Tumblelog by Soup.io
Newer posts are loading.
You are at the newest post.
Click here to check if anything new just came in.
19:47
19:40
1948 e137 500
Reposted byRedPennyimsofancy
19:45
21:28
23:04

Penny Pulp #25 - Niespodzianka z ogłoszenia, czyli międzygatunkowa miłość


Przychodzi do mnie periodyk (bo nie miesięcznik, kwartalnik ani nic, jak wychodzi to wychodzi) "Vesen". To flagowe czasopismo robione przez nieludzi dla nieludzi, a że mam wtyki w środowisku, to mam prenumeratę i nawet nie musiałem nikogo błagać. Z uwagą i prawdziwą przyjemnością czytuję artykuły, zwłaszcza te o zdrowiu (10 zdrowych szejków z wilczomlecza), urodzie (liniejesz? Łuszczysz się? Sprawdź nasze receptury, maście i dekokty), a nawet o sporcie (Wilkołak Hampton znowu pierwszy w lidze!), jednak creme de la creme każdego numeru to artykuły o ludziach (nie-nieludziach) i ogłoszenia, w tym oferty sprzedaży wysyłkowej.
Ostrożnie dozuję sobie informacje; czytam najpierw te najbłahsze dupsy: kto redagował, kto okazał się nieludziem a kogo zabili, jakieś duperele o modzie i futrach z nietoperza. Potem koniecznie muszę trochę znudzić się sportem i różnymi recenzjami, jak co i gdzie i kiedy warto przeczytać, zjeść, zrobić, zobaczyć. A potem, później, niejako w ramach deseru, czytam ogłoszenia. Na odpoczynek zostawiam ludzi i ich śmiesznostki.
W ostatnim numerze, w ogłoszeniach, było szczególnie jedno które przykuło moją uwagę: "Oferta-wielka niespodzianka dla odważnych i doświadczonych hodowców owadów latających, tylko poważne oferty, numer telefonu". Hm. Owady latające to też trzmiele, więc postanowiłem, że przedzwonię. Automat nagranym głosem kazał wysłać kartkę pocztową z adresem zwrotnym na adres, co sprawdziłem potem, kamieniołomu w jakiejś zadupiastej góralskiej wiosce. Jakieś Czeszkowice czy inna Gąsienica Górna, nigdy nie miałem pamięci do takich bzdur; wysłałem i o tym zapomniałem. Pochłonęły mnie kolejne ogłoszenia, w tym na całą stronę, cyrkowo-westernową czcionką:
SSAŁA CI KIEDYŚ KIM? Tak? A KANYE? I kilkanaście zdjęć, cennik, oferta paintballu, bilardu, chujwieczego dla firm, korpo i osób prywatnych, wieczorów kawalerskich i zapoznawczych etc etc., a wszystko w knajpie "Mała Katowicka".
Ha! Oczywiście strasznie mnie zawsze cieszą losy moich STO model Kim, które obciągały już chyba wszystkim, bo chyba każdy już miał okazję, wiem co mówię, i ostatnio to Jajkovich zamówił kolejne pięć sztuk do swojego lokalu, co daje tam razem tuzin, przez co reklamowana tu Mała Katowicka jest najpopularniejszym miejscem w regionie, mimo, że jest na totalnym zadupiu a parkować trzeba na łące sypniętej żwirem. Nie wiedziałem tylko, że ten stary pedał Jajko takie coś otworzy... To po to mu był Kanye West, ha! Wszystko jasne. Z drugiej strony Właściwa i Prawdziwa Kim już dawno się poddała i ponoć siedzi gdzieś w oddziale zamkniętym w Iowa i się kiwa w tył i w przód, co również wyczytałem z sekcji plotkarskiej na stronie ósmej. Ha! Robotyka i pornografia to przyszłość! ...a jak to mówiłem ludziom w szkole i później, to pukali się w głowę i mówili że zwariowałem.
W każdym razie zawsze, jak mi listonoszka przyniesie nowy numer "Vesena", to mam o czym myśleć przez cały tydzień, oraz co robić do końca dnia. Albo na odwrót.
Niestety, "Vesen" wychodzi tak nieregularnie, że po tygodniu utonął w morzu papierów na stole a ja zapomniałem już, że coś zamawiałem z ogłoszenia. Zazwyczaj jak coś zamawiam, kurier dzwoni o ósmej rano, żeby się upewnić, czy na pewno będę w domu, żeby mu pomóc... Ostatnio mnie nie było i musiał sam wyładowywać, "co nie wchodzi w zakres moich obowiązków, panie Okropny, proszę to sobie zapamiętać raz na zawsze!"... A przecież chodziło tylko o jakieś głupoty, typu tylna kanapa do merca, kompletna piasta do Stara i dwudziestokilowy, ostreczowany wór kulek z łożysk. Nic, czego człowiek by nie dźwignął.
Tym razem wróciłem z szczepienia rodziny wilkołaków i nadzorowania rehabilitacji Króla Szczurów taki zmęczony, że gdyby nie pies, to byłbym się zabił! Ale do rzeczy: zazwyczaj bowiem po dyżurze wchodzę do domu, łykam zimnej herbaty z rana i walę się spać, bo padam na pysk. To wszystko po ciemku, bo banshee sypia teraz ze Ślepnirem jak mnie nie ma, i ostatnio jak zapaliłem światło, to w szoku prawie wyleciała przez ścianę. Niby pochodna homo sapiens, a głupie to takie...
Tak czy owak, wszedłem do domu po ciemku, i gdyby nie Ślepnir, wyrżnąłbym głową w ścianę, a tak to wylądowałem na psie, co go uszczęśliwiło okropnie, o czym dowiedziałem się godzinę później, gdy jego merdający, skrzypiący na czterech serwach ogon na dobre wyrzucił mnie z kocyka. Zwlokłem się z psa i wgramoliłem na stół, na którym, oprócz planów i bionicznych rąk do super tajnego projektu, nie było niczego. Zasnąłem w ułamku sekundy.
Gdy się obudziłem dwie godziny później, było już dość jasno. Na tyle jasno, by dostrzec ciemny kształt leżący w przejściu. Kurier zapewne wszedł przez otwarte drzwi, postawił przesyłkę TUŻ za drzwiami, abym NA PEWNO ją odnalazł... Stary kutas. I odnalazłem, organoleptycznie, empirycznie wręcz, jak się o nią potknąłem i poleciałem do przodu. Chwała najwyższemu, że akurat Ślepnir tam się rozłożył, a nie jeżozwierz.
***
Postanowiłem zbadać paczkę. Owinięta była w jakiś dziwny papier, niby, kulista jakaś taka, zupełnie nieciekawa. Jakby piłka dla szczypiornisty. Odwinąłem papier, a tam takie chuj wie co, biaława kulka. Żadnych paragonów, informacji, nic. Postawiłem najpierw w jednym kącie, potem w drugim, aż w końcu Ślepnir to wywlókł na dwór i o tym zapomniałem.
***
Dwa dni później byłem zdumiony własną głupotą: Najwyraźniej kosiłem trawę w nocy, sam, bo moje chaszcze i krzaczory zniknęły, a na ich miejscu nie było absolutnie niczego. Myślałem, że to Hoffman mnie trolluje, ale ostatnio jest jakiś nieswój (o ile można tak powiedzieć o ghulu) i raczej nie w głowie mu psoty. Poza tym, usłyszałbym, jakby odpalił spycharko-kosiarkę z wirującymi ostrzami i modułem ssąco-liżącym dla operatora... Choć może i nie. Hof zarzekał się na święte bagna, że to nie on. Dziwne. Szarańcza jakaś, czy co... Albo lunatykuję. Ale chyba nie.
***
Parę dni później wpada do mnie Kleo Sewittz, miejscowa seksbomba i najbliższa mi osoba na tym ziemskim padole. Stuka szpilkami po wkopanych kamorach, otwiera sobie drzwi i od progu woła: Panie doktorze, panie doktorze! (Ani ze mnie pan, ani doktor, ale to już weszło w krew i nie oduczysz!) Mamy drugie banshee!, krzyczy ten anioł w szpilkach.
