Tumblelog by Soup.io
Newer posts are loading.
You are at the newest post.
Click here to check if anything new just came in.
09:17

Penny Pulp #18 - Śmierć Sąsiada

# jakieś dwadzieścia stron, pisane na telefonie ;]

Miałbym czas na robienie swojej roboty, ale niestety... Jak to czasem bywa, mój sąsiad postanowił wybrać się na tamten świat. Nie byłoby w tym niczego dziwnego... Gdyby nie fakt, że dziadunio ma dziewięćdziesiąt lat i skurkobaniec jest żwawszy, bardziej żwawy i żwawsiejszy niż ja.
Ale od początku: Działka obok mnie,  za krzaczorami i dawną oborą, składa się z pola, jakichś dwudziestu arów, drogi, domu z ogrodem... A za domem jakieś następne trzydzieści arów. Razem... coś ponad siedemdziesiąt. I to wszystko sam obrabia dziewięćdzięsiolatek, sam kosi, sam sobie gotuje, cichutki i spokojny. Podobno przed wiekami był w Kriegsmarine, a potem chyba był aptekarzem... Tak czy siak, kilka dni temu się nadwyrężył i teraz Kleo się o niego troszczy, a ja, jako że to spoko sąsiad, pomagam. Dziadunio spostrzegł, że chyba z tego nie wyjdzie cało, i poprosił, żebym wziął sobie jego różne graty i zawartość stodoły, zanim przyjadą jakieś nie wiadomo jakie farfocle zstępni po kisielu i rozkradną wszystko, o co on dbał przez ostatnie siedemdziesiąt lat.
Wręczył mi uroczyście klucz do kłódki, po czym poprosił, żebym nie zwlekał. Zostawiłem ich, tzn dziadunia i Kleo samych, i poszedłem za dom, w stronę stodoły.
Był to naprawdę piękny, zadbany, murowany budynek. Dziadunio dbał do przesady; dachóweczki równiutkie, deski zdrowe, widać wymieniane na nowe, bo niektóre jaśniejsze, nigdzie żadnej obluzowanej cegły, zasuwa pomalowana, nic się nie sypie, nie ma się do czego przyczepić. Śląska perełka, możnaby rzec. O dziwo cała stodoła, razem z przyległościami, mniej więcej po dziesięć metrów z każdej strony jest ogrodzona. Ogrodzenie wewnątrz ogrodzenia? Dziwne... Że też wcześniej nie zauważyłem.
Kłódka solidna, naoliwiona, duża. Łomem byś nie ruszył. Kluczyk wchodzi gładko, ale z odpowiednim oporem. Bardzo satysfakcjonująco. Przekręciłem, szarpnąłem, wyciągnąłem kłódkę i szarpnąłem za bramę stodoły. Wrota, właściwie. Okazało się, że pomimo wyglądu jakby nie - były przesuwne. Uchyliłem odrobinę... Dość, żeby się wśliznąć do środka. W środku panował półmrok, widać było zarysy różnych rzeczy przykrytych bawełnianymi pokrowcami. I drzwi, tak jakby ukośnie, do wewnątrz. Do jednego pokrowca była przypięta karteczka, a na niej wykaligrafowane na niemiecką modłę "Doktor Okropny".
Otworzyłem karteczkę, a tam był liścik. Jego treść brzmiała:
"Drogi Doktorze Okropny,
 Piszę ten list w pełni władz umysłowych i w pełni sił... ale przeczuwam, że już niedługo przyjdzie na mnie pora. Mam dziewięćdziesiąt osiem lat i sądzę, że to już czas. Nigdy nie chciałem dożyć setki.
Póki żyję: Doktorze, zawartość tego budynku, razem z nim samym i gruntem na nim stojącym i tym obok, przekazuję panu i Kleo Sewittz na własność. Stanowią osobną działkę, która przytulona jest do pańskiej. Czy wie pan, że budowałem pańską oborę? Stodoły niestety nie, dlatego pewnie tak często się zapada...." No, albo dlatego, że co chwilę ktoś usiłuje mnie wysadzić...
"Wszystko, co się znajduje w moim domu, proszę, aby panna Kleo wzięła dla siebie, a to, co nie przekazała potrzebującym. Kosztowności i pieniądze schowałem w walizce doktora, kiedy ostatnio u mnie ją zostawił. Jest w bagażniku.
Doktorze, w pańskie ręce składam dzieło i dorobek mojego życia, proszę wspomnieć mnie czasem przy lampce.
Wszystkie brakujące dokumenty są w teczce, którą do rąk własnych dostanie Kleo Sewittz.
Doktorze, zdrowia życzę. Klucz jest pod cegłą narożną. Proszę uważać, stopnie są śliskie.
Alfred Rosborg
P.S.
Niech doktor zrobi z tego dobry użytek. Przepraszam, ale pole i dom zostały zapisane mojemu prawnukowi, który, mam nadzieję, nie odziedziczył charakteru po swojej matce. 
P.S.2. Dbaj o wujka Hetzera. :)
A.R. "
Taki dziadunio, a w liście emotikonę umieścił... Oj, Alfredzie, Alfredzie... Cóżeś tu schował? Jakiego wujka? Postanowiłem nie czekać i się nie zastanawiać. Wyszedłem ze stodoły, starannie zamykając wrota na kłódkę i wieszając klucz na łańcuszku na szyi. Mam tam jeszcze klucz do Ślepnira. Do Kleo nie muszę, bo u niej zawsze otwarte... Rozmarzyć się - dobra rzecz.
Poszedłem do domu po laser. Nie było czasu, musiałem wyciąć ogrodzenie między stodołą Alfreda a moim domem, razem z chwastami i krzaczorami, a nie było czasu na zabawę w wycinkę. Laser jest co prawda wciąż w fazie testów, ale chyba sobie poradzi... Myślałem.
Byłem w błędzie. Laser nie tylko sobie nie poradził, ale też coś się w nim grubo spieprzyło i bluznął ogniem tak, że ledwo butem zadusiłem ogień. A i wypalił dziurę w trawie. Wyrzuciłem bezużyteczny złom na kupę pod wiatą i poszedłem po spycharkę pod drugą wiatę. Ostatnio wyrównywałem trochę teren, trochę zasypywałem trupy, więc zostawiłem sobie... Jeść nie woła. Zwłaszcza, że to... Hm, składak ze średnią wieku części w moim wieku, z benzynki przerobiony na wodór, więc działa odpowiednio, jest bezawaryjny i właściwie może stać, gdzie stoi... A teraz trzeba było go odpalić. Czytuje się czasem jakieś recenzje, że imć pan redaktor wsiada do pachnącej świeżością maszyny, zachwyca się jej ergonomią, poleruje truskawę nad cichutkim burczeniem silnika. No, ja nie czytuję, ale czytuje się. W poczekalni, jak się pojedzie z Kleo do kosmetyczki "na kwadrans". Moja spycharka ma silnik który ma tylko jakieś sześćset koni i wydech, o którym powiedzieć, że wyrabia, to jak powiedzieć, że jedna filigranowa blondynka zaspokoi potrzeby seksualne jednego osiedla z wielkiej płyty. Gdy ostatnio odpaliłem w nocy, jak pierdyknął wydech, to musiałem go dwa dni szukać, bo nie widziałem, dokąd poleciał. Więc teraz nie było czasu na zabawę w tłumikowanie, sranie po krzakach i przyjazdy rzeczoznawców, trzeba było wsiąść do maszyny i jak najszybciej przyłączyć działkę ze stodołą Alfreda do mojej, zanim ktoś zacznie zadawać głupie pytania.
