Tumblelog by Soup.io
Newer posts are loading.
You are at the newest post.
Click here to check if anything new just came in.
22:58

Penny Pulp #22 - Odpust we wsi


U mnie we wsi, mimo że nie ma kościoła, emerytowane proboszcze które mają domki pod lasem, organizują co roku odpust pod kapliczką. Zachęcam każdego, żeby przyjechał i to zobaczył. (Odkąd się tu wprowadziłem, jedyni ludzie-ludzie z którymi utrzymuję kontakt, to sąsiedzi, rodzice, kilku dawnych znajomych i nieliczni ci, których spotkam na swej drodze i jakoś kontakt zaskoczy. Cała reszta, czyli gruba większość to jakieś wampiry, alpy, banshee, wilkołaki, chysarny, pajkołce i co jeszcze. I im też mówię: Przyjedź przyleć przyleź na odpust pod kapliczką, stary, to najlepsze, co może cię spotkać w tym i tamtym życiu.)
Przygotowania zaczyna się od tego, że kilka dni wcześniej sędziwe dziadki w sutannach objeżdżają na rowerach całą wioskę w poszukiwaniu wypożyczonych parafianom ławek i parasoli ogrodowych. Te bardzo często zmieniają właścicieli, więc staruszki księża muszą się napedałować, żeby odnaleźć coś, co było na przykład u Malinki, który pod księżowskim parasolem kradzione auto przed panem Bogiem chował... Stary, dobry Malinka.
Potem, jak już znajdą te wszystkie parasole, zjeżdżają pod las, żeby pożyczyć od starego Wojki traktorek z przyczepką, żeby to przewieźć na miejsce docelowe, czyli na trawnik pod opuszczoną chałupą pod kapliczką. Opuścili ją (chałupę) podobno jeszcze przed wojną jacyś Żydzi czy inni Polacy, ale spadkobiercy w dupie mają i stoi, niszczejąca, rozkradziona ruina. Raz do roku sołtyska wjeżdża w chaszcze przed domem kosiarką, żeby msza odpustowa pod gołym niebem mogła się odbyć w jako takich warunkach. Tak byłoby i tym razem, tylko że stary Wojka wykitował cztery miechy temu, a spadkobiercy przyjechali ciężarówkami i wszystko, co było z metalu roztargali na złom. Z kaloryferami włącznie. A na złomie jest facet, który ci nawet gwoździa nie sprzeda, bo wpadł w pułapkę chciwości i przydasiości. To znaczy: Rury, pręty i byle gówno ci sprzeda, ale nigdy nie to, co chcesz kupić... Jeszcze się nie zdarzyło. Ale czasem da coś za darmo, w przypływie dobroci. Ja na przykład przyszedłem po młotek, a dostałem ozdobną, zardzewiałą misę i złamany pogrzebacz. Tak więc raczej traktorek starego Wojki będzie stał, aż facet ze złomu się przekręci, albo rozsypie ze starości (on lub traktorek), a wtedy można jedynie mieć nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto ten bałagan posprząta. Teraz przybiega do mnie sąsiadka (nie Kleo, jak raz), zdyszana wpada mi przez furtkę, biegnie w laciach przez podwórze, drogę podjazdową jak raz czystą i niezajebaną gratami. Biegnie, Aldona, matka dwójki dzieci, przykładna żona, zawsze uczesana i umalowana pani z piekarni, przez moje podwórko. Aż się banshee zainteresowało i z cichym łopotnięciem sfrunęło ze szczytu dachu i zawisło pod stropem otwartej stodoły. Otwartej, bo wyjebałem drzwi, nie ma Alfreda - nie będę odbudowywał. Na szczęście Aldona nie z tych kumatych co patrzą w górę.
Doktorze, doktorze! Doktorze! Podbiega do mnie i szarpie mnie za rękaw. Prawie sobie przyspawałem rękę do rury... Wyłączyłem gaz, ściągam maskę, tylko po to, żeby ujrzeć zatroskane oblicze mojej sąsiadki. I jej chyba w połowie niedoskubane brwi. Patrzę na nią, a ona klapki, rybaczki, w jednej ręce pęseta, a drugą mnie pyrga, wcale nie przejęta czarnym dymem, który unosi się w powietrzu i za nic nie chce spierdalać.
No? Mówię do tej naruszaczki własności prywatnej i miru domowego.
