Tumblelog by Soup.io
Newer posts are loading.
You are at the newest post.
Click here to check if anything new just came in.
22:48

Penny Pulp #19 - Napad na bank


Siedziałem wczoraj na werandzie, odrobaczałem leniwie psa, gdy zadzwonił telefon i odebrałem. Ojciec Kleo zadzwonił z jakąś pierdołą, a pięć minut później zaczął dwadzieścia minut opowiadania mi o korzyściach wynikających z inwestycji w polskie firmy, akcjach i giełdach... A ja jakoś nie byłem zainteresowany, więc powiedziałem że ostatnio nie mam kasy. Ślepnir w międzyczasie się zerwał i odbiegł. Może Kleo go wezwała, albo coś. Oczywiście jej ojciec jak usłyszał o mojej kasie, rzucił się do wysyłania przelewów, wspomagania, kurierów i dzwonienia do Kleo, aż jakoś tak umilkł, jak go poprosiłem, żeby kiedyś przyjechał i mi wszystko opowiedział przy zimnym, bezalkoholowym dzbanku zielonej z cytryną albo coś, bo ja przez telefon to i tak słabo rozumiem, mimo że minęło pół godziny, odkąd Ślepnir sobie poszedł. Rozłączyłem się, wziąłem książki i łyknąłem herbaty... A potem usłyszałem stukot obcasów Kleo na bazaltowych wysepkach, które ostatnio wkopałem w trawnik, żeby mogła iść i stukać.
Doktorzee!, woła Kleo. Wychylam się z okna.
Proszę? Pytam, a ona odwraca się do mnie i na mój widok rozpromienia. Tak, sypiamy ze sobą. Tak, mieszkamy osobno. Tak, daleko nie ma, przez drogę przejść i już.
Doktorze, Ślepnir chyba... Uciekł, powiedziała Kleo zatroskana. Ślepnir ot, tak by nie spierdolił, bez szans.
Próbowałaś go przywoływać? Pytam, a ona kiwa smutno głową. Biedulka. Pewnie chciała mu dać jakieś psie chrupki, czy coś. Dobre serduszko ma schowane pod tymi arbuzami ta Kleo Sewittz.
Faktycznie, spierdolił, powiedziałem gdy nie przybiegł na moje wezwanie.
Wejdź, zaraz go namierzymy. Kleo weszła, i moje eksperymentalne ćmy ją obsiadły, jak tylko przestąpiła próg.
Doktorze? Spytała Kleo, której każdy wolny kawałek ciała poza twarzą i dłońmi, pokrywały futrzaste ciemki.
Tak? Spytałem, nie odwracając się. Torowałem właśnie sobie drogę do terminala, żeby namierzyć psa.
Ciepło mi... Powiedziała Kleo słabym głosem. Ciepły dzień był, więc nie było w tym nic dziwnego. Odwróciłem się. I zamarłem.
Aaa, powiedz, że dzisiaj nie jest aż tak zimno.
Dzisiaj nie jest aż tak zimno, powtórzyła Kleo, a ćmy odkleiły się od niej i wróciły na obraz średnio znanego polskiego malarza Siemiradzkiego p.t. "Sprzedaż amuletów", który znalazłem na kupie gratów z domu Alfreda, a który jest idealnie rozmiaru dziury po szrapnelu, który przeleciał kiedyś przez pół mojego domu. Nie wiedzieć czemu lubiły na nim siadać.
Lepiej? Spytałem, patrząc jak Kleo mości się wygodnie na fotelu wśród swoich niemalże idealnych kopii, tyle że nieżywych i na ogniwo plastotermiczne.
Lepiej, odpowiedziała. Chociaż trochę dziwnie, przy tych wszystkich moich twarzach tutaj, doktorze, można je jakoś zasłonić?
Naciśnij przycisk z literką alfa, na panelu po prawej, powiedziałem. Panek, dobre sobie... Wiecznie rozkręcony, z wystającymi kablami panel, żywcem wyciągnięty z wyobrażenia technologii przyszłości z lat osiemdziesiątych. Jeden wampir go zajebał jak wychodziliśmy z jakiegoś muzeum... Ale to inna historia.
Kleo nacisnęła przycisk z grecką literą, i wszystkie STO model Kleo odwróciły się twarzą do ściany, wypinając, jeśli akurat miały, pośladki.
Och, doktorze...
Uśmiechnąłem się pod nosem. Postukałem w klawiaturę, aż mój własny chiński satelita namierzył Ślepnira. Był wioskę obok, koło jedynego we wsi banku.
Ślepnirek pod bankiem? A co on tam robi? Spytała Kleo, stając za mną i obserwując mrugający na mapie, czerwony punkcik z symbolem S.
Obawiam się, że trzeba po niego pojechać, powiedziałem. Chcesz jechać ze mną? Spytałem, a Kleo potwierdziła chęć skinieniem głowy. Coś mi się przypomniało...