Jak to: drugie banshee? Gdzie? Pytam.
Z tyłu hangaru!
Mam hangar w ogródku, dłuższa historia, nieistotna teraz. Idziemy sprawdzić. Jedno banshee wisi, jak debil, z tyłu hangaru, owszem, i maca szponami i wącha coś drugiego, podobnego nawet.
Co to kurwa jest? Pytam się na głos, tak naprawdę nikogo w szczególności, bo Kleo nie jest znawczynią dziwolągów, najwyżej entuzjastką i neofitką świata nieludzi - a banshee nie było sensu pytać, bo nie mam czasu ani ochoty na kalambury z latającym namiotem. Hof przyniósł drabinę i wszedłem, by obadać to dziwne coś.
To dziwne coś okazało się być skórzaste, jak zasuszony na słońcu żółw, coś takiego. Całe brązowe, bez zapachu, dobrze przymocowane. Nie ruszało się. Kazałem Hoffmanowi to obserwować, a w razie czego wystawiłem przed dom działko przeciwpancerne, które mój sąsiad zachomikował w czasie wojny i przekazał mi kilka miesięcy temu. Wycelowałem prosto w to skórzaste coś.
***
Wczoraj przybiega do mnie Kleo, cała zaaferowana. Hoffman do niej zadzwonił, świnia jedna, za moimi plecami, a Kleo przybiegła do mnie i poinformowała mnie: To coś się rusza. Jakie coś, wolałem dopytać, bo przecież dużo jest rzeczy, które mogły zacząć się ruszać, nawet jeśli teoretycznie były to rzeczy stacjonarne. Złapała mnie za rękę i popędziła ze mną przez trawnik. Bieg w horrendalnie wysokich szpilkach przez trawnik to sztuka, nie dajcie sobie nigdy wmówić, że nie. Usain Bolt się chowa.
Po przebiegnięciu kilkudziesięciu kroków, wszystko stało się jasne. To znaczy nie wszystko, ale przynajmniej to jedno:
Kokon, powiedziała Kleo, marszcząc brwi. Ja marszczyłem się cały na myśl o tym, że to zawsze mi się takie coś przytrafia. Kurwa, kokon. Jakie głupie słowo.
To znaczy to BYŁ kokon, a teraz to BĘDZIE coś. Trudno powiedzieć, co - bo dopiero się wykluwa, ale byłem dobrej myśli... No i szkoda by było to zastrzelić. Rozłożyliśmy leżaki i zalegliśmy, dyskutując i wymieniając uwagi o tym, co też może się wykluć z takiegoż kokonu, skąd to się w ogóle wzięło, i tak dalej. Około szóstej przyszedł Hoffman i nas opieprzył, że stresujemy to i nie powinniśmy, natura powinna mieć czas na takie rzeczy. Więc poszliśmy do domu. Z okna widziałem, jak Hof włazi na drabinę i gada coś do kokonu. Co za facet.
***
Następnego dnia się mocno poirytowałem, bo Hoffmana nigdzie nie było, kokon odpadł od ściany hangaru, a Kleo Sewittz musiała pilnie wyjechać nad morze na zdjęcia do jakiegoś katalogu bielizny czy coś. A ja nie mogłem jechać z nią, na domiar złego za nic nie mogłem się skupić i nic nie chciało współpracować. Tragedia. Tak się dodatkowo wkurwiłem na jedną szafkę z papierami, że strzeliłem do niej z dwururki. A potem, w przypływie furii i innych negatywnych uczuć, wykopałem ją na zewnątrz, polałem naftą i podpaliłem. Chuj z dokumentami, po co komu tyle papierzysk!?
Pod domem rosła kiedyś tuja, a którą ściąłem przypadkiem spychaczem, jak parkowałem po cichociemnemu. Dorzuciłem ją do ognia i dolałem nafty. Jak się zhajcuje, to będzie po problemie. Sfajczyłem szafkę, tuję i stare siedzenia z samochodu. I zagłówki do innego samochodu. I na koniec dorzuciłem starej słomy z poddasza. Strażaki tylko zadzwonili z pytaniem, czy to ode mnie ten dym i płomień, i co powiedzieć sołtysce, jak zapyta, co tak śmierdzi. Posłałem ich do wszystkich diabłów, do ognia dorzuciłem pół starej kanapy i usiadłem na drugiej połowie czując, że zaczynam mieć mokrą dupę i że irytacja wcale mi nie przechodzi. Przerzuciłem mokre drugie pół kanapy na stos, podlałem naftą i stałem, patrząc na ogromny płomień. Jak się nafta skończyła, poszedłem po jakąś ohydną whisky z Kanady, i tyle samo, co podlewałem ogień, wlewałem w siebie.
I nagle usłyszałem szaleńczy łopot, a potem znikło wejście do domu.
Nie, że naprawdę znikło, czy wybuchło czy coś. Po prostu... Jakby się schowało. Podszedłem, zataczając się, zainteresowany. Tam gdzie jeszcze przed chwilą były drzwi, teraz była jakby kotara... Jakby z tektury. W jakieś wzory, jakby kamuflaż komandosa. Byłem nieźle nabzdryngolony i chwiałem się trochę.
Nagle przybiega Hoffman, zdenerwowany i zestresowany, i z daleka drze ryja: Okropny, Okropny, kurwa, nie dotykaj, nie psuj, odsuń się! Odwracam się, a ten biegnie z ręką wyciągniętą, jakby w biegu iskał głowę niewidzialnej małpy. Odsunąłem się, a ten... Cap! Złapał mnie i trzyma, potrząsa mną, jak debil. Zacząłem się wyrywać w sloł-pijak-mołszyn.
Hoffman, kurwa, uspokój się, człowieku! Puść mnie, Hoffman!
Przestał potrząsać. Zbliżył swoje oblicze do mojej twarzy, patrzy na mnie badawczo, i pyta:
Dotykałeś jej?
Kogo, kurwa, Hoffman, Kleo? Amelii? Twojej żony? Matki? Kogo? Spytałem zrezygnowany, wyciągając papierosa. Mimo, że rzuciłem lata temu, to jak potrząsa tobą stwór, który może cię przedrzeć wpół jak kartkę papieru z mikroperforacją, masz ochotę zapalić z ulgą, choćby po to aby zrobić cokolwiek ze swoim życiem. Odpaliłem i od razu wywaliłem, nie zaciągając się nawet raz. Fuj. Nie palę, ale noszę przy sobie, jak mam chęć, nawet zapalę czasem. Wolno mi.
Hoffman, powiesz mi, o chuj ci chodzi? Pytam ghula, który patrzy jak zaczarowany na ten dziwny karton na moim domu, który na domiar złego zaczął się ruszać, szeleszcząc i robiąc wiatr jak tuzin wodolotów.
Hof, co to jest?
To? To... Miłość mojego życia, odpowiedział zakłopotany ghul, który spuścił wzrok i zaszurał nogami.
Tego było dla mnie za wiele. Parawan położyłeś mi na domu i nazywasz go miłością? Kartonowe chujwieco? Pojebany jesteś?
I nagle ten parawan się odwrócił, wylądował na ganku i okazało się, że ogłoszenia z "Vesena" trzeba traktować poważnie, bo naprawdę ktoś może przysłać jajo mega ćmy, za darmo.
Hoffman zaczął głaskać futerko tego ogromnego owada, a ja, zupełnie niezdziwiony jej obecnością, począłem czuć się jak ostatnia świnia, że rozpaliłem ognisko... Ćma przecież mogła się uszkodzić! Ale pewnie wraz ze wzrostem masy ciała wzrosła inteligencja owada, więc może nie jest taka lekkomyślna jak jej mniejsze siostry.