Doktorze, doktorze, księdze potrzebują pomocy, bo staremu Wojkowi się umarło, traktorek przepadł, a teraz żniwa i wszystkie traktory na polu! Wykrzyczała mi w twarz Aldona Mazurek, czy tam Mazurkiewicz. Nigdy nie wiem.
No i? Pytam, bo nawet jestem ciekaw, co chce powiedzieć.
No, i ni mocie tam jakigo traktora w tej waszej stodole czy inym hangarze? Ni zostawieł wom stary Rosborg czegoś, co by można było do prziczepy i z prziczepom te one parasole zawjyś? Przeszła płynnie na Oberforscki.
Chcesz żebym woził księdzom graty po wsi moim ciągnikiem, tak? A co sołtyska na to? Pytam, bo jak ostatnio wyjechałem tylko na moment moją spycharką na bazie czołgu na drogę, to udzieliła mi reprymendy, a przecież nikt nie zginął, a kierowca ciężarówki tylko jedynki stracił, jak wyrżnął mordą w kierownicę. Kazał im ktoś tak wypierdalać przy ograniczeniu do czterdziestu?
Jo sie Edeltrautą zajmne, ino prosza wos doktorze, gibko, bo te sprzynty zaroz sie pogubiom nazot! Powiedziała, energicznie wymachując rękami.
Dobra, dobra, idę. Tylko żeby nie było że nie ostrzegałem...
***
Następna godzina przyniosła kilka nie lada wyzwań i wydarzeń, które byłoby mi bardzo ciężko przeżyć, gdyby nie to, że siedziałem w czołgu, a wspierała mnie (licząc od siły wsparcia): Kleo, Aldona, zastęp siwych księżulków, sołtyska i horda wiejskich cwaniaków w wieku od lat sześciu do czterdziestu dwóch.
Najpierw opróżniłem przyczepkę, w której miałem różne graty (głównie jakiś złom) na swój podjazd i kazałem Ślepnirowi pilnować. Potem wyjechałem moim spychem i byłby się zrobił straszny klops, gdyby nie przyszła Kleo Sewittz z gotowym pomysłem. Trzy telefony i kilkanaście stuknięć wysokich obcasów Kleo - i ciężarówki i inne pojazdy muszą objechać Oberforst bocznymi dróżkami. Sołtyska postawiła znaki objazdu, i teraz wszystko w rękach pana boga i księży, żeby nikt nie był mądrzejszy.
Wjechałem tym czołgiem na różne podwórka, taranując niejedno rozsypujące się ogrodzenie. Na górze, obok włazu, siedzieli księżulkowie, którzy pokazywali drogę i błogosławili tych, którym się nie chciało dupy ruszyć i samemu oddać tych kilku parasoli i kutych ławek. A skarżyć się mogli całemu światu, bo sołtyska na miejscu, a wójt gej i wilkołak i mogli nam naskoczyć. Powstała księga zażaleń, którą po imprezie miałem dostać na pamiątkę.
Rosnąca horda wiejskich cwaniaków podążała za nami, ćmiła papierosy i dłubała słonecznik. Jej uczestnicy i uczestniczki robili mądre, cwaniakowate miny i gadali takie rzeczy, że ściskało w środku, że człowiek nie może ich po prostu rozjechać. Wiecie, ten typ, co rzuca kamieniami w twój samochód, a jak spytasz, o co mu chodzi, to mruży oczy i zaciąga się petem. Parę razy dałem takiemu jednemu czy drugiemu gówniarzowi po pysku, więc nauczyli się trzymać bezpiecznej odległości i pojawiać w dużej grupie.
Gdy już zebraliśmy do kupy wszystkie ławki i parasole, księżulki zadecydowały, że w tym roku te bumdersznyce, kapcany i kozojady ze wsi nie zasłużyły na parasole i kazali odwieźć parasole pod te ich domki pod lasem. Na tej dróżce się ledwo dwa czinkłeczenta wyminą, a teraz jechał na wprost mnie któryś z tych zjebów Baumanów czy Fullerów, swoim nowym mercedesem. Życzyłem szczęścia, rodzina Baumanów czy tam Fullerów krzyczała, a ten Wojtek czy też Waldek w porę się opamiętał i wbił wsteczny... Idiota do ostatniej chwili myślał, że jak będzie ziewać, krzyczeć, trąbić i robić naburmuszone miny, to się zatrzymam, przeproszę i zawrócę.
