Tumblelog by Soup.io
Newer posts are loading.
You are at the newest post.
Click here to check if anything new just came in.
23:04

Penny Pulp #25 - Niespodzianka z ogłoszenia, czyli międzygatunkowa miłość


Przychodzi do mnie periodyk (bo nie miesięcznik, kwartalnik ani nic, jak wychodzi to wychodzi) "Vesen". To flagowe czasopismo robione przez nieludzi dla nieludzi, a że mam wtyki w środowisku, to mam prenumeratę i nawet nie musiałem nikogo błagać. Z uwagą i prawdziwą przyjemnością czytuję artykuły, zwłaszcza te o zdrowiu (10 zdrowych szejków z wilczomlecza), urodzie (liniejesz? Łuszczysz się? Sprawdź nasze receptury, maście i dekokty), a nawet o sporcie (Wilkołak Hampton znowu pierwszy w lidze!), jednak creme de la creme każdego numeru to artykuły o ludziach (nie-nieludziach) i ogłoszenia, w tym oferty sprzedaży wysyłkowej.
Ostrożnie dozuję sobie informacje; czytam najpierw te najbłahsze dupsy: kto redagował, kto okazał się nieludziem a kogo zabili, jakieś duperele o modzie i futrach z nietoperza. Potem koniecznie muszę trochę znudzić się sportem i różnymi recenzjami, jak co i gdzie i kiedy warto przeczytać, zjeść, zrobić, zobaczyć. A potem, później, niejako w ramach deseru, czytam ogłoszenia. Na odpoczynek zostawiam ludzi i ich śmiesznostki.
W ostatnim numerze, w ogłoszeniach, było szczególnie jedno które przykuło moją uwagę: "Oferta-wielka niespodzianka dla odważnych i doświadczonych hodowców owadów latających, tylko poważne oferty, numer telefonu". Hm. Owady latające to też trzmiele, więc postanowiłem, że przedzwonię. Automat nagranym głosem kazał wysłać kartkę pocztową z adresem zwrotnym na adres, co sprawdziłem potem, kamieniołomu w jakiejś zadupiastej góralskiej wiosce. Jakieś Czeszkowice czy inna Gąsienica Górna, nigdy nie miałem pamięci do takich bzdur; wysłałem i o tym zapomniałem. Pochłonęły mnie kolejne ogłoszenia, w tym na całą stronę, cyrkowo-westernową czcionką:
SSAŁA CI KIEDYŚ KIM? Tak? A KANYE? I kilkanaście zdjęć, cennik, oferta paintballu, bilardu, chujwieczego dla firm, korpo i osób prywatnych, wieczorów kawalerskich i zapoznawczych etc etc., a wszystko w knajpie "Mała Katowicka".
Ha! Oczywiście strasznie mnie zawsze cieszą losy moich STO model Kim, które obciągały już chyba wszystkim, bo chyba każdy już miał okazję, wiem co mówię, i ostatnio to Jajkovich zamówił kolejne pięć sztuk do swojego lokalu, co daje tam razem tuzin, przez co reklamowana tu Mała Katowicka jest najpopularniejszym miejscem w regionie, mimo, że jest na totalnym zadupiu a parkować trzeba na łące sypniętej żwirem. Nie wiedziałem tylko, że ten stary pedał Jajko takie coś otworzy... To po to mu był Kanye West, ha! Wszystko jasne. Z drugiej strony Właściwa i Prawdziwa Kim już dawno się poddała i ponoć siedzi gdzieś w oddziale zamkniętym w Iowa i się kiwa w tył i w przód, co również wyczytałem z sekcji plotkarskiej na stronie ósmej. Ha! Robotyka i pornografia to przyszłość! ...a jak to mówiłem ludziom w szkole i później, to pukali się w głowę i mówili że zwariowałem.
W każdym razie zawsze, jak mi listonoszka przyniesie nowy numer "Vesena", to mam o czym myśleć przez cały tydzień, oraz co robić do końca dnia. Albo na odwrót.