Tak stałem i myślałem, pociągając z flaszki, aż osunąłem się w błogi sen - który przyszedł prędko, bądź co bądź, jak człowiek wkurwiony, przerażony i pijany, to się szybko wypala i odpływa.
***
Następnego dnia już o nic nie pytałem, tylko poszedłem do hangaru i patrzyłem, jak niczym myśliwiec na ziemi siedzi/leży ogromna kilkumetrowa ćma, a obok niej, wtulony w futerko, leży ghul zwany Hoffmanem i obejmuje jej trąbkę. Kleo wciąż jeszcze nie przyjechała, więc miałem czas na zajęcie się moim kolejnym supertajnym projektem.
Zmusiłem Hoffmana do podpisania lojalki, że nie odlecą na zawsze, a ćma zrobiła ryjek i właściwie rozpłynąłem się, taka była słodka i urocza. Ciekaw jestem, co Kleo powie, jak ich zobaczy, ale pewnie Hof już puścił jej milion selfiaczy ze swoją dziewczyną...
O ile to dziewczyna, ale nie wnikam. Jak gatunek mu nie przeszkadza, to chyba płeć też nie robi różnicy.
23:03

Penny Pulp #24 - Bajka na dobranoc II


Za górami, za lasami i za jedną rzeczką, żyło sobie trzech braci Jedzonko, którzy byli najlepszymi fachowcami w swoim fachu. Jeden, najwyższy i najbardziej barczysty, Jak, był słynnym na cały świat płatnerzem. Robił zbroje, miecze i topory, zdobione najbogatszymi ornamentami, tylko dla najbogatszych wielmożów. Drugi, Yon, nieco mniejszy, lecz również wielki i gruby, był równie słynnym, znanym na dworach uczonym, filozofem i mówcą. A trzeci, Władek, był mały, szczupły i zupełnie odmienny od pozostałych braci... Miał bowiem talenta magiczne, które stale rozwijał, lecz wciąż było mu mało i mało.
Zazdrościł swoim braciom? Spytała Kleo, zawinięta w kocyk jak ogromny naleśnik.
Och, ogromnie, powiedziałem. Ale wróćmy do bajki...
Naleśnik pokiwał ochoczo głową, po czym głośno wydmuchał nosek.
Lata mijały, a bracia Jedzonko rozwijali swoje talenty, osiągając coraz większy prestiż i stając się niezastąpionymi. No, poza Władkiem. Władka traktowali jak magika, od sztuczek, bo powiedzmy sobie szczerze, nie potrafił nic więcej. I tak sobie żyli, wszyscy troje w jednej osadzie, w domach obok siebie. Yonowi i Jakowi żal było Władka, który nurzał się w swojej frustracji dostatecznie mocno, że bracia postanowili zrobić coś, co go rozweseli.
Jak rozesłał listy, w których zaprosił wielmożów, by przyjechali wraz ze swymi orszakami do maluteńkiej osady, gdzie mieszkali, na wielki jarmark, z tańcami, cyrkiem, żonglerami, sztukmistrzami i wszelkimi innymi rozrywkami. Jak chciał za wszelką cenę rozweselić brata, który wydawał mu się jakiś markotny.
Yon z kolei udał się do największych spośród mędrców, kolekcjonerów dzieł literackich mnogiego zakresu, w poszukiwaniu księgi, która pomogłaby Władkowi zdobyć odpowiednią wiedzę, by... Szukałem słowa. Kleo przyszła mi z pomocą.
Wbić wyższy level?
Właśnie tak, naleśniku, zgodziłem się. Yon przybył pierwszy, z wielką księgą magii nocy w jukach swojego wierzchowca, i z ostrzeżeniem dla brata w głowie. Wręczając mu grymuar, powtórzył ostrzeżenie mędrca.
Jakie ostrzeżenie? Dźwięk był zduszony przez warstwę koca.
Tajemne, bez dwóch zdań. Słuchaj dalej.
Władek zajął się więc zgłębianiem tajemnic magii dnia i nocy, jednak wciąż jego bracia byli bardziej znani, sławni i bogaci, mimo, że ciężko pracowali na sukces. I mieli więcej kochanek, moja droga. Pięknych blondynek, na każde ich skinienie.
Czekałam, kiedy to powiesz.
Właśnie powiedziałem. Z biegiem czasu odcyfrował starożytne, zapomniane zaklęcia nocy, zdobywając przeogromną wiedzę. Jednak wciąż był nikim; młodszym, nieciekawym bratem Yona i Jaka, zupełnie nieinteresującym dla płci przeciwnej brudasem z tłustymi włosami. A pozostali bracia znali modę, dobre obyczaje i maniery, a ich odzieniu nie można było niczego zarzucić. Władek zmienił imię na Vlad, krótsze i twardsze, ogolił głowę i zaczął nosić się jak akolita, w długie czarne szaty. Ludzie zaczęli zwracać się do niego po pomoc, ale Vlad za nic miał prostaczków, których jedynymi problemami były wzdęcia, tępe sierpy i tuczenie zwierząt hodowlanych. Z rzadka mógł pomóc jakiemuś komesowi czy wójtowi, jednak oczekiwania Vlada rosły, zaczął czuć dumę i chodzić z podniesioną głową.
A wtedy nadjechali wielmożowie, każdy ze swoją świtą: żoną, metresą, orszakiem dworzan i dwórek, dzieci, najlepszych rycerzy i wojów, uczonych, mędrców, muzyków i tak dalej. Szybko obozy ich przerosły osadę, a tabory z zaopatrzeniem otoczyły osadę ciasnym kręgiem.
Vlad usiłował brylować w różnych towarzystwach, ale brakowało mu pokory i ogłady, w dodatku odkrył, że nawet jak uda mu się zainteresować sobą płeć przeciwną, to gorzej z utrzymaniem zainteresowania, nie mówiąc już o żarze uczuć, ognia seksualności, orgazmów niby fontanny mleka, o których opowiadali mu bracia, listonosze i piekarze. W dodatku żaden z możnych nie traktował go poważnie, ponieważ był najmłodszy i najdziwniejszy, a do tego raczej chudy i słaby, choć z biegiem czasu robił się coraz bardziej żylasty i silny. Magia buzowała w nim, a on był sfrustrowany i chciał przestać być.
Jednej nocy więc przygotował zaklęcie, po którym miał stać się panem życia i śmierci. Jego duma przyćmiła zdrowy rozsądek i poniechał brania pod uwagę ostrzeżeń obu braci, mędrców i możnych. Rozpoczął inkantację bardzo wczesnym wieczorem, by skończyć skandowanie tuż przed świtem. Rzucając ostatnie sylaby, był już tak zmęczony, że po zakończeniu padł zemdlony i spał przez trzy całe dni i trzy noce, i nikt mu w tym nie przeszkadzał. Gdy się obudził...
Wszystko było na opak?
Właśnie tak. Możnowładcy nosili kostiumy błaznów, skakali jak małpki dookoła i chrumkali jak świnie. Kłaniali się Vladowi i ustępowali mu z drogi. Jak kichnął, fikali koziołki. Jak pierdnął, zakładali garnki na głowy, a jak marszczył brwi, uciekali. Wszystkie kobiety łasiły mu się do stóp, gotowe na wszystko, ale on nie czuł do nich żadnego pociągu. Szukał swoich braci, bezskutecznie. Próbował pytać, ale nikt nie był w stanie mu niczego mądrego powiedzieć; nawet, gdy rozkazał komuś zaklęciem, o Yonie i Jaku nie było słowa, tylko bełkot i głupie zachowanie...
Jak u szympansa na kwasie? Spytała Kleo, zmieniając się z naleśnika w pieroga.
Na przykład. Vlad chodził między tymi których niegdyś podziwiał i gardził nimi. Mędrcy wyglądali jak śliniący się idioci, królowie jak błazny, piękne kobiety były jeszcze piękniejsze, lecz nudniejsze niż rozgotowana kapusta, a wszyscy pozostali: chłopi, wieśniacy, rzemieślnicy i reszta - zniknęli. Zaczęło brakować pieczywa, mięsiwa i warzyw.