Ha! Ale się zdziwił! Krzyczało, wymachiwało rękami i robiło obraźliwe gesty pół tysiąclecia doświadczeń w postaci sześciu dziadków w sutannach, którzy się rozsiedli na górze i przeżywali najlepsze chwile swojego życia. Pozostali dwaj spali na przyczepce.
Gdy już wszystkie parasole zostały odwiezione na miejsce, wszystkie ławki zostały wyładowane z przyczepy... chciałbym powiedzieć, i wreszcie był spokój. Ale nie.
Do wyładowywania ławek z przyczepy, sołtyska zaprzęgła cwaniaków i przypadkowych przechodniów, którzy zaoferowali pomoc w organizacji przedsięwzięcia. Tak się guzdrali, że uznałem, że mam to w dupie i wracam do domu. Odłączyłem przyczepę i pojechałem z powrotem do domu. Albo byłbym pojechał, gdyby cwaniaki nie poodwracały znaków objazdowych. Teraz pod moim domem stała ciężarówka, a za nią druga, trzecia, piąta i aż do drogi z lasu.
Wkurwiłem się nie na żarty. Wycofałem maszynę i zastosowałem zasadę odpowiedzialności zbiorowej: Wjechałem na podjazd świętej pamięci Alfreda, gdzie teraz mieszkali Neckerowie, przejechałem dróżką aż do końca działki, po czym staranowałem ich ogrodzenie i wjechałem do siebie. Neckera i jego żony nie było, córka na koloniach czy coś, a mały był w bandzie z resztą dzieciaków i był zajęty mokrymi marzeniami o Kleo, jeśli akurat czegoś nie psuli albo nie kradli komuś owoców. Zostawiłem spycharkę w ogródku przed hangarem i poszedłem w stronę domu, żeby zaznać trochę spokoju.
I co? I mały Necker razem z tymi gówniarzami, którzy mieli dość dużo bezczelności i bardzo mało oleju w głowie, buszowali w moich jeżynach, zrywali moje jabłka i myszkowali w mojej stodole. W biały dzień!
Krew mnie zalała.
***
Weź ino te najczerwieńsze! Tyn chuj prędko nie wróci!
Pewnie dyma tą Kleo!
W ta wielko rzić jum dupi!
Hahaha!
Ostrężiny, kurwa, zbierej, Kazik!
Jo to yno rozpierdola i pitomy!
Krzyczeli do siebie gówniarze, a jeden z nich mocował się z tungstenową kłódką do pomieszczenia, w którym trzymałem prawie wszystkie nielegalne pukawki, jakąś gorzałę, c4 z claymorów... Takie rzeczy. Hoffmana znalazłem za krzakiem. Był przerażony.
Co jest, Hof? Co się chowasz za krzakiem, jak nas rabują? Ikry nie masz, żeby ich wystraszyć?
Hoffman popatrzył na mnie z bólem w wielkich oczach. Najwyraźniej odezwały się w nim instynkty rodzicielskie, więc był w obecnej sytuacji taktycznej użyteczny jak łopata z plasteliny. Ślepnir odszczekiwał złomiarzy, którzy usiłowali skorzystać z mojej otwartej bramy i nieobecności i zajebać złom ze sterty na moim podjeździe. Kleo nadzorowała i chwaliła pracę przymusowych ochotników organizujących podest obok kapliczki, a sołtyska z wójtem odpierali słowne ataki wszystkich, którzy mieli coś do powiedzenia. Byłem sam jak palec w tym wszystkim i nie bardzo miałem możliwość zastrzelenia tych gówniarzy. A opcja z przeganianiem ich raczej nie wchodziła w grę - w ogólnym chaosie łatwo było coś lub kogoś przeoczyć. Byłem w kropce.
***
Zazwyczaj tak jest, że rozwiązanie problemu leży w zasięgu ręki, jest pod ręką, albo nie wiadomo, w co ręce wsadzić... Dzieciak buszujący w moich jeżynach nagle zbladł, rozpędził się i dobiegł do stodoły, w której myszkowali gówniarze. Zatrzymał się i zwymiotował, płacząc, barwiąc na jeżynowo swój biały tiszert Nike. Pozostali przerwali buszowanie i obśmiewali go równo, trzymając się za boki.
Hłehłehłehłe, paczcie, Aadam się zerzyygał! Zaintonował jeden, a reszta podchwyciła temat. Wymiotujący chłopak śmiał się, rzygał i płakał, jednocześnie próbując tłumaczyć.