Niestety, "Vesen" wychodzi tak nieregularnie, że po tygodniu utonął w morzu papierów na stole a ja zapomniałem już, że coś zamawiałem z ogłoszenia. Zazwyczaj jak coś zamawiam, kurier dzwoni o ósmej rano, żeby się upewnić, czy na pewno będę w domu, żeby mu pomóc... Ostatnio mnie nie było i musiał sam wyładowywać, "co nie wchodzi w zakres moich obowiązków, panie Okropny, proszę to sobie zapamiętać raz na zawsze!"... A przecież chodziło tylko o jakieś głupoty, typu tylna kanapa do merca, kompletna piasta do Stara i dwudziestokilowy, ostreczowany wór kulek z łożysk. Nic, czego człowiek by nie dźwignął.
Tym razem wróciłem z szczepienia rodziny wilkołaków i nadzorowania rehabilitacji Króla Szczurów taki zmęczony, że gdyby nie pies, to byłbym się zabił! Ale do rzeczy: zazwyczaj bowiem po dyżurze wchodzę do domu, łykam zimnej herbaty z rana i walę się spać, bo padam na pysk. To wszystko po ciemku, bo banshee sypia teraz ze Ślepnirem jak mnie nie ma, i ostatnio jak zapaliłem światło, to w szoku prawie wyleciała przez ścianę. Niby pochodna homo sapiens, a głupie to takie...
Tak czy owak, wszedłem do domu po ciemku, i gdyby nie Ślepnir, wyrżnąłbym głową w ścianę, a tak to wylądowałem na psie, co go uszczęśliwiło okropnie, o czym dowiedziałem się godzinę później, gdy jego merdający, skrzypiący na czterech serwach ogon na dobre wyrzucił mnie z kocyka. Zwlokłem się z psa i wgramoliłem na stół, na którym, oprócz planów i bionicznych rąk do super tajnego projektu, nie było niczego. Zasnąłem w ułamku sekundy.
Gdy się obudziłem dwie godziny później, było już dość jasno. Na tyle jasno, by dostrzec ciemny kształt leżący w przejściu. Kurier zapewne wszedł przez otwarte drzwi, postawił przesyłkę TUŻ za drzwiami, abym NA PEWNO ją odnalazł... Stary kutas. I odnalazłem, organoleptycznie, empirycznie wręcz, jak się o nią potknąłem i poleciałem do przodu. Chwała najwyższemu, że akurat Ślepnir tam się rozłożył, a nie jeżozwierz.
***
Postanowiłem zbadać paczkę. Owinięta była w jakiś dziwny papier, niby, kulista jakaś taka, zupełnie nieciekawa. Jakby piłka dla szczypiornisty. Odwinąłem papier, a tam takie chuj wie co, biaława kulka. Żadnych paragonów, informacji, nic. Postawiłem najpierw w jednym kącie, potem w drugim, aż w końcu Ślepnir to wywlókł na dwór i o tym zapomniałem.
***
Dwa dni później byłem zdumiony własną głupotą: Najwyraźniej kosiłem trawę w nocy, sam, bo moje chaszcze i krzaczory zniknęły, a na ich miejscu nie było absolutnie niczego. Myślałem, że to Hoffman mnie trolluje, ale ostatnio jest jakiś nieswój (o ile można tak powiedzieć o ghulu) i raczej nie w głowie mu psoty. Poza tym, usłyszałbym, jakby odpalił spycharko-kosiarkę z wirującymi ostrzami i modułem ssąco-liżącym dla operatora... Choć może i nie. Hof zarzekał się na święte bagna, że to nie on. Dziwne. Szarańcza jakaś, czy co... Albo lunatykuję. Ale chyba nie.
***
Parę dni później wpada do mnie Kleo Sewittz, miejscowa seksbomba i najbliższa mi osoba na tym ziemskim padole. Stuka szpilkami po wkopanych kamorach, otwiera sobie drzwi i od progu woła: Panie doktorze, panie doktorze! (Ani ze mnie pan, ani doktor, ale to już weszło w krew i nie oduczysz!) Mamy drugie banshee!, krzyczy ten anioł w szpilkach.
Jak to: drugie banshee? Gdzie? Pytam.
Z tyłu hangaru!
Mam hangar w ogródku, dłuższa historia, nieistotna teraz. Idziemy sprawdzić. Jedno banshee wisi, jak debil, z tyłu hangaru, owszem, i maca szponami i wącha coś drugiego, podobnego nawet.