Spycharka na podwoziu ruskiego czołgu dosłownie wprasowała krzaczory, betonowe ogrodzenie, metalową siatkę i spory fragment trawy w podłoże, tworząc nieciekawy obraz nędzy i powojennej rozpaczy, ale szybciutko lemieszem ze stalińca rozprowadziłem jedną górkę ziemi po krajobrazie i pozostawało tylko postawić lepsze ogrodzenie, żeby ewentualni spadkobiercy ziemi pana Alfreda nie mieli wątpliwości, czyja jest stodoła i wszystko pod nią.
Dwadzieścia pięć minut później Kleo uspokajała wszystkie sąsiadki, że to tylko doktor Okropny znowu równa teren swoim wehikułem, i nie ma się co martwić. I wróciła do Alfreda, który klarował jej prawne zawijasy swojego życia i, przede wszystkim, śmierci.
A ja zaparkowałem maszynę przed stodołą i wśliznąłem się do środka jeszcze raz.
***
W środku panowała idealna cisza i porządek. Pod pokrowcami stało przynajmniej pięć pojazdów, z czego co najmniej jeden bardzo, bardzo duży. Myślałem, że może kombajn... Ale sprawdzić trzeba było później. Starszy pan jeździł golfem dwójką, którego miał od nowości i który, o ile pamiętam, chodził jak zegareczek. I teraz będzie mój... Aż żal, ale skoro mam z niego zrobić dobry użytek, to przecież nie będę jak ten przysłowiowy Niemiec (wybacz, Alfredzie) pod kocem trzymał? Wymaluję go jak czerwony baron swój trójpłatowiec, przysiągłem sobie, i będę nim jeździł tylko... A, zresztą, zobaczymy. Ściągnąłem z niego pokrowiec. I prawie się zachłysnąłem.
Starszy pan musiał wiedzieć, że ta chwila nadejdzie już od długiego czasu, i musiał wiedzieć, że docenię żart. Golf był błyszczący, świecący, w środku było pachnąco i wysprzątaniutkie do ostatniego ziarenka piasku. Naprawdę. A z kluczyka w stacyjce zwisał maluteńki model Fokkera Dr. I. w słynnych barwach von Richthofena. No, skubany dziadunio! Powiedziałem do siebie z uśmiechem. Ciekaw byłem kolejnych niespodzianek. Drugi pokrowiec skrywał, nie uwierzylibyście - jeszcze bardziej świecący i błyszczący - egzemplarz Mercedesa-Benza, co później musiałem sprawdzić, trzystadwudziestki. Był w stanie super-cycuś-Kleo-Sewittz i w takim stanie pewnie kosztował z bańkę, albo i lepiej. Dziadunio Alfred coraz bardziej mnie zaskakiwał. W życiu nikt by nie uwierzył, że ten dziadunio ma w stodole takie skarby. W życiu!
Pod trzecim były jakieś szpargały, skrzynie, duperele w skrzynkach ze swastykami, otworzyłem dwie z wierzchu i nawet specjalnie się nie zdziwiłem: jakieś tam głupoty w stylu stare mundury galowe, flagi, jakieś dziwaczne urządzenia i gdzieniegdzie menażki. Nic specjalnego, uznałem.
Wśród skrzyń były mniejsze i większe, niektóre całkiem nowe, jednak zrobione na starą modłę, tyle że bez swastyki. Z kilku najniższych coś ciekło, co po organoleptycznym sprawdzianie węchowo-smakowym okazało się być olejem maszynowym. Pewnie jakieś stare duperele, ale nie wiadomo. Intrygowały mnie drzwiczki tak, że ledwo byłem w stanie poprawnie przykryć te skrzynki, więc zrobiłem to dosyć niedbale... Mimo, że Alfred jako mój sąsiad wiedział o moim niedbalstwie, czułem się jak świnia.
***
Klucz do drzwiczek znajdował się tam, gdzie Alfred go odkładał przez ostatnie pół wieku, albo i lepiej. Zamek był bardzo solidny, naoliwiony i wytarty do sucha, i bez wątpienia kiedyś często używany.
Schodząc ostrożnie po bardzo dziwnych i trzeszczących schodach, myślałem o Alfredzie. Nie znałem jego historii; Kleo mi kiedyś opowiadała, jak się wprowadziłem... Detale. On sam nie miał żony ani dzieci, a jego brat był w lotnictwie czy coś i umarł, zanim zobaczył swojego syna, czy coś, a ta matka była amerykanką, która stacjonowała gdzieś tam, long story short, dziadunio miał po bracie jednego, jedynego zstępnego, który miał czterdzieści lat i nie był zainteresowany Alfredem... Aż do czasu, gdy Kleo Sewittz na prośbę Alfreda wysłała mu list opowiadający o dziadku i jego bracie, który ma dziewięćdziesiąt osiem lat i który uszanuje wolę brata i przekaże mu, czyli temu zstępnemu, kimkolwiek by nie był, ziemię, którą im przekazał ich ojciec. A raczej tą połowę, którą Alfred uznał za uczciwą część mu należną. Kleo miała mi przekazać resztę.
Na razie szedłem po schodach i szedłem, powoli, powoluteńku, słabo oświetlonym korytarzem z jakiejś ruroblachy, czy coś, wzmacnianej naprawdę solidnymi dwuteownikami. Droga raz to skręcała, raz wznosiła się i opadała. Byłem pod wrażeniem. Po drodze wisiały jakieś zdjęcia i różne tabliczki po niemiecku. Ludzie w mundurach, plany w ramkach, schematy układów... Wreszcie, po jakichś stu, dwustu albo pięciuset stopniach, byłem na płaskim. Tutaj już była skała. Wykuwane w skale korytarze, po tej dziwnej klatce schodowej? Co ten Alfred? Wszędzie było światło, które zapalało się jak wchodziłem w zasięg fotokomórki, i gasło... po dokładnie dwóch minutach. Z zegarkiem w ręku, sprawdziłem dwa razy.
W jednym pomieszczeniu było kilkadziesiąt, może kilkaset skrzyneczek, ułożonych w dziwnych regałach. A może kilka tysięcy? Były wszędzie w hali, która od ziemi do sufitu miała ze cztery metry. Były też jedwabne spadochrony, też co najmniej kilkadziesiąt. W pierwszej z brzegu, otwartej skrzyneczce były jakieś papierosy, fajki, mnóstwo dupereli, naprawdę. Klamoty. Żadnych nazwisk, żadnych imion, żadnych danych. Nic. Otwierałem po kolei różne przypadkowe skrzynki, w których były prześcieradła, kawałki jakichś korb, wina z datą 1920 i wcześniejsze, oraz przeróżne rodzaje umundurowania i oprzyrządowania. Wszystko wyglądało na bardzo stare i nigdy nie otwierane. Na samym środku tego bardzo długiego pomieszczenia leżało ogromne tomiszcze z inkrustowanym złotem 666, które okazało się być spisem inwentarza, pisanym ręcznie szwabachą. Byłem niesamowicie wręcz ciekaw, co znajduje się w pomieszczeniu obok. Miałem bowiem przypuszczenia... Jednak nie mogłem sobie pozwolić na stracenie całego czasu świata w tym jednym pomieszczeniu; trzeba było wyjść na zewnątrz i przewieźć wszystko, co się dało do mojego hangaru. (Tak, mam hangar. Stoi pusty, odkąd radzieccy opuszczali śląskie wsie, gdzie kwaterowali. Kiedyś była tu jakaś eskadra, ściśle tajne maskowanie i reszta, a potem wszyscy dookoła zezłomowali swoje, a poprzedni właściciel mojego domu hodował w nim pieczarki.) Problemem pozostawało, jak to wszystko przewieźć? Jak wybrać, co przewieźć, a co nie? Miałem dylemat, a trzeba było zapytać Kleo, co się dowiedziała od dziadunia.