***
Wsiedliśmy do mojego auta (upieram się przy samodzielnym prowadzeniu mojego/Maliny audi A4) i wyjechaliśmy na drogę do wioski obok. Droga była dosyć długa, kręta i mocno zniszczona, a pomiędzy lasami były łąki i pola uprawne. Razem, coś około pięciu kilometrów w linii prostej, czyli jakieś dwanaście cuzamen do kupy na liczniku.
Przed moim sprowadzeniem się tutaj była tu wioska, ale nikt z sąsiadów o tym nie chce rozmawiać i będę musiał kiedyś samemu zgłębić tę tajemnicę. Gdzieniegdzie widać wrośnięte w las kominy, resztki domów między drzewami, pokrzywione lub poprzewracane, zardzewiałe słupy wysokiego napięcia. Byłem w nastroju na zwiedzanie i odkrywanie tajemnic, ale pies ważniejszy. Kleo obiecała popytać wśród tych sąsiadek, które mogą nie być zabobonne i zechcieć odpowiedzieć. Aczwórka pruła po dziurawej drodze, kiedy usłyszeliśmy jakieś odległe pierdolnięcio-puknięcie i straciliśmy kwadrans. To znaczy... Droga jakby się wydłużyła o piętnaście minut, a nigdzie nie skręcaliśmy, nigdzie się nie zatrzymywaliśmy, nic. Vertigo trochę. Trzeba to będzie porządnie zbadać, oj, na pewno.
***
Po przybyciu na miejsce, Kleo z fotela pasażera zameldowała, że Ślepnir dalej znajduje się pod bankiem. Trochę trudno byłoby mi teraz się tam przedrzeć, zwłaszcza, że stały tam: karetka, dwa wozy policji, strażacy i, nie wiedzieć czemu, autobus pełen górników. I, że coś ją uwiera w pupę i w plecy. Zupełnie, jakby fotel był wypełniony klockami lego.
Klockami może nie, ale w środku, wewnątrz fotela poukrywałem pełne magazynki do pukawek, które miałem pod i za siedzeniami... A o czym zapomniałem, cholerka, jakbym miał pamiętać o wszystkim... Szajse.
Obiecałem Kleo, że w końcu przerzucę ten złom do bagażnika, a tymczasem trzeba iść odzyskać psa.
Przepraszam, powiedziałem do gliniarza, co pilnował chyba skrzynki pocztowej, bo o nią się opierał. Panie, co tu się dzieje?
Glina zerknął na mnie jak na debila, ale, żując gumę, odpowiedział: Napad jest. Jakiś facet wziął zakładników, czyli dwie facetki z obsługi, kilku petentów i dyrektora.
I co? Czemu nie szturmujecie? Spytałem, ale on już mnie nie słuchał. Bez słowa sobie poszedł. Dołączył do górników, strażaków i innych ludzi w podrywaniu Kleo Sewittz, która, jak gdyby nigdy nic, oparła się pupą o ciepłą maskę samochodu i robiła trik z włosami i przyciasnym podkoszulkiem. A po chwili trik z papierosem, trik z włosami i z "nie mam torebki, prawa jazdy ani telefonu, przepraszam". A gdy wszystkie oczy patrzyły już tylko na nią, zrobiła trik ze ściąganiem okularów przeciwsłonecznych i powietrze zrobiło się gęste. Niemal słyszałem, jak kilkanaście, jeśli nie kilkadzieścia par jąder produkuje plemniki na podwyższonych obrotach, a jakby ich rozebrać, to stado papużek miałoby gdzie przycupnąć. Na placu boju zostałem tylko ja i jakiś facet z radiem. Podszedłem do niego.
Co jest, kurwa? Pytam się go grzecznie, a ten tylko plecami do mnie i dalej coś po niemiecku do radia. Wzruszyłem ramionami i szarpnąłem drzwi do banku. Zamknięte. Oczywiście. Debil ze mnie.
Pojawił się facet, zdziwiony. Pokazałem mu, że jestem nieuzbrojony i że chcę być zakładnikiem. Facet zgłupiał, ale mnie wpuścił. Jak zamknął za mną drzwi, tak mi przyrżnął w ucho, że chyba straciłem przytomność.
***
Obudziło mnie bardzo nieprzyjemne doznanie: zakamuflowany w kominiarkę facet jedną ręką trzymał wycelowaną we mnie giwerę, a drugą trzymał fiuta i lał na mnie.
Co jest, kurwa, pojebany jesteś jakiś? Lejesz na jedynego człowieka, co chce ci pomóc? Kurwa, ja pierdolę! Zdarłem z siebie mokrą koszulę i koszulkę, demonstrując jemu i siedzącym na ziemi babkom, małolatom i emerytowi, moje rewelacyjnie wyrzeźbione nadwagą i siedzącym trybem życia ciało.
Facet zaczął coś wrzeszczeć i wymachiwać pistoletem, ale odkąd zobaczyłem w jego kaprawych oczętach, że się boi, uznałem, że chujek jest niegroźny i zacząłem chodzić po banku i szukać pieniędzy.