Re... Ręka. Powiedział.
Renka? Swoją starą zobaczyłeś i się zerzygałeś?
Powąchoł jyj cipa i go zmuliło!
Haha!
Adama stara nie myje cipy, ahaha!
Wtem ten wymiotujący wystartował, złapał tego, który zasugerował, że mama Adama może olewać higienę i przyłomotał mu w nos, aż chrząstka zatrzeszczała. Pozostali usiłowali rozdzielać, ale Adam, jako najstarszy z całej bandy, szybko ich rozłożył celnymi kopniakami, stereo i wykręconymi rękami, więc sytuacja rozwiązała się sama. Złapał kombinerki walające się na ziemi i poszedł w stronę jeżyn. Opportunity knocks! Wykorzystałem tą chwilę na związanie trytytkami (w stodole mam w KAŻDEJ szufladzie) tych pieprzonych gówniarzy, zakneblowanie i wrzucenie do kanału w garażu. Cała akcja zajęła mi dwie minuty, a Adam przyszedł po trzech. Akurat zdążyłem oprzeć się o wrota stodoły, jak wrócił z odciętą ręką, którą znalazł w jeżynach.
Potrzebujesz pomocnej dłoni, chłopcze?
Zobaczył mnie, rzucił eksponat numer jeden na ziemię i zaczął spierdalać, ale niestety wybrał sobie drogę przez główną bramę, a tam był Ślepnir, no i koniec końców chłopak jednego dnia i się obrzygał, i obsikał, i pofajdał.
Nie bardzo wiedziałem, co zrobić z tymi związanymi gówniarzami w kanale w garażu, więc postanowiłem zapytać pani sołtys. W tym celu udałem się pod kapliczkę, gdzie w cieniu rozłożystego kasztana stały i plotkowały Kleo, sołtyska i przeróżne baby ze wsi. Kleo wyglądała przy nich jak striptizerka aplikująca do koła gospodyń wiejskich, ale jakoś to wychodziło bez kwasów. Może dlatego, że Kleo była najmilszą i najpogodniejszą osobą, jaką można sobie było wyobrazić, a baby znały ją od dziewczynki.
Pani sołtys, można prosić na stronę? Mam istotne pytanie dotyczące przebiegu jutrzejszej imprezy i chciałem się skonsultować...
Dobra, dobra, doktorze. Co jest? Co potrzeba?
Trzeba dać nauczkę paru gnojom... Wie sołtys którym. Pomyślałem, czy nie chciałaby sołtys jakoś... Pomóc? Czy mam sam?
Patrzyła na mnie chwilę, chyba usiłując wyczytać z mojej twarzy, czy mam na myśli wystrzelanie strażaków-pijaków, wysadzenie mercedesa Baumanowi czy inną wendetę, której scenariusz się pisał sam od ostatnich lat, jak tu mieszkam.
Patrzyła i patrzyła, aż w końcu kiwnęła głową i poprosiła, żebym nie zakłócił uroczystości odpustowej, a poza tym ona gotowa mi medal dać za czynności wychowawcze na rzecz gminy i zaraz przekaże sprawę wójtowi, który akurat pojechał po lody do marketu obok i zaraz wróci. Kleo spytała tylko, czy wszystko okej, dała mi buziaka i wróciła do pogaduch o jabłecznikach, posypkach i sernikach. I weź nie kochaj takiej. Weź.
***
Uznałem, że warto się przygotować do następnego dnia na tyle dobrze, żeby wszystko grało i nie było żadnych zgrzytów w postaci myszkujących po piwnicy ekip poszukiwawczych poszukujących wrednych gówniaków, więc, asekurowany przez Ślepnira zszedłem do kanału i zabrałem komórki tym gówniarzom, którzy je mieli, a przy okazji trochę ich postraszyłem różnymi łuhuhuu i innymi wrr grr. Telefony przerzuciłem przez płot, w strunowym worku do basenu Neckerowi. A niech się zastanawiają i robią poszukiwania, ha! Debile. Tego mogłem nie przemyśleć, ale już było po fakcie i dupa jaś.
***
Co można zrobić z pięcioma gówniarzami, których chce się okrutnie ukarać, ale bez okaleczania fizycznego? Musiałem trochę pomyśleć. A najlepiej myślało mi się u Kleo. Zazwyczaj normalnie wchodzę do niej do domu, ale tym razem coś mnie tknęło i zapukałem.