Spojrzałem na zegarek: szesnasta. A do dziadunia poszliśmy o ósmej rano. Nie do wiary, jak czas leci przy zwiedzaniu... Poszedłem korytarzem z powrotem. Na szczęście nigdzie się nie zgubiłem; droga była jedna a ja chłonąłem każdy detal, każdy załom w murze, każdą szynę kolejową na stropie. I każdą najmniejszą żaróweczkę, która zapalała się, jak się do niej zbliżałem, i gasła, jak oddalałem. Nie chciało mi się wierzyć, że to wszystko sam zbudował Alfred. Nie było opcji. Nie było możliwości. Wyszedłem z powrotem do stodoły, zamknąłem drzwiczki, kluczyk przypiąłem do tego drugiego, do łańcuszka na piersi. Przeszedłem przez stodołę, zamknąłem drzwi na kłódkę i ledwo-ledwo zamknąłem drzwi od stodoły, jak z pod ziemi wyskoczyła zza płotu po drugiej stronie działki twarz.
AAHA! Okropny! Wydarł się osobnik. Jakoś nie mogłem skojarzyć twarzy, choć wydawała się znajoma... Ale z drugiej strony jak się ma dość silikonu, zamówień za SuperTurboObciągatory, czasu i filmów pornograficznych, to możesz wpaść w obłęd: gdzie nie popatrzysz, tam znajoma twarz. Ale mniejsza o to.
Przywołałem Ślepnira, pukając dwukrotnie w chip przywołujący, który wszyłem sobie w ramię. Kleo ma taki sam - gdyby Kleo przywołała psa pierwsza, chip by zawibrował. Takie usprawnione gówienko, ha!  (Po tym, jak już sobie wszczepiłem w siebie to drugi, trzeci i czwarty raz - dla Kleo przygotowałem już wersję finalną, przecież nie będę jej ciął co kwadrans, ilekroć przyjdzie mi do głowy pomysł na upgrade albo dodatkową kalibrację.) Gdy przybiegł, kazałem mu nie wpuszczać tutaj nikogo, poza mną, Kleo i Alfredem, jeśli jeszcze żyje. Miałem nadzieję, że tak. Poszedłem do niego do domu. W środku nie było nikogo. Poszedłem więc do siebie, żeby sprawdzić, czy tam ich nie ma; tam także nie było nikogo, nie licząc zwyczajowego pieprzonego akordeonowego solo w postaci banshee, która ostatnio samą siebie przechodzi i gra jakieś przedwojenne szlagiery. W moim domu również nie było Alfreda ani Kleo. Było to trochę dziwne, ale w sumie nie mam nic do dziwienia się... Wziąłem tylko pistolet ze skrzynki bezpiecznikowej, tak na wszelki wypadek. Nigdy nie wiadomo, co się może człowiekowi przytrafić, a cała sytuacja wyglądała na mocno dziwną - zwłaszcza, że gotowy na wojnę (oo, na pewno!) zdrowy dziadunio postanawia umrzeć i przepisać wszystko, co jest cokolwiek warte szalonemu nie do końca doktorkowi i miejscowej seksbombie Kleo Sewittz? Sprawdziłem czy magazynek pełny, przeładowałem i super-czujny poszedłem w stronę domu Kleo.
***
Pod domem Kleo stał czarny mercedes sedan. Żadne jakieś cacko, raczej taki zwykły model, tylko w miarę nowy i czarny. Z jej domu właśnie wychodził facet w garniturze i z teczką, a Kleo, odpowiednio ubrana w bardzo dobrze skrojony kostium - i, oczywiście, super wysokie szpilki - odprowadzała faceta do drzwi. Spostrzegła, że idę krokiem wyluzowanego gościa z bronią i pomachała mi serdecznie. Facet w garniturze się odwrócił w moim kierunku, i gdyby tylko stanowił zagrożenie, już by dostał z kolby w tył głowy. Ale nie stanowił, bo wyszedł z domu Kleo Sewittz w całości i nie w pośpiechu. I na ile mogłem ocenić, nie krwawił z ukrytych ran. To dobrze.
Do widzenia, panie mecenasie! Proszę przyjechać na szarlotkę w przyszłym tygodniu! - powiedziała wesoło Kleo, gdy facet wsiadał do samochodu. Trzeba przyznać, że na widok niemalże idealnych kul z przodu Kleo, od których niejeden geometra by się popłakał ze szczęścia, facet zachowywał się dosyć chłodno. Pewnie to prawda, co mówią o prawnikach, że glisty i bez serca.  Stanąłem obok Kleo.
Wszystko w porządku? Spytałem półgębkiem.
Oczywiście, powiedziała Kleo. Spisywaliśmy testament i poświadczaliśmy w obecności pana notariusza, że Alfred jest w pełni władz umysłowych i że naprawdę nie może jednocześnie uszanować woli brata i oddać nam swojej działki z domem, jak chciał. Odwróciła się do mnie, po tym, jak nie skomentowałem. Bo wie doktor, że chciał? Kochany Alfred, chce żebyśmy...
Tak?
Żyli razem długo i szczęśliwie, powiedziała Kleo, ocierając łzę z kącika. Nic nie powiedziałem, byłem bardziej skupiony na tym, co też ten nasz Alfred jeszcze wymyślił.
Gdzie jest Alfred? Spytałem Kleo, a ona poszła ze mną do pokoju, gdzie zostawiła Alfreda. Dziadunio siedział w pokoju, w pomarszczonych, silnych dłoniach trzymając zdjęcie naszej trójki, jak naprawialiśmy stodołę po którymś wybuchu. Staliśmy tam, Alfred i ja, pod rusztowaniem, a obok nas stała Kleo w zachęcającej pozie i miała w rękach tacę z drinkami dla nas i wodą dla dziadunia. Alfred na zdjęciu promieniał, jak zresztą my wszyscy. Ale on chyba najbardziej.
Chyba zasnął, powiedziała Kleo, ale ja już wiedziałem, że to za mało powiedziane. Wyciągnąłem telefon i wykręciłem numer.
Wojtek? Przyślij tego konowała, co ostatnio. Potrzebujemy świadectwa zgonu. Nie, kurwa. Nie komandosa, choć nie obiecuję. Aha, jasne. A słyszałeś od Maciągowej już o jakichś strzałach? No właśnie. To już wiesz. Przyślij. Co, kurwa, co i kto? Alfred nie żyje. A powiedz komuś... No.
Rozłączyłem się, a Kleo stała obok mnie i wyglądała trochę jak Alice Cooper, to znaczy po jej policzkach ciekły łzy, rozmywając perfekcyjny makijaż, a ona sama stała jak wryta i patrzyła na Alfreda.
Cyjanek, powiedziałem, nie patrząc na dziadka.
Cyjanek? spytała Kleo. A skąd Alfred miałby cyjanek?
Chyba muszę ci o czymś powiedzieć. Ale najpierw ustalmy, co powiedział ci nasz dobroczyńca?
***
Dziesięć minut na przyjazd lekarza potrzebnego do stwierdzenia zgonu to dość czasu, by Kleo mogła przekazać mi najważniejsze informacje, które już wiedziałem: Alfred Rosborg był bezdzietny, serdeczny i raczej cichy i skryty. Jego życiowy partner, pastor z Cieszyna, wyzionął ducha w 1990. Mieszkaniec naszej wioski od samego początku, do dzisiaj najstarszy jej mieszkaniec... Działkę wraz z bratem wybrali nieprzypadkowo, podobno kiedyś była tu jakaś rzeka, jezioro czy kanał, jakaś żwirownia czy kopalnia, ale koniec końców komuniści zasypali i osuszyli cały teren pod lotnisko-lądowisko dla eskadry śmigłowców. Alfred zapisał tyle, ile mógł, czyli stodołę z kawałkiem terenu nam, czyli Kleo i mnie, jako współwłaścicielom; a oprócz tego wszystkie swoje ruchomości. Cała reszta, czyli pole z przodu i z tyłu, wraz z domem, trafi do Helmuta Neckera, który z automatu zostanie poinformowany o zgonie Alfreda i o swoim dziedzictwie, którego się nie spodziewał. Byliśmy z Kleo rozżaleni, ale szczęśliwi, że dziadunio mógł być nam przyjacielem przez ostatni czas.