Co to kurwa jest? Pytam się na głos, tak naprawdę nikogo w szczególności, bo Kleo nie jest znawczynią dziwolągów, najwyżej entuzjastką i neofitką świata nieludzi - a banshee nie było sensu pytać, bo nie mam czasu ani ochoty na kalambury z latającym namiotem. Hof przyniósł drabinę i wszedłem, by obadać to dziwne coś.
To dziwne coś okazało się być skórzaste, jak zasuszony na słońcu żółw, coś takiego. Całe brązowe, bez zapachu, dobrze przymocowane. Nie ruszało się. Kazałem Hoffmanowi to obserwować, a w razie czego wystawiłem przed dom działko przeciwpancerne, które mój sąsiad zachomikował w czasie wojny i przekazał mi kilka miesięcy temu. Wycelowałem prosto w to skórzaste coś.
***
Wczoraj przybiega do mnie Kleo, cała zaaferowana. Hoffman do niej zadzwonił, świnia jedna, za moimi plecami, a Kleo przybiegła do mnie i poinformowała mnie: To coś się rusza. Jakie coś, wolałem dopytać, bo przecież dużo jest rzeczy, które mogły zacząć się ruszać, nawet jeśli teoretycznie były to rzeczy stacjonarne. Złapała mnie za rękę i popędziła ze mną przez trawnik. Bieg w horrendalnie wysokich szpilkach przez trawnik to sztuka, nie dajcie sobie nigdy wmówić, że nie. Usain Bolt się chowa.
Po przebiegnięciu kilkudziesięciu kroków, wszystko stało się jasne. To znaczy nie wszystko, ale przynajmniej to jedno:
Kokon, powiedziała Kleo, marszcząc brwi. Ja marszczyłem się cały na myśl o tym, że to zawsze mi się takie coś przytrafia. Kurwa, kokon. Jakie głupie słowo.
To znaczy to BYŁ kokon, a teraz to BĘDZIE coś. Trudno powiedzieć, co - bo dopiero się wykluwa, ale byłem dobrej myśli... No i szkoda by było to zastrzelić. Rozłożyliśmy leżaki i zalegliśmy, dyskutując i wymieniając uwagi o tym, co też może się wykluć z takiegoż kokonu, skąd to się w ogóle wzięło, i tak dalej. Około szóstej przyszedł Hoffman i nas opieprzył, że stresujemy to i nie powinniśmy, natura powinna mieć czas na takie rzeczy. Więc poszliśmy do domu. Z okna widziałem, jak Hof włazi na drabinę i gada coś do kokonu. Co za facet.
***
Następnego dnia się mocno poirytowałem, bo Hoffmana nigdzie nie było, kokon odpadł od ściany hangaru, a Kleo Sewittz musiała pilnie wyjechać nad morze na zdjęcia do jakiegoś katalogu bielizny czy coś. A ja nie mogłem jechać z nią, na domiar złego za nic nie mogłem się skupić i nic nie chciało współpracować. Tragedia. Tak się dodatkowo wkurwiłem na jedną szafkę z papierami, że strzeliłem do niej z dwururki. A potem, w przypływie furii i innych negatywnych uczuć, wykopałem ją na zewnątrz, polałem naftą i podpaliłem. Chuj z dokumentami, po co komu tyle papierzysk!?
Pod domem rosła kiedyś tuja, a którą ściąłem przypadkiem spychaczem, jak parkowałem po cichociemnemu. Dorzuciłem ją do ognia i dolałem nafty. Jak się zhajcuje, to będzie po problemie. Sfajczyłem szafkę, tuję i stare siedzenia z samochodu. I zagłówki do innego samochodu. I na koniec dorzuciłem starej słomy z poddasza. Strażaki tylko zadzwonili z pytaniem, czy to ode mnie ten dym i płomień, i co powiedzieć sołtysce, jak zapyta, co tak śmierdzi. Posłałem ich do wszystkich diabłów, do ognia dorzuciłem pół starej kanapy i usiadłem na drugiej połowie czując, że zaczynam mieć mokrą dupę i że irytacja wcale mi nie przechodzi. Przerzuciłem mokre drugie pół kanapy na stos, podlałem naftą i stałem, patrząc na ogromny płomień. Jak się nafta skończyła, poszedłem po jakąś ohydną whisky z Kanady, i tyle samo, co podlewałem ogień, wlewałem w siebie.