Otwiera mi Kleo drzwi i mówi że to nienajlepszy moment, bo kilkoro dzieci zaginęło, mrugnięcie okiem, we wsi i trzeba zorganizować akcję, mrugnięcie okiem i trzepot rzęs, poszukiwawczą, i że w jej salonie siedzą baby i lamentują.
Kleo, słonko, kochanie, te pieprzone wsiowe gówniaki są u mnie w garażu, mówię szeptem do Kleo.
Wiem, doktorze, Amelia mi powiedziała, odpowiedziała mi Kleo szeptem, demonstrując mrugnięcie okiem. Ach... Ale zaraz?!
Jaka Amelia? Zdurniałem. Mamy nową sąsiadkę?
Banshee! Syknęła Kleo mi do ucha, aż "szii" z banshee prawie wyleciało moim drugim uchem.
Nie pierdol, że moje skrzyżowanie pontonu z nietoperzem ma na imię Amelia, wykrzyczałem szeptem do ucha Kleo.
Co?
Nie gadaj, że moje... banshee, tak, ma na imię Amelia, powiedziałem nie szeptem, ale bardzo zniżając głos do właściwie mruku.
Tak ją nazwałam, jak byłam u doktora przed półgodziną, szukać doktora i pytać, co doktor planuje na dziś wieczór... Zrobiła lekko łobuzerską, przygryzając palec w uśmiechu, minę.
Kleo, dlaczego dałaś imię temu skórzanemu namiotowi?
Pomyślałam, że będzie miło móc o niej mówić inaczej, niż tak jak doktor ma w zwyczaju... To w końcu członek naszej rodziny, prawda?
Kurwa mać, Kleo miała rację. Powiedziałem jej to, ucałowałem szczerze i solidnie te pełne usta i odbiegłem w stronę stodoły Alfreda, skacząc przez płot Neckera i biegnąc na skróty przez jego starannie na kratkę przystrzyżoną trawkę. Necker, debilu, gdybyś wiedział...
Hoffman! Hoffman! Jesteś tam? Zapytałem półszeptem, pukając we wrota stodoły. Hoffman!
***
Hoffman, kurwa!
No idę, już idę... Otworzył drzwi. Co jest, doktorku? Spytał, naśladując królika Bugsa. Tylko w najlepszym wypadku chrupałby czyjąś piszczel.
Gówno!
Hmm? Spytał, unosząc coś jakby brwi.
Nie wiesz, czy Bartoszowie mają jeszcze szambo?
***
Kleo, ja i kilkanaście osób ze wsi chodziliśmy przez pół nocy po różnych zakamarkach okolicy, (punktach widokowych oraz stałych miejscówkach tych, którzy potrzebują łona natury) poszukując zaginionych gówniarzy. Namierzaliśmy nawet sygnały ich telefonów, które znalazły się, szok, w basenie u Neckerów. Pani sołtys zajrzała im w okna, ale po dzieciach nie było śladu. Kleo i ja odłączyliśmy się od poszukiwaczy w okolicy trzeciej w nocy, żeby zażyć choć trochę snu przed jutrzejszym misterium...
I nie udało się, ale to inna historia, zupełnie nie dla dzieci.
***
A następnego dnia wioska zamieniła się w latający cyrk w płonącym burdelu w suterenie nad fabryką galaretki.
Pola, trawniki, nieużytki i pobocza w całej wsi i okolicy, zmieniły się w parkingi dla niezliczonych passatów, golfów, atrójek-czwórek-szóstek, beemwu i mercedesów. Większość na blachach z Reichu, choć zdarzyło się kilka miejscowych, którym zatarasowano wjazdy do domów i musieli zostawić swoje volkswageny przed domem. Każdego szkoda. Ja uznałem, że się nigdzie nie wybieram, ale na wszelki wypadek zostawiłem malinkową aczwórkę na podjeździe, jakbym potrzebował na już pojazdu.
Każdą wolną przestrzeń na poboczach, rantach i chodnikach, zajmowały budy, namioty i stoiska z najprzeróżniejszym dziadostwem, wagony ze strzelnicami, nawet ktoś przyjechał i Malince na placu karuzelę postawił. A sam Malinka wszystkie samochody staremu Brzezinie pod las wywiózł, w obawie że poprzedni właściciele mogliby rozpoznać swoją zagubioną własność, a na umowie kupna-sprzedaży nie rozpoznać swojego podpisu.