Gdy zaś przyjechał lekarz, od razu zadzwonił do swojego szwagra, który jest komendantem policji w miejscowej komendzie i powiedział, że też ma przyjechać, bo skoro jest zgon, jest cyjanek, są świadkowie w postaci notariusza, którego lekko ochrypły głos Kleo zawrócił, mnie, który miał permanentną chrypę i Kleo, w której domu się to wszystko stało, to trzeba spisać zeznania. Ale zeznania zostały spisane, glina kondolencjował mocno, a jeszcze mocniej podziwiał dekolt Kleo, którego nie podziwiałby chyba tylko... a zresztą, dobra, powiem, notariusz. Podpisał się na raporcie lekarza i pojechał. Doktor przybił pieczątkę, powiedział, że nie jest już w pracy, bąknął coś o cyjanku i o przeniesieniu "pacjenta" do domu, a potem upewnił się, że gliniarz opuścił podjazd Kleo i wyciągnął piersiówkę. Bez krępacji pociągnął długi łyk, po czym wyszedł z domu, wsiadł do swojego nowego forda i pojechał.
I zostaliśmy sami. Kleo, już lekko opuchnięta na twarzy od płaczu i ja, jak zwykle lekko wyprany z emocji. Kleo, powiedziałem. Kleo!
Tak? Ocknęła się. Co się stało, doktorze?
Musimy zabezpieczyć wszystko, co dziadunio nam zostawił. Jak najszybciej, bo mamy najwyżej dwadzieścia cztery godziny na przenosiny.
Ale czego? Wszystko mamy tutaj... Powiedziała, po czym wskazała mi dosyć sporą walizkę-aktówkę.
Uchyliłem; w środku było mnóstwo plików banknotów, dokumenty oraz skrzyneczka. A w niej kilkanaście orderów, jakieś patenty oficerskie, jakieś duperele i ze dwadzieścia złotych monet. 
Kleo?
Tak, doktorze?
Musisz coś zobaczyć. Ale najpierw musimy mieć przyczepę. Najlepiej przemysłową albo rolniczą. Albo dwie. Kleo zdziwiła się, ale nic nie powiedziała. Pewnie miała swoje podejrzenia.
To ja pójdę do Malinkowskiego...? Zapytała, wskazując palcem kierunek zupełnie przeciwny. Ach, kobiety... Uśmiechnąłem się, wyciągając zza paska mojego colta i zgarniając z miseczki na blacie jej kluczyki.
Weź samochód, jeszcze cię porwą i znowu będę musiał kogoś zabić, zażartowałem, podając jej plik banknotów i pistolet.
Pojadę do Malinkowskiego sama, nie potrzebuję broni, doktorze. On i ja mamy pewne... Zaszłości.
Jak do kwadransa nie będę wiedział, co z tobą i ukośnik lub przyczepą, pojadę tam.
Dobrze, doktorze, powiedziała Kleo, mrugając do mnie figlarnie. Popatrzyła ze smutkiem na Alfreda, ale zapewniłem ją, że jest w dobrych rękach i że sam się nim zajmę. Jak pojechała, to pod tył jej domu podjechałem czarnym vanem, który wciąż tam był i wciąż jak na złość działał. Przeniosłem dziadunia do środka, zabezpieczyłem dokumenty Kleo i inne, i po prostu przejechałem przez drogę na moją stronę, wjechałem sobie na posesję, zamknąłem bramę i pojechałem na przełaj przez ogródek do domu Alfreda.
Oczywiście to było głupie, więc musiałem się wycofać, nawrócić, ułamać, zawadzając przy wyjeździe, kawałek gipsowej figury, otworzyć bramę, przejechać i znowu zamknąć, żeby podjechać pod jego dom tą jego dróżką do posesji. Akurat wypakowałem Alfreda do jego domu, gdy podjechała Kleo Sewittz supernowoczesnym traktorem z podwójną przyczepą. A za nią jechał Malinka jej samochodem, a za nim jego synalek jakimś odrapanym transitem, który pamiętał rządy Jerzego Buzka.
Podjechali pod sam dom, nieopodal osłoniętego wielkim kasztanowcem ogrodzenia stodoły. Malinka wysiadł z Merca Kleo, po czym wysiadł, wsadził kciuki za pas i podszedł do Kleo.
A tak w ogóle, to co tu robicie? Zapytał, opierając kalosz o kamień, którym Alfred wyłożył pobocze drogi, niejako odgradzając ją od pola przed posesją.
Podszedłem do Kleo, szczęśliwy, że ją widzę w dobrej kondycji i w niezmienionej formie.
Malinka, spierdalaj stąd. Powiedziałem, a Malinka popatrzył na mnie gniewnie. Jego synalek do mnie wystartował, ale Kleo powiedziała, że mają uszanować moją prośbę i się wycofać, bo właśnie umarł mi członek rodziny i mam prawo być rozeźlony i nie w nastroju do żartów. Malinka coś mruknął, jego synalek zrobił głupią minę, zapakowali się do transita i pojechali.
Jak to załawiłaś?
Tajemnica, powiedziała stukając się w nos jak stary kasiarz i uśmiechając bardzo drapieżnie. Są takie chwile, gdy obawiam się tej Artemidy w szpilkach. Nie drążyłem tematu, miałem ważniejsze sprawy na głowie: trzeba było Alfreda umyć, ubrać i położyć na katafalku, czy czymś. Nie miałem zielonego pojęcia, jak to się robi, bądź co bądź jak kogoś chowałem, zazwyczaj był w strzępach i lepiej, żeby pozostał nierozpoznany, nawet w przypadku odnalezienia jego grobu i rozwleczenia kości przez dzikie zwierzęta.
A potem, jak to zwykle w tych sytuacjach bywa, zostawiłem Kleo na straży domu Alfreda - bo mieszkańcy wioski zauważyli, co się dzieje, a i lekarz tak samo jak na trzeżwość, bimbał na tajemnicę lekarską i opowiedział żonie, żona sąsiadce i szwagierce, szwagierka sąsiadce i teściowej, no i nagle zaczęły dzwonić telefony. Ludzie ze wsi dzwonili do Alfreda, pewnie żeby upewnić się, że nie żyje, kretyni... Dzwonili na komórkę Kleo, żeby zapytać, czy mogą przyjść powspominać zmarłego. Kleo powiedziała, że mogą przyjść ze świeczkami na czuwanie na pole przed domem, a ja wymknąłem się i poszedłem poszukać pomocy u Hoffmana za torami.
Hoffman jest ghulem, ma jakieś, około z wyglądu pięćdziesiąt lat i dopiero się wprowadził na torfowiska za torami. Wcześniej mieszkał w jakiejś piwnicy w centrum Katowic, ale jak pierdolnął gaz w kamienicy i zdmuchnęło ją z powierzchni ziemi, to został bezdomny i Jajkovich dał mu mój adres. Pomogłem mu zbudować krąg kamienny i od tamtego czasu mi pomaga z jakimiś pierdołami w stylu "przytrzymaj mi drabinę" albo "weź, zjedz te ręce". Zawsze chętnie mi pomaga i ciągle pyta, czy jak się Kleo nie znudzę, pozwoli mi ją przemienić. (Niestety ghule nie występują w formie żeńskiej, więc jeśli za życia nie byłeś gejem, to po śmierci... Albo i niekoniecznie, nie wiem, nie wydają się być zainteresowane tym w ogóle, a rozmawiać o tym jakoś nie było okazji. Może to i lepiej.)