Vladowi szybko znudziło się bycie królem głodujących i niepełnosprawnych umysłowo, i zatęsknił za braćmi. Wymyślił więc kolejną trudną inkantację, która miała nieco poprawić mu humor, warunki bytowe i przywrócić Yona i Jaka.
Gdy skończył i ocknął się na ziemi, wszystko wróciło do względnej normy. Co prawda możni i rycerze dalej drżeli na jego widok, lecz przynajmniej mówili po ludzku. Kobiety były jeszcze nudniejsze, jeszcze piękniejsze i jeszcze mniej go pociągały. Ale pojawili się dwaj rzemieślnicy: Jonko Jedzonko, księgarz serowar i jego brat Yako Tako, masarz kowal.
Więc wrócili! Cieszył się Vlad, że ujrzy braci, jednak spotkanie zrujnowało jego oczekiwania. Oto Janko, dawniej Yon, lepił z sera placki, na których układał rodzynki i kamyki, i z których układał kwadratowe stosy. Rozpływające się i śmierdzące parodie książek z owczego i koziego sera otaczały Yona-Janka z każdej strony.
Yako Tako, który wyglądał jak dawny Jak, miał na sobie kamizelkę z plastrów boczku, spodnie z polędwicy i kapelusz z piórkiem. Miał wielki młotek z salami i walił nim w mięso, tworząc bogato zdobione kabanosy i balerony. I świata poza tym nie widzieli; nie rozmawiali ze sobą, nie jedli, nie pili, nie zdawali sobie sprawy ze świata, pochłonięci jedynie swoimi zajęciami.
To też nie satysfakcjonowało Vlada. Który poza tym wszystkim spostrzegł, że w jego wnętrzu brakuje czegoś, brakuje tak bardzo, że zaraz wybuchnie. Naprędce nastrugany patyk pomógł jedynie na chwilę, lecz Vlad nie miał wyjścia. Słabł wyraźnie, zaczynały zawodzić go zmysły. By ratować swoje życie, powziął jedyne kroki, które mógł sobie wyobrazić, że pomogą.
Ustawił wszystkich w kolejce do swojego łoża, wypiął się i rozkazał każdemu mężczyźnie czynić swą powinność wobec swojego suwerena. Więc każdy woj, kupiec, rolnik, możny i parobek wzięli udział w rozjechaniu Vladowi dupska, które po dwudziestym przypominało raczej tunel tramwajowy...
Ejże! Doktorze! Przecież wtedy nie było tramwajów... Żachnęła się Kleo, która przerabiała teraz pozycję pt. "Cielak z dwiema podpórkami", to znaczy zasłuchana opierała się na obu dłoniach.
No ja wiem, Kleo, ale ta bajka chyba nie wyjdzie poza twoją sypialnię, więc...
No, dobrze. Po prostu z rozmiarów kabanosa przybrała rozmiar półtuszy?
O! To było dobre porównanie. No więc Vlada przerżnęli wszyscy we wsi, a im bliżej było końca kolejki, tym Vladowi bardziej się podobało. Wkrótce kazał wszystkim przelecieć go raz jeszcze, a potem jeszcze raz. A potem padł wycieńczony.
Następnego dnia kobiety były zupełnie znudzone, mężczyźni za to piękni, gładcy acz krzepcy i mocni, więc Vlad nabrał ochoty na powtórkę, lecz żaden z, eee, członków, nie był w stanie go zadowolić. Zupełnie, jakby zmiękły wszystkie i skurczyły się do rozmiarów... Zupełnie Vlada niezadowalających. Poszedł więc do braci, którym zabrał największe salami i największy oscypek, którymi masturbował się analnie tak mocno, że w przypływie jurności i emocji wykrzyczał trzecią inkantację, od której zatrzęsły się ściany, a z dachu posypała się strzecha. I stracił przytomność.
Gdy się obudził, leżał w czystej pościeli, w nie swoim łóżku. Rozejrzał się i odkrył, że znajduje się w łożu w pracowni Jaka. Wyskoczył z niego i pobiegł do kuźni. Wyściskał i wycałował zdumionych braci, wybiegł i uściskał każdego napotkanego i każdą napotkaną, szczęśliwy, że to był tylko sen.
Jednak, gdy wrócił do siebie, w pokoju, gdzie trzymał grymuar, nie było niczego, jeśli nie liczyć czterech potężnych wojów, z którymi założył trupę cyrkową i jeździli po wszystkich zakątkach świata, wystawiając scenę pod tytułem "Vlad - nadziewanie ostro na pal z każdej strony" czyli w skrócie "Palownik".
Bracia i wioska mieli wreszcie święty spokój, gdyż Vlad raz do roku tylko zjawiał się w osadzie. Było to na urodziny braci, gdzie wystawiał w namiocie specjalny numer solo z oscypkiem i salami. Koniec.
Ojooj... A morał?
Morał jest bardzo prosty: Gdy przepełnia cię zawiść, zazdrość i ból dupy i inne negatywne emocje, to znaczy że trzeba ci bolca.
Doktor żartuje, prawda...? Prawda? Dopytywała Kleo.
Eee, magia to nie rozwiązanie? Dobry bolec dobry na wszystko? Raz w dupę to nie pedał a po trzecim razie się zeruje? Iluzjonista to chuj, nie czarodziej?
To ostatnie chyba najlepsze, powiedziała Kleo po krótkim namyśle. A co z tajemnym ostrzeżeniem?
Właśnie, tajemne ostrzeżenie brzmi: Kto krzyczy po nocach i budzi się rano na ziemi spocony i nagi, ten bez wątpienia lubi w dupę i żadne magiczne grymuary mu do tego niepotrzebne.
I wolałbym, żeby morał jednak każdy po swojemu odnajdywał i tego się będę trzymał.
23:01

Penny Pulp #23 - Bajka na dobranoc


Kleo była chora i leżała w łóżeczku. I przyszedł doktor Okropny i wmusił syrop z cebuli, mleko z czosnkiem, herbatę z gorzałą i rozpoczął układanie do snu:
W ogródku, opodal krzaczka mieszkała żaba dziwaczka. Ale naprawdę, poważnie, serio. Nie kaczka, choć były pewne podobieństwa, jak błony pławne na stopach czy permanentnie głupi wyraz pyska. Te wyłupiaste oczy, porażka.
Wiesz, że żaby lubią przebywać w stawach i innych takich? Wszystkie dobre dzieci to wiedzą! Ale ta żaba miała inne podejście do życia i preferowała żywot kulturystyczny z dodatkiem wrestlingu, jak akurat był ktokolwiek do zapasów.
Mało kto miał czas i ochotę na wrestling, więc żaba zapuszczała się daleko, w inne ogródki, by siłować się z innymi, najczęściej wbrew ich woli.
Tak się naprzykrzała innym ogródkom, tak już jej mieli dość mieszkańcy okolicznych terenów zielonych, że wynajęto bociana, by się z żabą rozprawił. Żaba była potężna, umięśniona, więc byle sztuczka bociana nijak nie wchodziła w grę.
Kleo przerwała mi pytaniem, prośbą, jak mała dziewczynka.
Proszę, proszę, niech to się dobrze skończy... Plis pliis? Głos miała już śpiący.
Ale dobrze dla kogo? Dla wszystkich?
Mmhmm... Powiedziała, już zamkniętymi ślepkami Kleo, odpływając w błogi sen.
Dobrze... Powiedziałem. Odczekałem chwilę, by upewnić się, że zasnęła.
Bocian skrzyknął gang ptaków brodzących i roznieśli żabsko bazookami, jak spała, a potem zaczęli terroryzować okoliczne wioski. I właśnie wtedy przyszedł zły wilk, który rozgonił towarzystwo na cztery wiatry, a potem stręczył czerwonego kapturka i babcię dla myśliwego, który ostatecznie zastrajkował i zabił wilka, bo nie miał jak zapłacić.