Co robisz, co? Co? I znowu podbiega do mnie i ciśnie mi tą gazówkę w skroń. Odepchnąłem go.
Pieniędzy szukam, kurwa! A ty po co tu przylazłeś, hę? O grzybach podyskutować czy na pedicure się umówić? Napad jest, trzeba kasę brać i zwiewać, a nie sikać na ludzi i wymachiwać bronią, jak debil! Przynosisz wstyd wszystkim przestępcom...! Miałem krzyczeć dalej, ale kopnął mnie w dupę tak, że krwiak zniknie najwcześniej na urodziny Kleo w październiku. Tak czy inaczej, zamknąłem się i usiadłem. Facet postanowił przejąć inicjatywę i zabrać mi komórkę. A na niej było mnóstwo skrótów i haseł, aplikacji do sterowania domem i czym tam jeszcze.
Wykręcił numer na policję, zaczął krzyczeć, że sprawa jest poważna, że ma zakładników, ale nie skończył, bo jak się odwrócił, to drzwi wybuchły i pozostało tylko go strepować i rozbroić...
Miał, osioł, ostrą amunicję. Czyli to ja jestem debil, co lekceważy zagrożenia. Tak, to by było to, myślałem, gdy rozbrajałem faceta z rewolweru z buta i groźnie wyglądającego noża spod płaszcza. Zapomniałem wspomnieć, że bydlak miał torbę, a w torbie kałacha? Na całe szczęście buc nie stanowił już zagrożenia, bo stracił przytomność, kiedy bojowo nastawiona paniusia w nieco zbyt krótkiej spódniczce i nieco zbyt małym staniku rzuciła w niego sporą donicą. Trudno! Teraz ja na niego siknę, ha!
***
Czułem się nieco dziwnie, gdy wkroczyły gliny, strażacy, Kleo i górnicy, a ja akurat stałem, goły od pasa w górę i oddawałem mocz na twarz i spodnie przytrzymywanego przez dziadków delikwenta. Gliny skuli go, pogrozili mi palcem, ale poczekali, aż skończę, jebańcy... Personel banku rozbiegł się sprawdzać, czy coś nie zniknęło, a ja przypomniałem sobie, po co tu właściwie przyszedłem. Kleo, otoczona wianuszkiem górników podeszła i tak mnie pocałowała, że kopidoły i babcie zaczęły klaskać, a zawiedzeni strażacy wyszli. Nie dość, że nie mieli nic do roboty, to jeszcze Kleo robiła trik z uniesioną nogą i przeczuwali, że nie poruchają, choć jak znam Kleo, mogli zaliczyć drugą bazę, i mieć termin na trzecią, czwartą i jedenastą.
Martwiłaś się? Spytałem, patrząc na to anielskie oblicze i przyciskając jej piersi do mojego nagiego torsu.
Martwiłam się, że możesz dostać odłamkiem, doktorze... Powiedziała anielica, której obuwie dzisiaj przekraczało nawet normy Kleo. Pewnie ją te górniki wzięły za jakąś gwiazdę porno, albo coś... W sumie wcześniej nie zwróciłem na to uwagi, ale jej stanik był wściekle różowy i wystawał spod pękającego w szwach, wypełnionego do ostatniej nitki podkoszulka z jakimś głupawym napisem typu Pole Star czy coś. Poczułem przyrost energii witalnej.
Kleo? Zagadnąłem.
Tak? Ona też zauważyła, a raczej poczuła wzrost sił życiowych. Napierał na jej brzuch, bądź co bądź.
Czy Ślepnir się znalazł?
Och, tak! Właśnie! Ledwo się wtoczył do samochodu, jak doktor wszedł do środka. Wyjaśniła, uradowana.
To lepiej spierdalajmy, bo mam złe przeczucia.
Dobrze, zgodziła się chętnie Kleo i przez nikogo nie zatrzymywani wyszliśmy z banku. Przed budynkiem stało kilku gliniarzy i jeden robił zdjęcia rozprutego od środka bankomatu, a kolejnych czterech zabezpieczało pannę Gertrudę Schneider, która rozwaliła drzwi do banku i teraz się awanturowała, że pancerfaust jest jej, policja nic nie robi tak samo jak przed wojną, że wstyd jak chuj przed całym światem i że bankomat to nie jej sprawka i mogą przeszukać jej torebkę.
Zrobiła się nie lada chryja, ale w końcu wsiedliśmy do auta, gdy już mnie przeszukali raz, na odpierdol, a Kleo bardzo dokładnie i wszyscy obecni na miejscu mundurowi.
A potem pojechaliśmy z powrotem do domu, gdzie Ślepnir czknął i wypluł kasetę z bankomatu prosto na mój mały palec. Więc jestem uziemiony na najbliższy tydzień, aż opuchlizna zejdzie i pojawi się nowy paznokieć.
Nigdy więcej nie powiem przy nim, że czegoś nie mam.

Don't be the product, buy the product!

Schweinderl