I tak z jednej strony domu, w ledwo zapadającym mroku stała Kleo Sewittz, dalej w tym samym kostiumie i szpilkach, rozdająca każdemu świeczki i prosząca o ciszę, a kilkadziesiąt metrów dalej Hoffman i ja ładowaliśmy skrzynki na przyczepy, żeby je wywieźć i poukładać w hangarze. W międzyczasie poszedłem do banshee i kazałem zamknąć dupę, albo roztrzaskam akordeon, a w zamian zaproponowałem smutnawe mruczando z dachu Alfreda, żeby stworzyć odpowiedni klimat dla żałobników. Nie wiem, czy to pieprzone banshee cokolwiek rozumie, ale próbuję jednak być człowiekiem i jakoś się zachowywać w stosunku do tego autyzmu na czterech szponiastych łapach, w tym dwóch skrzydłach. Gdy wróciłem, kilkoro "zagubionych" żałobników usiłowało włamać się Alfredowi do piwnicy od zewnątrz, ale mój prześliczny pieseczek przeraził ich tak, że będą chyba potrzebowali pomocy psychologa, żeby na widok psa nie paskudzić w bieliznę. Kleo była bardzo niepocieszona tą próbą włamania, a jeszcze bardziej, jak się okazało, że to młody Malinka z zięciem starego Malinki, czyli szwagrem. Przeczuwałem dym.
Gdy po dwóch godzinach przetargaliśmy całą kupę skrzyń, przepchaliśmy golfa i merca, razem z kilkoma maszynami rolniczymi i dziwnym dźwigiem, został nam ostatni, nieruszany pokrowiec, którego bałem się ruszać. Dobrze znałem historię regionu i spodziewałem się, co mogę znaleźć w niejednej tutaj stodole. Zagadka dla ciekawych: Co ma sześć i pół metra długości, ponad dwa i pół szerokości i dwa dwadzieścia wysokości? Wujek Hetzer.
Cholera jasna, jak? Skąd? I co najważniejsze: Nawet jeśli na chodzie, jak to gówno teraz ruszyć? Hoffman przyszedł mi z pomocą w rozważaniach.
Okropny? Zapytał, pukając mnie wielkim paluchem w ramię.
Co jest? Rzuciłem, nie patrząc na ghula.
Tak sobie pomyślałem... A może zamiast to wywozić, ja tu zamieszkam i będę tego pilnował? Zima idzie, sierpień już, niedługo wrzesień, chłodno się będzie robiło, a tobie się pewnie przyda jakiś taki... Umilkł.
Dobra. Zgodziłem się. Facet miał dobry argument, trudno się było nie zgodzić.
Leć po swój złom, Hoffman, od dzisiaj zamieszkasz w stodole Alfreda, ale pod jednym warunkiem.
Jakim?
Będziesz też pilnował hangaru. Wskazałem go palcem. Budynki dzieliło może osiemdziesiąt metrów. Co to dla ghula? Spytałem. Popatrzył na mnie dziwnie. Cały był dziwny, ale spojrzenie miał teraz bardzo, bardzo dziwne.
Okropny...
No?
Biorę tą robotę! Wykrzyknął, skacząc ze szczęścia i radości. Juhuu! Zaczął podskakiwać i tańczyć. Co za dziwoląg.
Ej, ej ej ej, kurwa, Hoffman, żałoba jest, pamiętasz? Przestał się cieszyć i się uspokoił, ale uśmiech nie znikał z jego oblicza. Wyglądał właściwie jak oblepiony błotem i ziemią człowiek, żadne tam obskurwiałe zombie czy inne żywe trupy. Hoffman mógłby założyć frak i uchodzić za ekscentryka performensu, jak męska Lady Gaga.
Hoffman pobiegł, mlaszcząc stopami po mokrej trawie i błocku. Przeskoczył jednym susem przez nasyp kolejowy, a ja w tym czasie zająłem się zamykaniem stodoły na klucz. Ghul i tak pewnie sobie wyryje tunel pod ziemią... Tak sądzę. A ja poszedłem do Kleo. Stała tam, ze świeczką w ręce, sama, i patrzyła na dom Alfreda. Chciałem ją zajść od tyłu i klepnąć ten odstający tyłeczek, ale w końcu żałoba, to po prostu podszedłem.
Poszli se? Spytałem. Pokiwała głową. Chcieli wleźć do chałupy ale nie pozwoliłaś? Znów kiwnięcie. Zuch dziewczynka. Klepnąłem lekko, jakoś tak automatycznie. A ona lekko podskoczyła.
Jutro pojedziemy do Jajka i skremujemy dziadunia? A gdzie pochowamy?
On... On mówił coś, że ty będziesz wiedział, gdzie "go schować pod ziemią".
Tak powiedział? Zapytałem.
Tak. Pokażesz mi?
To jutro rano po powrocie. A teraz chodźmy spać.
Już mieliśmy odchodzić, ale usłyszałem zwyczajowe pohukiwanie ghuli. Podeszliśmy w tamtym kierunku.
Możesz wyjść, Hoffman. Śmiało. Zachęciłem. Hoffman wyszedł zza krzaka porzeczek.
Kleo i ja idziemy spać... Popilnowałbyś wszystkiego? O, albo i przeniósłbyś co się da z domu do hangaru? O świcie przyjdziemy po dziadunia i pojedziemy go skremować, a potem będziemy budować ogrodzenie, dobra? Aha, i nie jedz dziadunia... Powiedziałem, groźnie grożąc palcem. Ghul wyglądał na jeszcze bardziej podekscytowanego niż wcześniej. Z trudem wytrzymał do końca zdania.
Dobra, ale musisz to zobaczyć. Musicie, poprawił się. Naprawdę musicie. No, chodźcie!
I poszliśmy. Do hangaru droga była nieco błotnista, więc przeniosłem Kleo na rękach, a co tam. Gdy już ją postawiłem, zobaczyliśmy w świetle jednej, jedynej świeczki - mamy przecież dwudziesty pierwszy wiek - że jedna z niedbale rzuconych na kupę skrzynek rozpadła się i powypadały z niej jakieś kamulcowate obiekty.
Spójrzcie, powiedział Hoffman, podnosząc jeden z przedmiotów wielkości pięści Kleo.
Granaty? Zgadywałem, a ghul bawił się naszym napięciem. W końcu podniósł przedmiot do światła.
Bursztyny, powiedziała Kleo i westchnęła.
***
Następnego dnia skoro świt pojechaliśmy z Kleo tym rozjebanym, czarnym vanem do Jajkovicha, żeby skremować dziadunia i wypić szklaneczkę czegoś dobrego. Około ósmej byliśmy już z powrotem, w pogodnych nastrojach... Na tyle pogodnych, że nawet zatrzymaliśmy się na lody w drodze powrotnej. To znaczy nie do końca się zatrzymaliśmy, bo ja prowadziłem.
***
Gdy wróciliśmy do naszej miejscowości, podjechaliśmy prosto pod dom Alfreda i zadzwoniliśmy po Malinkę, żeby przyjechał po ten swój traktor, ale Malinkowski powiedział żebyśmy wybaczyli, ale jego synalek ma problemy gastryczne i nie ma drugiego kierowcy... I nie zapowiada się, żeby szybko wrócił do zdrowia, powtórzyła mi rozmowę Kleo.