Zgasiłem lampkę i cichutko wycofałem się z pokoju.
To była dobra bajka, wymruczała Kleo pod nosem, jak zamykałem drzwi. Usłyszałem tylko dlatego, że w domu było cichuteńko. Chciałbym, żeby u mnie było tak cicho.
22:58

Penny Pulp #22 - Odpust we wsi


U mnie we wsi, mimo że nie ma kościoła, emerytowane proboszcze które mają domki pod lasem, organizują co roku odpust pod kapliczką. Zachęcam każdego, żeby przyjechał i to zobaczył. (Odkąd się tu wprowadziłem, jedyni ludzie-ludzie z którymi utrzymuję kontakt, to sąsiedzi, rodzice, kilku dawnych znajomych i nieliczni ci, których spotkam na swej drodze i jakoś kontakt zaskoczy. Cała reszta, czyli gruba większość to jakieś wampiry, alpy, banshee, wilkołaki, chysarny, pajkołce i co jeszcze. I im też mówię: Przyjedź przyleć przyleź na odpust pod kapliczką, stary, to najlepsze, co może cię spotkać w tym i tamtym życiu.)
Przygotowania zaczyna się od tego, że kilka dni wcześniej sędziwe dziadki w sutannach objeżdżają na rowerach całą wioskę w poszukiwaniu wypożyczonych parafianom ławek i parasoli ogrodowych. Te bardzo często zmieniają właścicieli, więc staruszki księża muszą się napedałować, żeby odnaleźć coś, co było na przykład u Malinki, który pod księżowskim parasolem kradzione auto przed panem Bogiem chował... Stary, dobry Malinka.
Potem, jak już znajdą te wszystkie parasole, zjeżdżają pod las, żeby pożyczyć od starego Wojki traktorek z przyczepką, żeby to przewieźć na miejsce docelowe, czyli na trawnik pod opuszczoną chałupą pod kapliczką. Opuścili ją (chałupę) podobno jeszcze przed wojną jacyś Żydzi czy inni Polacy, ale spadkobiercy w dupie mają i stoi, niszczejąca, rozkradziona ruina. Raz do roku sołtyska wjeżdża w chaszcze przed domem kosiarką, żeby msza odpustowa pod gołym niebem mogła się odbyć w jako takich warunkach. Tak byłoby i tym razem, tylko że stary Wojka wykitował cztery miechy temu, a spadkobiercy przyjechali ciężarówkami i wszystko, co było z metalu roztargali na złom. Z kaloryferami włącznie. A na złomie jest facet, który ci nawet gwoździa nie sprzeda, bo wpadł w pułapkę chciwości i przydasiości. To znaczy: Rury, pręty i byle gówno ci sprzeda, ale nigdy nie to, co chcesz kupić... Jeszcze się nie zdarzyło. Ale czasem da coś za darmo, w przypływie dobroci. Ja na przykład przyszedłem po młotek, a dostałem ozdobną, zardzewiałą misę i złamany pogrzebacz. Tak więc raczej traktorek starego Wojki będzie stał, aż facet ze złomu się przekręci, albo rozsypie ze starości (on lub traktorek), a wtedy można jedynie mieć nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto ten bałagan posprząta. Teraz przybiega do mnie sąsiadka (nie Kleo, jak raz), zdyszana wpada mi przez furtkę, biegnie w laciach przez podwórze, drogę podjazdową jak raz czystą i niezajebaną gratami. Biegnie, Aldona, matka dwójki dzieci, przykładna żona, zawsze uczesana i umalowana pani z piekarni, przez moje podwórko. Aż się banshee zainteresowało i z cichym łopotnięciem sfrunęło ze szczytu dachu i zawisło pod stropem otwartej stodoły. Otwartej, bo wyjebałem drzwi, nie ma Alfreda - nie będę odbudowywał. Na szczęście Aldona nie z tych kumatych co patrzą w górę.
Doktorze, doktorze! Doktorze! Podbiega do mnie i szarpie mnie za rękaw. Prawie sobie przyspawałem rękę do rury... Wyłączyłem gaz, ściągam maskę, tylko po to, żeby ujrzeć zatroskane oblicze mojej sąsiadki. I jej chyba w połowie niedoskubane brwi. Patrzę na nią, a ona klapki, rybaczki, w jednej ręce pęseta, a drugą mnie pyrga, wcale nie przejęta czarnym dymem, który unosi się w powietrzu i za nic nie chce spierdalać.
No? Mówię do tej naruszaczki własności prywatnej i miru domowego.
Doktorze, doktorze, księdze potrzebują pomocy, bo staremu Wojkowi się umarło, traktorek przepadł, a teraz żniwa i wszystkie traktory na polu! Wykrzyczała mi w twarz Aldona Mazurek, czy tam Mazurkiewicz. Nigdy nie wiem.
No i? Pytam, bo nawet jestem ciekaw, co chce powiedzieć.
No, i ni mocie tam jakigo traktora w tej waszej stodole czy inym hangarze? Ni zostawieł wom stary Rosborg czegoś, co by można było do prziczepy i z prziczepom te one parasole zawjyś? Przeszła płynnie na Oberforscki.
Chcesz żebym woził księdzom graty po wsi moim ciągnikiem, tak? A co sołtyska na to? Pytam, bo jak ostatnio wyjechałem tylko na moment moją spycharką na bazie czołgu na drogę, to udzieliła mi reprymendy, a przecież nikt nie zginął, a kierowca ciężarówki tylko jedynki stracił, jak wyrżnął mordą w kierownicę. Kazał im ktoś tak wypierdalać przy ograniczeniu do czterdziestu?
Jo sie Edeltrautą zajmne, ino prosza wos doktorze, gibko, bo te sprzynty zaroz sie pogubiom nazot! Powiedziała, energicznie wymachując rękami.
Dobra, dobra, idę. Tylko żeby nie było że nie ostrzegałem...
***
Następna godzina przyniosła kilka nie lada wyzwań i wydarzeń, które byłoby mi bardzo ciężko przeżyć, gdyby nie to, że siedziałem w czołgu, a wspierała mnie (licząc od siły wsparcia): Kleo, Aldona, zastęp siwych księżulków, sołtyska i horda wiejskich cwaniaków w wieku od lat sześciu do czterdziestu dwóch.
Najpierw opróżniłem przyczepkę, w której miałem różne graty (głównie jakiś złom) na swój podjazd i kazałem Ślepnirowi pilnować. Potem wyjechałem moim spychem i byłby się zrobił straszny klops, gdyby nie przyszła Kleo Sewittz z gotowym pomysłem. Trzy telefony i kilkanaście stuknięć wysokich obcasów Kleo - i ciężarówki i inne pojazdy muszą objechać Oberforst bocznymi dróżkami. Sołtyska postawiła znaki objazdu, i teraz wszystko w rękach pana boga i księży, żeby nikt nie był mądrzejszy.
Wjechałem tym czołgiem na różne podwórka, taranując niejedno rozsypujące się ogrodzenie. Na górze, obok włazu, siedzieli księżulkowie, którzy pokazywali drogę i błogosławili tych, którym się nie chciało dupy ruszyć i samemu oddać tych kilku parasoli i kutych ławek. A skarżyć się mogli całemu światu, bo sołtyska na miejscu, a wójt gej i wilkołak i mogli nam naskoczyć. Powstała księga zażaleń, którą po imprezie miałem dostać na pamiątkę.
Rosnąca horda wiejskich cwaniaków podążała za nami, ćmiła papierosy i dłubała słonecznik. Jej uczestnicy i uczestniczki robili mądre, cwaniakowate miny i gadali takie rzeczy, że ściskało w środku, że człowiek nie może ich po prostu rozjechać. Wiecie, ten typ, co rzuca kamieniami w twój samochód, a jak spytasz, o co mu chodzi, to mruży oczy i zaciąga się petem. Parę razy dałem takiemu jednemu czy drugiemu gówniarzowi po pysku, więc nauczyli się trzymać bezpiecznej odległości i pojawiać w dużej grupie.