I nagle usłyszałem szaleńczy łopot, a potem znikło wejście do domu.
Nie, że naprawdę znikło, czy wybuchło czy coś. Po prostu... Jakby się schowało. Podszedłem, zataczając się, zainteresowany. Tam gdzie jeszcze przed chwilą były drzwi, teraz była jakby kotara... Jakby z tektury. W jakieś wzory, jakby kamuflaż komandosa. Byłem nieźle nabzdryngolony i chwiałem się trochę.
Nagle przybiega Hoffman, zdenerwowany i zestresowany, i z daleka drze ryja: Okropny, Okropny, kurwa, nie dotykaj, nie psuj, odsuń się! Odwracam się, a ten biegnie z ręką wyciągniętą, jakby w biegu iskał głowę niewidzialnej małpy. Odsunąłem się, a ten... Cap! Złapał mnie i trzyma, potrząsa mną, jak debil. Zacząłem się wyrywać w sloł-pijak-mołszyn.
Hoffman, kurwa, uspokój się, człowieku! Puść mnie, Hoffman!
Przestał potrząsać. Zbliżył swoje oblicze do mojej twarzy, patrzy na mnie badawczo, i pyta:
Dotykałeś jej?
Kogo, kurwa, Hoffman, Kleo? Amelii? Twojej żony? Matki? Kogo? Spytałem zrezygnowany, wyciągając papierosa. Mimo, że rzuciłem lata temu, to jak potrząsa tobą stwór, który może cię przedrzeć wpół jak kartkę papieru z mikroperforacją, masz ochotę zapalić z ulgą, choćby po to aby zrobić cokolwiek ze swoim życiem. Odpaliłem i od razu wywaliłem, nie zaciągając się nawet raz. Fuj. Nie palę, ale noszę przy sobie, jak mam chęć, nawet zapalę czasem. Wolno mi.
Hoffman, powiesz mi, o chuj ci chodzi? Pytam ghula, który patrzy jak zaczarowany na ten dziwny karton na moim domu, który na domiar złego zaczął się ruszać, szeleszcząc i robiąc wiatr jak tuzin wodolotów.
Hof, co to jest?
To? To... Miłość mojego życia, odpowiedział zakłopotany ghul, który spuścił wzrok i zaszurał nogami.
Tego było dla mnie za wiele. Parawan położyłeś mi na domu i nazywasz go miłością? Kartonowe chujwieco? Pojebany jesteś?
I nagle ten parawan się odwrócił, wylądował na ganku i okazało się, że ogłoszenia z "Vesena" trzeba traktować poważnie, bo naprawdę ktoś może przysłać jajo mega ćmy, za darmo.
Hoffman zaczął głaskać futerko tego ogromnego owada, a ja, zupełnie niezdziwiony jej obecnością, począłem czuć się jak ostatnia świnia, że rozpaliłem ognisko... Ćma przecież mogła się uszkodzić! Ale pewnie wraz ze wzrostem masy ciała wzrosła inteligencja owada, więc może nie jest taka lekkomyślna jak jej mniejsze siostry.
Tak stałem i myślałem, pociągając z flaszki, aż osunąłem się w błogi sen - który przyszedł prędko, bądź co bądź, jak człowiek wkurwiony, przerażony i pijany, to się szybko wypala i odpływa.
***
Następnego dnia już o nic nie pytałem, tylko poszedłem do hangaru i patrzyłem, jak niczym myśliwiec na ziemi siedzi/leży ogromna kilkumetrowa ćma, a obok niej, wtulony w futerko, leży ghul zwany Hoffmanem i obejmuje jej trąbkę. Kleo wciąż jeszcze nie przyjechała, więc miałem czas na zajęcie się moim kolejnym supertajnym projektem.
Zmusiłem Hoffmana do podpisania lojalki, że nie odlecą na zawsze, a ćma zrobiła ryjek i właściwie rozpłynąłem się, taka była słodka i urocza. Ciekaw jestem, co Kleo powie, jak ich zobaczy, ale pewnie Hof już puścił jej milion selfiaczy ze swoją dziewczyną...
O ile to dziewczyna, ale nie wnikam. Jak gatunek mu nie przeszkadza, to chyba płeć też nie robi różnicy.

Don't be the product, buy the product!

Schweinderl