Miał z tym doktor coś wspólnego? Spytała Kleo, biorąc się pod boki.
Ja? W życiu! Ale Ślepnir już tak... Nie ma oczu, wiesz. Nie widział, że to syn twojego przyjaciela... Dodałem, a moja prześliczna sąsiadka cichutko parsknęła.
Kleo Sewittz, czy ty właśnie parsknęłaś? Odwróciłem się do niej z udawaną przyganą. Udała smutną.
Oj, powiem ci coś, Kleo, ale nie spodoba ci się to, powiedziałem.
Co takiego, doktorze? Spytała, kontynuując grę.
Obawiam się, że wdepnęłaś w krowi placek. Spojrzała w dół i otworzyła usta, głośno wciągając powietrze, dłonie przysuwając do twarzy. Cała platforma jej niebotycznych szpilek była upaprana łajnem.
Ooo, nie!
Idź się może przebierz, słońce, a ja zobaczę, czy wszystko z domu Alfreda udało się Hoffmanowi wytargać. Dostałem soczystego buziaka, po czym Kleo odwróciła się na pięcie, wsiadła do vana i odjechała nim w stronę swojego domu, który był kilkadziesiąt metrów dalej. Ja zaś wziąłem pod pachę doczesne szczątki mojego sąsiada w puszce po kawie i poszliśmy przejść się po pustym domu.
Hoffman wykonał kawał dobrej roboty; zabrał wszystko, co nie było przykręcone do ściany; nawet pianino zniknęło i zlew z kuchni. Skurwysyn nawet podłogę zamiótł. Przeszliśmy się po pokojach, tzn. ja się przeszedłem, a Alfred stał spokojnie na parapecie. Opukałem ściany, zajrzałem do pieca, do składziku, do spiżarki. Przywołałem psa, który upewnił mnie, że pan Alfred Rosborg nie ukrył niczego w ścianach, podłodze ani pod stropem. O ile mogłem się zorientować, niczego schowanego tam nie było. Nawet pięćdziesięciu groszy uwięzionych gdzieś między żebrami kaloryfera, nic. Spacerowałem po tych trzech pokojach, pustych jak prostokątne wydmuszki, z wykręconymi lampami ze ścian i wspominałem Alfreda, który zawsze lekko uśmiechnięty, ostrzyżony i prawie zawsze idealnie ogolony kosił trawnik, ostrzył kosy dla całej okolicy i kibicował Czechom, w cokolwiek by nie grali... Taki dziadunio, który jak tylko skończyli ostrzeliwać mój dom jedni czy drudzy, zabierał się za mieszanie zaprawy i czyszczenie narzędzi murarskich. Jego rusztowanie warszawskie pamiętało budowę Pałacu Kultury i Nauki, a było po każdym użyciu dokładnie czyszczone i, jeśli było trzeba, malowane. I który nigdy nie chciał pieniędzy, bo, jak mawiał, ma ich dość i one szczęścia nie dają.
Z zamyślenia wyrwał mnie nieprawdopodobny ryk. Na pole przed domem Alfreda, gdzie rosły najpiękniejsze truskawki, najsłodsza kukurydza i najlepsze marchewki, jakie można było zjeść, wjechał ogromny buldożer. Zbliżał się w stronę domu tak prędko, że ledwo zdołałem zgarnąć Alfreda z parapetu a Ślepnirowi rozkazać spierdalać, tak się poschizowałem, zaniepokoiłem, że nas tu wszystkich pogrzebie żywcem... Czyli w sumie to tylko mnie, co za życie!
Wybiegam przed dom, a tam w buldożerze siedzi jakiś blondyn z brodą i w kasku, wpierdziela hot doga i jeździ w kółko po polu. No co on?
E! Krzyczę do gościa w międzynarodowym. E, kurwa, ciulu! Facet nic. Nie widzi mnie, czy jak? Pstryknąłem na Ślepnira, wyciągnąłem mu z pyska pistolet i puściłem temu fiutkowi ostrzegawczo kulkę w szybkę. I patrzcie państwo, któż to się nagle opamiętał i zatrzymał!
Podchodzę do gostka. Ten cały spanikowany, ręce w górze, ujebany cały z keczupu na twarzy, a poza tym totalna dezorientacja.
Opuść te ręce, człowieku... Możesz mi łaskawie powiedzieć, co ty tutaj odpierdalasz? Spytałem go, chowając giwerę za pasek. Hm? Uniosłem brew.
To... To jest to pole przed numerem pięćdziesiątym pierwszym? Spytał, ciągle zezując na kolbę pistoletu. Nie uznałem za celowe odpowiadać, niech się trochę spoci.
Yyy, bo jak tak, to polecono mi przygotować plac pod budowę, eee, tego, no. Willa tu stanie.
Willa. Powtórzyłem za nim.
Na trzydziestoarowym polu stanie willa, powtarzam, patrząc na gościa jak na debila. Tak?
Yyyy eee, no tak, mamy tutaj działkę budowlaną, tu szef niedługo przyjedzie, a zresztą ja mam robotę i jakby co, z szefem, co? A, i jeszcze was szef za szybkę policzy... Co pan ee, robisz?
Wdrapałem się na tą jego zabaweczkę, wyciągnąłem pistolet i z kolby wyrżnąłem prosto w szybkę, która poszła w przysłowiowe drzazgi.
Co pan, jak pan, ale? Pytał, ale ja już zeskoczyłem z buldożera.
Powiesz, że kamień.
I poszedłem w stronę domu Alfreda, gdzie usiadłem na maluteńkiej ławeczce, na której Alfred zwykł był siadać, jak na przykład pastował buty.
Spojrzałem na zegarek, za kwadrans dziewiąta. Nie zapowiadało się tak pogodnie, jak jeszcze godzinę temu, gdy jednocześnie dojeżdżałem i dochodziłem.
***
Punktualnie o dziewiątej podjeżdża jakieś wielkie, czarne auto, w stylu fura agentów FBI z seriali telewizyjnych. Cadillac Escalade, o ile dobrze pamiętam. Wjechał na pole, przejechał po uprzednio przez buldożer wyrównanym pasie ziemi i zatrzymał się może dwa metry ode mnie, rujnując przepiękny trawnik, na którym Alfred... A, zresztą. Schowałem puszkę za plecy, żeby nie musiał tego oglądać.
Otworzyły się drzwiczki i wyskoczył z auta facet. Wiek, coś koło czterdziestki, z twarzy australopitek, te niemalże wały nadoczodołowe, ten garniturek sportowy, te mokasynki... I ten Breitling na ręce. I do mnie z ryjem, jeszcze się nie przedstawił:
Pan jesteś ten, co dostał tą stodołę? Kiwnąłem głową. Facet kontynuował: Taa, no niezłe jaja, co? Ile pan chcesz za nią?
Wstałem. Ślepnir też. Byłem wyższy od niego o dobre pół głowy, a więc Ślepnir sięgał mu głową do piersi.
Burek, siad! Krzyknął facet, a Ślepnir prychnął. Wyciągnąłem do niego rękę.
Okropny jestem, mieszkam tu za płotem... Będziemy sąsiadami. Muszę panu powiedzieć, że... Przerwał mi.
Tak, tak, wiem, wspaniały człowiek i w ogóle. Słuchaj pan, potrzebny mi ten skrawek ziemi, gdzie ta stodoła, rozumiesz pan? Ile pan chcesz za niego, co? Dziesięć? Dwadzieścia tysięcy?
Pan chyba żartuje, powiedziałem.