Gdy już zebraliśmy do kupy wszystkie ławki i parasole, księżulki zadecydowały, że w tym roku te bumdersznyce, kapcany i kozojady ze wsi nie zasłużyły na parasole i kazali odwieźć parasole pod te ich domki pod lasem. Na tej dróżce się ledwo dwa czinkłeczenta wyminą, a teraz jechał na wprost mnie któryś z tych zjebów Baumanów czy Fullerów, swoim nowym mercedesem. Życzyłem szczęścia, rodzina Baumanów czy tam Fullerów krzyczała, a ten Wojtek czy też Waldek w porę się opamiętał i wbił wsteczny... Idiota do ostatniej chwili myślał, że jak będzie ziewać, krzyczeć, trąbić i robić naburmuszone miny, to się zatrzymam, przeproszę i zawrócę.
Ha! Ale się zdziwił! Krzyczało, wymachiwało rękami i robiło obraźliwe gesty pół tysiąclecia doświadczeń w postaci sześciu dziadków w sutannach, którzy się rozsiedli na górze i przeżywali najlepsze chwile swojego życia. Pozostali dwaj spali na przyczepce.
Gdy już wszystkie parasole zostały odwiezione na miejsce, wszystkie ławki zostały wyładowane z przyczepy... chciałbym powiedzieć, i wreszcie był spokój. Ale nie.
Do wyładowywania ławek z przyczepy, sołtyska zaprzęgła cwaniaków i przypadkowych przechodniów, którzy zaoferowali pomoc w organizacji przedsięwzięcia. Tak się guzdrali, że uznałem, że mam to w dupie i wracam do domu. Odłączyłem przyczepę i pojechałem z powrotem do domu. Albo byłbym pojechał, gdyby cwaniaki nie poodwracały znaków objazdowych. Teraz pod moim domem stała ciężarówka, a za nią druga, trzecia, piąta i aż do drogi z lasu.
Wkurwiłem się nie na żarty. Wycofałem maszynę i zastosowałem zasadę odpowiedzialności zbiorowej: Wjechałem na podjazd świętej pamięci Alfreda, gdzie teraz mieszkali Neckerowie, przejechałem dróżką aż do końca działki, po czym staranowałem ich ogrodzenie i wjechałem do siebie. Neckera i jego żony nie było, córka na koloniach czy coś, a mały był w bandzie z resztą dzieciaków i był zajęty mokrymi marzeniami o Kleo, jeśli akurat czegoś nie psuli albo nie kradli komuś owoców. Zostawiłem spycharkę w ogródku przed hangarem i poszedłem w stronę domu, żeby zaznać trochę spokoju.
I co? I mały Necker razem z tymi gówniarzami, którzy mieli dość dużo bezczelności i bardzo mało oleju w głowie, buszowali w moich jeżynach, zrywali moje jabłka i myszkowali w mojej stodole. W biały dzień!
Krew mnie zalała.
***
Weź ino te najczerwieńsze! Tyn chuj prędko nie wróci!
Pewnie dyma tą Kleo!
W ta wielko rzić jum dupi!
Hahaha!
Ostrężiny, kurwa, zbierej, Kazik!
Jo to yno rozpierdola i pitomy!
Krzyczeli do siebie gówniarze, a jeden z nich mocował się z tungstenową kłódką do pomieszczenia, w którym trzymałem prawie wszystkie nielegalne pukawki, jakąś gorzałę, c4 z claymorów... Takie rzeczy. Hoffmana znalazłem za krzakiem. Był przerażony.
Co jest, Hof? Co się chowasz za krzakiem, jak nas rabują? Ikry nie masz, żeby ich wystraszyć?
Hoffman popatrzył na mnie z bólem w wielkich oczach. Najwyraźniej odezwały się w nim instynkty rodzicielskie, więc był w obecnej sytuacji taktycznej użyteczny jak łopata z plasteliny. Ślepnir odszczekiwał złomiarzy, którzy usiłowali skorzystać z mojej otwartej bramy i nieobecności i zajebać złom ze sterty na moim podjeździe. Kleo nadzorowała i chwaliła pracę przymusowych ochotników organizujących podest obok kapliczki, a sołtyska z wójtem odpierali słowne ataki wszystkich, którzy mieli coś do powiedzenia. Byłem sam jak palec w tym wszystkim i nie bardzo miałem możliwość zastrzelenia tych gówniarzy. A opcja z przeganianiem ich raczej nie wchodziła w grę - w ogólnym chaosie łatwo było coś lub kogoś przeoczyć. Byłem w kropce.
***
Zazwyczaj tak jest, że rozwiązanie problemu leży w zasięgu ręki, jest pod ręką, albo nie wiadomo, w co ręce wsadzić... Dzieciak buszujący w moich jeżynach nagle zbladł, rozpędził się i dobiegł do stodoły, w której myszkowali gówniarze. Zatrzymał się i zwymiotował, płacząc, barwiąc na jeżynowo swój biały tiszert Nike. Pozostali przerwali buszowanie i obśmiewali go równo, trzymając się za boki.
Hłehłehłehłe, paczcie, Aadam się zerzyygał! Zaintonował jeden, a reszta podchwyciła temat. Wymiotujący chłopak śmiał się, rzygał i płakał, jednocześnie próbując tłumaczyć.
Re... Ręka. Powiedział.
Renka? Swoją starą zobaczyłeś i się zerzygałeś?
Powąchoł jyj cipa i go zmuliło!
Haha!
Adama stara nie myje cipy, ahaha!
Wtem ten wymiotujący wystartował, złapał tego, który zasugerował, że mama Adama może olewać higienę i przyłomotał mu w nos, aż chrząstka zatrzeszczała. Pozostali usiłowali rozdzielać, ale Adam, jako najstarszy z całej bandy, szybko ich rozłożył celnymi kopniakami, stereo i wykręconymi rękami, więc sytuacja rozwiązała się sama. Złapał kombinerki walające się na ziemi i poszedł w stronę jeżyn. Opportunity knocks! Wykorzystałem tą chwilę na związanie trytytkami (w stodole mam w KAŻDEJ szufladzie) tych pieprzonych gówniarzy, zakneblowanie i wrzucenie do kanału w garażu. Cała akcja zajęła mi dwie minuty, a Adam przyszedł po trzech. Akurat zdążyłem oprzeć się o wrota stodoły, jak wrócił z odciętą ręką, którą znalazł w jeżynach.
Potrzebujesz pomocnej dłoni, chłopcze?
Zobaczył mnie, rzucił eksponat numer jeden na ziemię i zaczął spierdalać, ale niestety wybrał sobie drogę przez główną bramę, a tam był Ślepnir, no i koniec końców chłopak jednego dnia i się obrzygał, i obsikał, i pofajdał.
Nie bardzo wiedziałem, co zrobić z tymi związanymi gówniarzami w kanale w garażu, więc postanowiłem zapytać pani sołtys. W tym celu udałem się pod kapliczkę, gdzie w cieniu rozłożystego kasztana stały i plotkowały Kleo, sołtyska i przeróżne baby ze wsi. Kleo wyglądała przy nich jak striptizerka aplikująca do koła gospodyń wiejskich, ale jakoś to wychodziło bez kwasów. Może dlatego, że Kleo była najmilszą i najpogodniejszą osobą, jaką można sobie było wyobrazić, a baby znały ją od dziewczynki.
Pani sołtys, można prosić na stronę? Mam istotne pytanie dotyczące przebiegu jutrzejszej imprezy i chciałem się skonsultować...
Dobra, dobra, doktorze. Co jest? Co potrzeba?
Trzeba dać nauczkę paru gnojom... Wie sołtys którym. Pomyślałem, czy nie chciałaby sołtys jakoś... Pomóc? Czy mam sam?