Punktualnie o dziewiątej rozpoczęło się nabożeństwo, które jednocześnie po polsku, śląsku i niemiecku prowadziło ośmiu księży, z których najmłodszy miał trzydzieści dziewięć lat, a pozostali średnio osiemdziesiąt pięć. Jako, że nie uzgodnili ze sobą, kto mówi, kiedy, co i po kim, przepychali się i popychali, wyrywali sobie albę, mikrofon i inne utensylia, a jak doszło do komunii, to młody ksiądz nie wytrzymał: wybuchł, opieprzył i rozstawił wapniaków po kątach, rozsadził jak dzieci i skończył mszę ekspresowo. Siedzieliśmy z Kleo (która na ten dzień miała dwa kucyki, białe podkolanówki i wyglądała jak, ekhem, ekhem, uczennica ze szkoły, do której każdy pragnąłby chodzić - albo jak gwiazda wieczoru kawalerskiego) w pierwszej ławce i bawiliśmy się setnie. Ja miałem popcorn, a Kleo... Jednego z tych długaśnych lodów na patyku. Jak przyszło do klękania, to większość ludzi wstrzymała oddech, a jeden klecha musiał usiąść. Po mszy świętej wszyscy klaskali, a te klechy które nie zasnęły na miejscu, popędziły prosto do Kleo, błogosławić, ślinić się, sławić zamysł pana boga i rozdawać obrazki. Młody księżulek machnął na nich ręką, poszedł po watę cukrową i słuch po nim zaginął. Do dziś emajej, czyli zaginiony w akcji. Pewnie zrzucił sutannę i nadrabia... Ja bym tak zrobił.
***
Potem cała horda Polaków, Niemców, niemieckich Polaków, Ślązaków i wszelakich pomiędzy, poszła w ogródki piwne, w budy z petardami, futermelokami, szklokami, w karuzele, strzelnicę i jeszcze coś. Kleo od razu obskoczyli panowie ze złotymi łańcuchami, ajfonami, z trajbalami na wypakowanych ramionach i kluczykami do audic i passatów. I dawaj, prześcigać się w bicepsie, prestiżu, zwinnej gadce i światowym obyciu. A Kleo... Cóż, jak to Kleo, uznałem, że sobie poradzi i poszedłem do Malinki go powkurwiać. Malinka akurat targował się z jakimś Niemiaszkiem o butlę gazową. Szły nichty, najny, warumy, arbajt macht fraje, ciklonnen be wam jebanym niemcom i szajse polniszen interesen.
Ich habe nicht cuzamen zwei kleine gelaufen, bitte nicht deutsche banditen im meine oktoberfest!, odzywam się do Niemca, klepiąc jowialnie Maliniaka po plecach. Niemiec, facet ostrzyżony i z brodą, siwy, zbladł, choć był opalony jak bauer. W sensie jak farmer. Patrzył na mnie, na Malinę, i robił gest niedowierzania.
Malina, co ty odpierdalasz, pytam grzecznie handlarza, czemu Niemcowi butli nie chcesz sprzedać? Idiota ma punkt wymiany. A Malinka, który generalnie znosi mnie dzięki Kleo i chyba tylko dlatego, burknął coś, że nie chce powtórki z rozrywki i żadnemu Niemcowi gazu nie sprzeda, bo a nuż znowu się zacznie i to do niego będą pierwsi z pretensjami. Kupiłem od niego tą butlę, dogoniłem Niemca i uroczyście mu ją wręczyłem. Skonfundowany facet dziękował mi i dziękował, że on kompoty gotuje na kuchence, i że ma tu sad a w nim dziesiątki baum drzewek, żona frau i córka madsien zbierają, on obiera, i dziękuje mi i dziękuje, prawie się chłop rozpłynął w podziękach. Ktoś nam nawet zdjęcie zrobił, a potem to się zaczęło, każdy z komórką, ajfonem ajpadem i aparatem robił zdjęcia mi i facetowi, nawet jak się rozeszliśmy. Później się okazało, że to jakaś szycha z Bayernu, Aldiego czy innego Bundestagu i faktycznie dałem gaz Niemcowi u władzy... Ale z drugiej strony, co za różnica?
Malinka zniknął z horyzontu, Kleo korzystała z powodzenia i patrzyła z uśmiechem, jak zastęp trajbalowców po kolei startuje w szranki w strzelaniu z wiatrówki, kupowaniu lodów, waty cukrowej, misiów, plastikowych dinozaurów i innych dupereli, ale pomachała mi, więc uznałem, że świetnie się bawi i jakby co, to mnie znajdzie.