No, tak myślałem, że nawet dziesięć to za dużo za ten... Ile to jest? Ar? Dwa? Pięć? Tak głupio w środku działki? Ale dobra, dam ci... Osiemnaście, jak se tą stodołę, ten gruz sam zabierzesz, co? Nawet ci buldożer pożyczę, co? Piąteczka? Jesteśmy umówieni, jak ci było? Okrutny? Mam papiery w samochodzie, co? Uśmiechał się jak najgorszy cwaniak, kuty na sześć nóg sprzedawca używanych samochodów na giełdzie w Mysłowicach.
Nawet się nie wkurwiłem. Nawet gdybym chciał, nie wiedziałbym od czego zacząć. Zamiast tego po prostu go wyminąłem i odszedłem w stronę mojego domu. Za to Ślepnir wskoczył mu do samochodu i usiadł na przednim siedzeniu. A teraz się martw, pojebie, pomyślałem, niosąc Alfreda do domu, by go postawić na kominku. Kominek kiedyś działał, ale teraz mieścił całkiem sporo planów, jak już człowiek zapamiętał, żeby nie rzucać do środka petów.
Gdy tylko przestąpiłem próg mojego domu, z belki stropowej w stodole spierdoliło się banshee z głośnym łopotem. Wygramoliło się przez dziurę we wrotach i poczołgało się, jak wyrzucona na brzeg płaszczka na kacu w stronę drzwi. Więc postawiłem szybko Alfreda między gumowymi kutasami (do zamówień specjalnych STO), zaraz za moim wilczym biletem do wszystkich uniwersytetów w Polsce.  Wyszedłem zobaczyć, co to banshee w ogóle tym razem. I akurat wybiegłem prosto na nie, jak podnosiło się po futrynie, więc, koniec końców, poturlaliśmy się po trawniku.
Dla tych, co nie mieli tej wątpliwej przyjemności: turlanie się po trawniku z banshee przypomina skakanie na trampolinie będąc nago pod czarnym, skórzanym płaszczem, w dzień największego upału tysiąclecia, przytulając wysmarowanego miodem i piżmem ogromnego nietoperza z ludzką głową. Coś jak zakazany owoc dla wyjątkowo rzadkiego szczepu fetyszystów. Jak już wygrzebałem się z tego bałaganu i podniosłem tą przedziwną istotę, ona na migi pokazała mi, co następuje: Skurwydziad usiłuje staranować dom i/lub Ślepnira autem i/lub buldożerem, a ja jeszcze nie zjadłem śniadania, ładnie pachnę dziś rano i czy Kleo i ja planujemy jajka. Powiedziałem, że ma obudzić Hoffmana i przysłać go do obrony stodoły, a ja pobiegłem do stodoły po strzelbę i poszedłem zobaczyć, co tam się, odkąd poszedłem pięć minut temu, nowego dzieje.
***
Okazało się, że ten w buldożerze miał płacone od roboty, więc rozpędził się tym żółtym gówienkiem tak, że nie zauważył mojego spycha na podwoziu czołgu za płotem i chyba coś się zepsuło. W każdym razie buldożer trochę się pokrzywił, a to szkoda... Uszkodził mi ogrodzenie, a to oznaczało wojnę. Bubek z eskalejda wciąż usiłował dostać się do auta, choćby po to, by wziąć telefon, ale Ślepnir warczał i ujadał tak, że gostek był w odwrocie.
I na to wszystko przyjeżdżają koparki, ekipy budowlańców, betoniarki, wszystko, co się da. Faceci stawiają baraki z blachy falistej, toi-toje, rozładowują sprzęt, odpalają i gaszą kolejne urządzenia. Potem podjechała jakaś Skoda, wysiadły z niej chłopki, założyli kaski, każdy rulon pod pachę i dawaj, szukać chuja do dupy i wbijać paliki. A ja stanąłem sobie tuż przy zniszczonym ogrodzeniu i patrzyłem, jak australobubek się uwija, biega, krzyczy i zaczyna kampanię. Jak tylko odszedł, zupełnie nie zatrzymywany przez nikogo poszedłem do auta i spuściłem powietrze z kół, a telefon faceta, który miał w uchwycie jako GPS, wyjebałem Alfredowi na dach, ale zjechał i wpadł do rynny. Niech teraz szuka, jebus jeden. Cmoknąłem na psa i poszliśmy z powrotem na naszą stronę przewalonego płotu.
***
Za płotem, oparty o lemiesz spycharki, stał Hoffman i ziewał jak stado niewyspanych hipopotamów.
Okropny, Okropny! Zaczął mnie szarpać za szmaty. Panikarz...
Wyluzuj, Hoffman. Idź po dźwig i przywieź go tu. I nie wytrzeszczaj oczu, tylko przyjedź tutaj tym dźwigiem, a ja się ustawię traktorem tego ciula na narożniku. Łapiesz? No?
Wiesz, że Hetzer, nie? Ino jeden strzał i puff!, hm?
Wiem. Ale my tu mamy więcej do chronienia niż jeden jagdpanzer chwat, i tu mi uwierz na słowo, dobrze?
Dobrze. A może po prostu ich wystrzelamy?
Z pistoletu i strzelby? Nie bądź śmieszny, Hof, tu trzeba działać, a nie się wydurniać.
Miałem na myśli... Zastanawiałeś się kiedyś nad tym dźwigiem? To znaczy... Przyjrzałeś mu się?
No, ma podwozie na ciężarówce, cztery łapy, wysięgnik, na końcu wysięgnika jakieś takie gówno i hak. Dźwig po prostu, wzruszyłem ramionami. Nie ma się czym podniecać, Hof.
A widziałeś, żeby dziadunio go używał? Kiedykolwiek?
Nigdy. Wczoraj też mu się nie przyglądałem, jeśli już o to pytasz. Podwieziesz go tu w końcu czy sam mam iść? Tu jest nasze Alamo, Hof. Tu dziś możemy zginąć! Przesadzałem oczywiście, ale tyle się działo... Wpadłem w trans planowania ostatniej reduty.
Ej, Okropny. Ej, ej! Zaczął mną potrząsać. Ej! Chodź, pokażę ci ten twój "dźwig", dobra? Pokiwałem głową, zamyślony. Odeszliśmy tych kilkadziesiąt metrów, aby dostrzec zwisające głową w dół banshee nad wejściem do hangaru. Kiwało się lekko. Skórzaste kurewstwo... Odsunęło się troszeczkę, żebyśmy mogli wejść.
Weszliśmy do hangaru. Stało tam kilkanaście różnych kupek: skrzynie, klamoty Alfreda, meble, szpeje, duperele, w rogu pojazdy, a dalej w tle, z tyłu ten dźwig. I wtedy Hoffman mówi do mnie tak:
Wyobraź sobie, że ten hak jest zdejmowalny, że te przyczłapy działają tak... W poziomie, wiesz jak? I co ci zostaje?
Patrzyłem i nie widziałem, jak na jakiś dziwny obrazek z tą młodą babą i starą, ten, gdzie są dwie opcje, ale widzisz tylko jeden na raz. Albo królika i kaczkę. I nagle mnie olśniło.
Oooo, kuuuurwa!
Oto na podwoziu dźwigu, udając dźwig-żuraw stał Flak 88, pomalowany jak debil na żółto, ze wsadzoną w lufę rurą z hakiem i jakimś drutem. Nawet ja się dałem nabrać...
Hof?
No?
Jak ich powstrzymamy przed demolką stodoły? Spytałem, patrząc na flaka i analizując możliwości... Na przykład piętnaście kilometrów zasięgu. Jakbym wiedział wcześniej...!
Nie mam zielonego pojęcia, odparł ghul, chłonąc atmosferę czy co tam robił.
Możemy tylko tam wrócić i zrobić łańcuch. Całą moją wenę szlag trafił, jak pomyślałem, co by było, gdyby Alfred od wojny przez komunistów, pis, po i znowu pis dał radę ukrywać tyle szpeja, a ja w niecałe dwadzieścia godzin wyjawię wszystkie tajemnice za jednym zamachem. Czułbym się jak kretyn niewart zaufania starszego pana.