Patrzyła na mnie chwilę, chyba usiłując wyczytać z mojej twarzy, czy mam na myśli wystrzelanie strażaków-pijaków, wysadzenie mercedesa Baumanowi czy inną wendetę, której scenariusz się pisał sam od ostatnich lat, jak tu mieszkam.
Patrzyła i patrzyła, aż w końcu kiwnęła głową i poprosiła, żebym nie zakłócił uroczystości odpustowej, a poza tym ona gotowa mi medal dać za czynności wychowawcze na rzecz gminy i zaraz przekaże sprawę wójtowi, który akurat pojechał po lody do marketu obok i zaraz wróci. Kleo spytała tylko, czy wszystko okej, dała mi buziaka i wróciła do pogaduch o jabłecznikach, posypkach i sernikach. I weź nie kochaj takiej. Weź.
***
Uznałem, że warto się przygotować do następnego dnia na tyle dobrze, żeby wszystko grało i nie było żadnych zgrzytów w postaci myszkujących po piwnicy ekip poszukiwawczych poszukujących wrednych gówniaków, więc, asekurowany przez Ślepnira zszedłem do kanału i zabrałem komórki tym gówniarzom, którzy je mieli, a przy okazji trochę ich postraszyłem różnymi łuhuhuu i innymi wrr grr. Telefony przerzuciłem przez płot, w strunowym worku do basenu Neckerowi. A niech się zastanawiają i robią poszukiwania, ha! Debile. Tego mogłem nie przemyśleć, ale już było po fakcie i dupa jaś.
***
Co można zrobić z pięcioma gówniarzami, których chce się okrutnie ukarać, ale bez okaleczania fizycznego? Musiałem trochę pomyśleć. A najlepiej myślało mi się u Kleo. Zazwyczaj normalnie wchodzę do niej do domu, ale tym razem coś mnie tknęło i zapukałem.
Otwiera mi Kleo drzwi i mówi że to nienajlepszy moment, bo kilkoro dzieci zaginęło, mrugnięcie okiem, we wsi i trzeba zorganizować akcję, mrugnięcie okiem i trzepot rzęs, poszukiwawczą, i że w jej salonie siedzą baby i lamentują.
Kleo, słonko, kochanie, te pieprzone wsiowe gówniaki są u mnie w garażu, mówię szeptem do Kleo.
Wiem, doktorze, Amelia mi powiedziała, odpowiedziała mi Kleo szeptem, demonstrując mrugnięcie okiem. Ach... Ale zaraz?!
Jaka Amelia? Zdurniałem. Mamy nową sąsiadkę?
Banshee! Syknęła Kleo mi do ucha, aż "szii" z banshee prawie wyleciało moim drugim uchem.
Nie pierdol, że moje skrzyżowanie pontonu z nietoperzem ma na imię Amelia, wykrzyczałem szeptem do ucha Kleo.
Co?
Nie gadaj, że moje... banshee, tak, ma na imię Amelia, powiedziałem nie szeptem, ale bardzo zniżając głos do właściwie mruku.
Tak ją nazwałam, jak byłam u doktora przed półgodziną, szukać doktora i pytać, co doktor planuje na dziś wieczór... Zrobiła lekko łobuzerską, przygryzając palec w uśmiechu, minę.
Kleo, dlaczego dałaś imię temu skórzanemu namiotowi?
Pomyślałam, że będzie miło móc o niej mówić inaczej, niż tak jak doktor ma w zwyczaju... To w końcu członek naszej rodziny, prawda?
Kurwa mać, Kleo miała rację. Powiedziałem jej to, ucałowałem szczerze i solidnie te pełne usta i odbiegłem w stronę stodoły Alfreda, skacząc przez płot Neckera i biegnąc na skróty przez jego starannie na kratkę przystrzyżoną trawkę. Necker, debilu, gdybyś wiedział...
Hoffman! Hoffman! Jesteś tam? Zapytałem półszeptem, pukając we wrota stodoły. Hoffman!
***
Hoffman, kurwa!
No idę, już idę... Otworzył drzwi. Co jest, doktorku? Spytał, naśladując królika Bugsa. Tylko w najlepszym wypadku chrupałby czyjąś piszczel.
Gówno!
Hmm? Spytał, unosząc coś jakby brwi.
Nie wiesz, czy Bartoszowie mają jeszcze szambo?
***
Kleo, ja i kilkanaście osób ze wsi chodziliśmy przez pół nocy po różnych zakamarkach okolicy, (punktach widokowych oraz stałych miejscówkach tych, którzy potrzebują łona natury) poszukując zaginionych gówniarzy. Namierzaliśmy nawet sygnały ich telefonów, które znalazły się, szok, w basenie u Neckerów. Pani sołtys zajrzała im w okna, ale po dzieciach nie było śladu. Kleo i ja odłączyliśmy się od poszukiwaczy w okolicy trzeciej w nocy, żeby zażyć choć trochę snu przed jutrzejszym misterium...
I nie udało się, ale to inna historia, zupełnie nie dla dzieci.
***
A następnego dnia wioska zamieniła się w latający cyrk w płonącym burdelu w suterenie nad fabryką galaretki.
Pola, trawniki, nieużytki i pobocza w całej wsi i okolicy, zmieniły się w parkingi dla niezliczonych passatów, golfów, atrójek-czwórek-szóstek, beemwu i mercedesów. Większość na blachach z Reichu, choć zdarzyło się kilka miejscowych, którym zatarasowano wjazdy do domów i musieli zostawić swoje volkswageny przed domem. Każdego szkoda. Ja uznałem, że się nigdzie nie wybieram, ale na wszelki wypadek zostawiłem malinkową aczwórkę na podjeździe, jakbym potrzebował na już pojazdu.
Każdą wolną przestrzeń na poboczach, rantach i chodnikach, zajmowały budy, namioty i stoiska z najprzeróżniejszym dziadostwem, wagony ze strzelnicami, nawet ktoś przyjechał i Malince na placu karuzelę postawił. A sam Malinka wszystkie samochody staremu Brzezinie pod las wywiózł, w obawie że poprzedni właściciele mogliby rozpoznać swoją zagubioną własność, a na umowie kupna-sprzedaży nie rozpoznać swojego podpisu.
Punktualnie o dziewiątej rozpoczęło się nabożeństwo, które jednocześnie po polsku, śląsku i niemiecku prowadziło ośmiu księży, z których najmłodszy miał trzydzieści dziewięć lat, a pozostali średnio osiemdziesiąt pięć. Jako, że nie uzgodnili ze sobą, kto mówi, kiedy, co i po kim, przepychali się i popychali, wyrywali sobie albę, mikrofon i inne utensylia, a jak doszło do komunii, to młody ksiądz nie wytrzymał: wybuchł, opieprzył i rozstawił wapniaków po kątach, rozsadził jak dzieci i skończył mszę ekspresowo. Siedzieliśmy z Kleo (która na ten dzień miała dwa kucyki, białe podkolanówki i wyglądała jak, ekhem, ekhem, uczennica ze szkoły, do której każdy pragnąłby chodzić - albo jak gwiazda wieczoru kawalerskiego) w pierwszej ławce i bawiliśmy się setnie. Ja miałem popcorn, a Kleo... Jednego z tych długaśnych lodów na patyku. Jak przyszło do klękania, to większość ludzi wstrzymała oddech, a jeden klecha musiał usiąść. Po mszy świętej wszyscy klaskali, a te klechy które nie zasnęły na miejscu, popędziły prosto do Kleo, błogosławić, ślinić się, sławić zamysł pana boga i rozdawać obrazki. Młody księżulek machnął na nich ręką, poszedł po watę cukrową i słuch po nim zaginął. Do dziś emajej, czyli zaginiony w akcji. Pewnie zrzucił sutannę i nadrabia... Ja bym tak zrobił.