***
I na to wszystko wjeżdża nie kto inny, ale Liga Narodowa, czyli super hiper ekstra ultra prawicowa ekipa motocyklistów, których największym jak dotąd dokonaniem jest niszczenie dwujęzycznych znaków i spuszczenie wpierdolu Bronkowi Mullerowi, który nawet po niemiecku nie mówi.
Szanse były wyrównane: Dziewięciu motocyklistów w skórach, glanach i z łańcuchami rowerowymi vs. dziesięciu trajbaldresów w japonkach, polówkach i ze złotymi łańcuchami.
Ludzie zaczęli się wykruszać, przerzedzać, znikać w ogródkach piwnych, zaułkach, samochodach. Ktoś w popłochu przewrócił stoisko z kukurydzą, jak buchnęła para... Nagle zrobił się z tego kadr z filmu.
I pomiędzy dwiema, stojącymi naprzeciwko siebie grupami, przedefilowała, kręcąc wydatnym tyłeczkiem Kleo Sewittz, nie zaszczycając spojrzeniem ani jednej, ani drugiej ekipy. Przeszła obok nich, do mnie, złapała mnie za rękę i pociągnęła ze sobą do domu. I właściwie tyle wyszło z mojej realcji wielkiej bitwy, nic więcej nie było mi dane zobaczyć. Przez jakiś czas w ogóle mało widziałem, bo twarz miałem sukcesywnie wciskaną między różne, ekhem, części ciała, które występują parami. Nie, żebym narzekał.
***
Gdzieś trzy godziny później przypomniałem sobie o gówniarzach, więc poszliśmy z Kleo do wsi akurat na czas, żeby "odnaleźli się", upici tanim winem, obtargani, w częściowo odpompowanym szambie zdziwionej rodziny Bartoszów, pod sceną zespołu wiosko-polo "dj Mariush Superdance". Śmiechom nie było końca, żaden nie pamiętał, co mu się stało, ale śmierdzieli tak przestrasznie, że sołtys kazał strażakom ich wywieźć na pole obok i potraktować armatką. Źli motocykliści zniknęli, tak samo karki w klapkach, gdy totalnie zagubieni przejeżdżający autobusem kibice Polonii czy innej Legii zatrzymali awaryjnie autobus, wybiegli z niego i chcieli wjebać jednym i drugim. Odpust skończył się definitywnie około siódmej, gdy ostatni względnie trzeźwy z wiekowych księży postanowił udowodnić wójtowi, że czuje się młodziej, niż wygląda. Przez nikogo niepodpuszczony (ale też i niezatrzymywany), wspiął się na karuzelę, zwisł na rękach... i zleciał z niej, bardzo efektownie zmieniając stoisko ze szklanymi bibelotami w miejsce nieudanego lądowania i, ostatecznie, w miejsce, gdzie zwalili się wszyscy ludzie świata. Najpierw gapie, potem policja i karetka, potem koroner-pijaczyna, potem na końcu jakieś dziwne konklawe się z tego zrobiło...
Krótko mówiąc, zjechały się chyba wszystkie klechy, mohery i oazowa młodzież z całego regionu. Malinka ma teraz chóry, drogi krzyżowe i różaniec 24/7 na placu pod domem, karuzela nie ma jak wyjechać, bo wszędzie kwiaty, znicze i ludzie w śpiworach. Może spokornieje jak się dowie, że mu kapliczkę z kurantami postawią i będzie miał bimbambomy trzykroć na dobę.
Tyle wrażeń! Jeszcze nie zamietli ulicy, a ja już ciekaw jestem, co za rok wymyślą. Już dzwonimy z Kleo do wszystkich i zapraszam na przyszły rok.
A następnego dnia, czyli tydzień po imprezie przyszła delegacja wójta i sołtyski i wręczyli nam ordery, medale, symboliczne pieniądze i kwiaty, ja za "Pomoc W Organizacji Uroczystości" i "Wychowawstwo Gminne" a Kleo za "Nieustającą pomoc oraz inspirację, na drodze ku lepszemu gminy Oberforst".
A Malinka dostał przedsądowe wezwanie do zapłaty za przetrzymanie karuzeli i mandat za naruszanie spokoju w miejscu publicznym.

Don't be the product, buy the product!

Schweinderl