Z dwóch zer nie zrobimy łańcucha... Powiedział filozoficznie ghul.
Staliśmy tak chwilę, ja zawieszony, on chyba też. Banshee też, tyle że na dworze, u framugi. W końcu powiedziałem, że ma zamknąć ten pierdolnik i iść spać, a ja idę rozgonić tych kutasiarzy na cztery wiatry. Było około jedenastej, miałem dwie nielegalne spluwy przy sobie, w domu i okolicznych budynkach jeszcze dość, żeby się nie wykaraskać przez tysiąc lat...
Ale poszedłem, bojowo nastawiony jak Leonidas.
***
Gdy byłem na wysokości mojego spychacza, miałem wrażenie, że coś jest nie tak. Jakiś buc w białym kasku oglądał stodołę Alfreda i macał deski, a dwóch kutasiarzy w innych kaskach usiłowali reperować to, co ten jeden rozjebał rozpędzonym buldożerem. Tego, co nim kierował, opierdalał przestrasznie inny biały kask, a cała reszta stała grzecznie,w rządku, jak kurwy przed alfonsem. Choć może to nienajlepszy przykład na Śląsku, bo tu się wciąż zdarzają Adolfki, Alfonski i Gerhardki. Ale to nawiasem mówiąc. Na samym środku placu stał wywrócony eskalejd, tuż obok lawety, przez którą się prawdopodobnie wywrócił. Obok niego stał Ślepnir, za nim radiowóz, a jeszcze za nimi, na poboczu, stała Kleo Sewittz z notariuszem, ubrana tak, że od feromonów wydzielanych przez tych wszystkich facetów obok, nawet mrówki by się zdezorientowały i zgubiły drogę do domu. Atmosfera była gęsta.
Wrzuciłem szybko strzelbę pod spych, giwerę zasłoniłem połą koszuli i podszedłem prosto w stronę Kleo, która na mój widok rzuciła się do przodu, by wpaść na pełnym biegu mi w ramiona, jakbyśmy się tysiąc lat nie widzieli.
Doktor Okropny? Zapytał aspirant Jurkiewicz, wnuk pani Schwalbe, równy chłop, choć gówniarz.
Tak? Spytałem, przytulając Kleo, czego, jestem pewien, zazdrościli mi wszyscy, ze skutym w radiowozie australopitekiem Bubkiem z eskalejda. Kleo uniosła czy też ugięła jedną nogę, prezentując wszystkim efekty wielu lat jogi, przysiadów i najróżniejszych ćwiczeń. Świat wstrzymał oddech.
***
Taak, więc papiery się zgadzają, pan Necker Helmut jest właścicielem... Tak, całej działki, stukał w papier palcem gliniarz, oprócz tego tu kawałka ze stodołą włącznie, który jest własnością obecnych tutaj pana Okropnego... I pani Sewittz. No. A pan zdemolował płot, usiłował staranować dom, stodołę i zniszczył następujące elementy wyposażenia...
Podsumowując, jest pan winny z paragrafu, tu gliniarz wymieniał, a notariusz co i rusz dodawał nowe paragrafy i artykuły. Obecni tutaj panowie potwierdzą swoimi zeznaniami. Pan rzeczoznawca, do spółki z kierownikami budowy, glina zwrócił się do notariusza i białych kasków, wycenią szkody, i jeżeli państwo, eee, pan Okropny i pani Sewittz, ee, nie wniosą oskarżenia przeciw panu o karę pozbawienia wolności, choć grozi panu do lat pięciu włącznie, będzie pan musiał zapłacić karę pieniężną...
Gliniarz, notariusz i pozostali jeszcze długo się produkowali, ale w końcu pojechali, zabierając ze sobą Neckera. Robotnicy wrócili do pracy, naprawili nawet mój płot, na ile się dało. Przyjechała laweta i zabrała eskalejda, a notariusz uściskał się serdecznie z Kleo i pojechał swoim mercedesem w siną dal. Kleo i ja zaś poszliśmy do mnie, gdzie rzuciliśmy się na łóżko, ale właściwie zasnąłem i nie wiem, czy Kleo też... W każdym razie jak się obudziłem, leżała obok mnie i czytała Wielki Almanach Bomb i Szrapneli, który wydałem własnym sumptem jak miałem dziewiętnaście lat. Gdy zacząłem mrugać, drapnęła mnie mocno przez całe plecy. Tak przyjemnie, ale mocno.
Aj, za co to?
Za to, powiedziała i sięgnęła mi w spodnie. Wyciągnęła stamtąd colta, który, jakby, gdyby wypalił, odstrzeliłby mi jajca, fiuta i stopę. A ja na nim spałem.
Za to należy mi się jeszcze jeden raz, Kleo.
Był doktor niegrzeczny...? Mmm. To za karę musi doktor poczekać, aż pochowamy Alfreda tam, gdzie sobie życzył, dobrze? Pójdziemy?
Chodźmy, rzekłem wstając. Zgarnąłem Alfreda do chlebaka, wrzuciłem do środka colta i poszliśmy.
Nigdy się nie dowiem, jak to jest i dlaczego moja sąsiadka biega w szpilkach po trawie, betonie i żwirze, dawno przestałem dociekać też, jak utrzymuje równowagę przy tych kulach armatnich z przodu. Po prostu obserwowałem, jak idzie i to sprawiało mi przyjemność.
Pozdrowiliśmy Hoffmana - który rozłożył sobie legowisko obok "wujka" Hetzera i właśnie układał pasjansa - po czym zeszliśmy we dwójkę do podziemi tą samą drogą, którą szedłem wczoraj. Kleo szła bardzo powoli; stukot niósł się echem daleko, daleko wgłąb ziemi. A ja choć ją asekurowałem i trzymałem za rękę, pomagając zejść, trochę nie mogłem się doczekać, jak będziemy wracać i ona pójdzie przodem.
Gdy doszliśmy do pomieszczenia z tomiskiem, przekartkowałem je do ostatniej strony. W ostatniej wolnej rubryce, własnym pismem, po polsku wpisałem "Alfred Rosborg, 98, skrzynia...? Otwarta, po prawej stronie. 666. Co za zbieg okoliczności... Włożyłem Alfreda do skrzyni numer 666, w puszce po kawie, obok zakurzonej puszki po herbacie z wydrapanym na wieku serduszkiem. Kleo pociągnęła smutno nosem.
Gdzie jesteśmy, doktorze? Spytała po chwili. Skąd... Skąd tutaj taka jaskinia?
A wiesz, Kleo, że mam przeczucie, że Alfred przygotował dla nas jeszcze niejedną niespodziankę. A teraz... Zacząłem, ciągnąc ją do pomieszczenia obok, które było niemalże niemożliwie długie i szerokie, a niemal w całości wypełniał je podłużny kształt.
Czy to jest...? Zaczęła Kleo, co chwila patrząc to na mnie, to na kształt.
Kleo, kochanie... Zacząłem, miętosząc jej okrągłe pośladki i sięgając pomiędzy nie.
Tak, doktorze?
Pójdziemy zwiedzać teraz, czy za chwilę? Spytałem, gdy góra i dół jej stroju wylądowały na mojej koszuli, na skrzyni ze swastyką.
Kleo nie odpowiedziała, więc uznałem, że za chwilę. Bądź co bądź są ważniejsze sprawy na świecie, niż zwiedzanie zaginionego U-666 w podziemnym magazynie. I te sprawy teraz zaczęły się rytmicznie obijać o moje biodra.


Don't be the product, buy the product!

Schweinderl