? Dlaczego przyjechali rozpiżdżyć akurat pański dom?
Panie władzo, sam chciałbym wiedzieć...
***
W wilczych dołach i pułapkach zginęli wszyscy pozostali przy życiu członkowie-żołnierze grupy przestępczej, zajmującej się narkotykami, handlem ludźmi i inną działalnością przestępczą. Nikt nie złożył na pana doniesienia ani nie zeznawał przeciwko panu... Nie ma też dowodów, że miał pan coś wspólnego ze śmiercią tych ludzi... A sędzia orzekł, że miał pan prawo ćwiczyć i tresować swoje zwierzęta po swojemu, a znaki ostrzegające o pułapkach miał pan wyraźne i duże na całej posesji... Przyznawał gliniarz, ale ton miał kiepski. Więc sprawa zamknięta, może pan wrócić do domu, jednak prosiłbym, żeby pan nie opuszczał kraju.
Nigdzie się nie wybieram, powiedziałem wstając.
Panie Okropny?
Tak?
Mam jeszcze jedno pytanie, jeśli można?
Proszę.
Nie wydaje się panu dziwne, że pośrodku parkingu podziemnego znaleźliśmy poszatkowanego kulami hummera z oderwanym kołem, ale żadnych łusek, żadnych plam krwi, żadnego niczego takiego?
No, ktoś może go tam już takiego przywiózł na lawecie może?
Ślady opon prowadziły do miejsca, gdzie się zatrzymał.
To może koło odpadło, bo było źle przykręcone? Nie wiem, nie jestem mechanikiem...
Wie pan, może i tak. Może ten wahacz, półoś, sprężyna i teleskop się same przegryzły.
A może przegryzł je mój piesek! Rzuciłem, śmiejąc się.
Ha, ha, na pewno. Dobra, niech pan idzie, panie Okropny.
***
Od teraz Kleo ma nadajnik, który wysyła raz na sekundę sygnał do Ślepnira i do mnie, i choć rozwiązano ZOMBI, a jego członkowie dostali po pamiątkowym orderze, który zrobiłem z przetopionych łusek z całej akcji, nikt nie ważył się zrobić Kleo przykrości.
Jajkovich faktycznie zatrudnił te małolaty, a pan mafiozo jednak nie został nowym wcieleniem Amandy... Jajkovich zostawił go sobie do zabawy. Podobno jakieś ogry w okolicy chcą gejbar otworzyć, będzie jak znalazł.
Banshee, razem ze swoimi dwoma paskudnymi dziećmi mieszka na moim poddaszu i gra na akordeonie. Naprawdę. A dzieci banshee... Dobra, zjadają mi krety i nornice, nie mogę się skarżyć.
Po odbiór nawet nie bardzo uszkodzonego auta zgłosił się Malinka, ale Kleo coś mu powiedziała na ucho i dał sobie spokój.
Ślepnir... Ma nowe robaki. Znowu.
A ja? Ja bym chciał tydzień spokoju, bez problemów, mafii, strzelania, narażania życia... i tego cholernego akordeonu!
Aha, i nową stodołę, bo stara wyleciała w powietrze.
Czy ja naprawdę chcę tak wiele od życia?

Don't be the product, buy the product!

Schweinderl