***
Potem cała horda Polaków, Niemców, niemieckich Polaków, Ślązaków i wszelakich pomiędzy, poszła w ogródki piwne, w budy z petardami, futermelokami, szklokami, w karuzele, strzelnicę i jeszcze coś. Kleo od razu obskoczyli panowie ze złotymi łańcuchami, ajfonami, z trajbalami na wypakowanych ramionach i kluczykami do audic i passatów. I dawaj, prześcigać się w bicepsie, prestiżu, zwinnej gadce i światowym obyciu. A Kleo... Cóż, jak to Kleo, uznałem, że sobie poradzi i poszedłem do Malinki go powkurwiać. Malinka akurat targował się z jakimś Niemiaszkiem o butlę gazową. Szły nichty, najny, warumy, arbajt macht fraje, ciklonnen be wam jebanym niemcom i szajse polniszen interesen.
Ich habe nicht cuzamen zwei kleine gelaufen, bitte nicht deutsche banditen im meine oktoberfest!, odzywam się do Niemca, klepiąc jowialnie Maliniaka po plecach. Niemiec, facet ostrzyżony i z brodą, siwy, zbladł, choć był opalony jak bauer. W sensie jak farmer. Patrzył na mnie, na Malinę, i robił gest niedowierzania.
Malina, co ty odpierdalasz, pytam grzecznie handlarza, czemu Niemcowi butli nie chcesz sprzedać? Idiota ma punkt wymiany. A Malinka, który generalnie znosi mnie dzięki Kleo i chyba tylko dlatego, burknął coś, że nie chce powtórki z rozrywki i żadnemu Niemcowi gazu nie sprzeda, bo a nuż znowu się zacznie i to do niego będą pierwsi z pretensjami. Kupiłem od niego tą butlę, dogoniłem Niemca i uroczyście mu ją wręczyłem. Skonfundowany facet dziękował mi i dziękował, że on kompoty gotuje na kuchence, i że ma tu sad a w nim dziesiątki baum drzewek, żona frau i córka madsien zbierają, on obiera, i dziękuje mi i dziękuje, prawie się chłop rozpłynął w podziękach. Ktoś nam nawet zdjęcie zrobił, a potem to się zaczęło, każdy z komórką, ajfonem ajpadem i aparatem robił zdjęcia mi i facetowi, nawet jak się rozeszliśmy. Później się okazało, że to jakaś szycha z Bayernu, Aldiego czy innego Bundestagu i faktycznie dałem gaz Niemcowi u władzy... Ale z drugiej strony, co za różnica?
Malinka zniknął z horyzontu, Kleo korzystała z powodzenia i patrzyła z uśmiechem, jak zastęp trajbalowców po kolei startuje w szranki w strzelaniu z wiatrówki, kupowaniu lodów, waty cukrowej, misiów, plastikowych dinozaurów i innych dupereli, ale pomachała mi, więc uznałem, że świetnie się bawi i jakby co, to mnie znajdzie.
***
I na to wszystko wjeżdża nie kto inny, ale Liga Narodowa, czyli super hiper ekstra ultra prawicowa ekipa motocyklistów, których największym jak dotąd dokonaniem jest niszczenie dwujęzycznych znaków i spuszczenie wpierdolu Bronkowi Mullerowi, który nawet po niemiecku nie mówi.
Szanse były wyrównane: Dziewięciu motocyklistów w skórach, glanach i z łańcuchami rowerowymi vs. dziesięciu trajbaldresów w japonkach, polówkach i ze złotymi łańcuchami.
Ludzie zaczęli się wykruszać, przerzedzać, znikać w ogródkach piwnych, zaułkach, samochodach. Ktoś w popłochu przewrócił stoisko z kukurydzą, jak buchnęła para... Nagle zrobił się z tego kadr z filmu.
I pomiędzy dwiema, stojącymi naprzeciwko siebie grupami, przedefilowała, kręcąc wydatnym tyłeczkiem Kleo Sewittz, nie zaszczycając spojrzeniem ani jednej, ani drugiej ekipy. Przeszła obok nich, do mnie, złapała mnie za rękę i pociągnęła ze sobą do domu. I właściwie tyle wyszło z mojej realcji wielkiej bitwy, nic więcej nie było mi dane zobaczyć. Przez jakiś czas w ogóle mało widziałem, bo twarz miałem sukcesywnie wciskaną między różne, ekhem, części ciała, które występują parami. Nie, żebym narzekał.
***
Gdzieś trzy godziny później przypomniałem sobie o gówniarzach, więc poszliśmy z Kleo do wsi akurat na czas, żeby "odnaleźli się", upici tanim winem, obtargani, w częściowo odpompowanym szambie zdziwionej rodziny Bartoszów, pod sceną zespołu wiosko-polo "dj Mariush Superdance". Śmiechom nie było końca, żaden nie pamiętał, co mu się stało, ale śmierdzieli tak przestrasznie, że sołtys kazał strażakom ich wywieźć na pole obok i potraktować armatką. Źli motocykliści zniknęli, tak samo karki w klapkach, gdy totalnie zagubieni przejeżdżający autobusem kibice Polonii czy innej Legii zatrzymali awaryjnie autobus, wybiegli z niego i chcieli wjebać jednym i drugim. Odpust skończył się definitywnie około siódmej, gdy ostatni względnie trzeźwy z wiekowych księży postanowił udowodnić wójtowi, że czuje się młodziej, niż wygląda. Przez nikogo niepodpuszczony (ale też i niezatrzymywany), wspiął się na karuzelę, zwisł na rękach... i zleciał z niej, bardzo efektownie zmieniając stoisko ze szklanymi bibelotami w miejsce nieudanego lądowania i, ostatecznie, w miejsce, gdzie zwalili się wszyscy ludzie świata. Najpierw gapie, potem policja i karetka, potem koroner-pijaczyna, potem na końcu jakieś dziwne konklawe się z tego zrobiło...
Krótko mówiąc, zjechały się chyba wszystkie klechy, mohery i oazowa młodzież z całego regionu. Malinka ma teraz chóry, drogi krzyżowe i różaniec 24/7 na placu pod domem, karuzela nie ma jak wyjechać, bo wszędzie kwiaty, znicze i ludzie w śpiworach. Może spokornieje jak się dowie, że mu kapliczkę z kurantami postawią i będzie miał bimbambomy trzykroć na dobę.
Tyle wrażeń! Jeszcze nie zamietli ulicy, a ja już ciekaw jestem, co za rok wymyślą. Już dzwonimy z Kleo do wszystkich i zapraszam na przyszły rok.
A następnego dnia, czyli tydzień po imprezie przyszła delegacja wójta i sołtyski i wręczyli nam ordery, medale, symboliczne pieniądze i kwiaty, ja za "Pomoc W Organizacji Uroczystości" i "Wychowawstwo Gminne" a Kleo za "Nieustającą pomoc oraz inspirację, na drodze ku lepszemu gminy Oberforst".
A Malinka dostał przedsądowe wezwanie do zapłaty za przetrzymanie karuzeli i mandat za naruszanie spokoju w miejscu publicznym.
22:55

Penny Pulp #21 - Środki uspokajające


Są dni, że mi piere na dekiel i trzeba dać mi coś do połknięcia, najczęściej baterię leków refundowanych z psychiatryka. Wtedy wysyłam listy i odbieram telefony, otoczony ciepłymi szczurami i zimnymi spojrzeniami sąsiadów. Wtedy dzwonią telefony.
Krukarnia, słucham, mówię, odbierając telefon. Jakiś dziwny numer, pewnie jakaś facetka.
Trina Bialska, mówi miły, choć nieco zachrypnięty głos, czy powiedział pan "drukarnia"?
Nie, droga pani, choćbym chciał, niestety, nie drukarnia. Krukarnia to jest. Wyjaśniłem, ale taki hałas w tej słuchawce, że nie wiem, czy usłyszała.
Ahaa... Mówi pan, krukarnia, krukarnia, coś mi to mówi... Zastanawia się na głos facetka. Dziwna jakaś, dzwoni i nie wie po co? Ani pomyłka, ani nic?
No raczej powinno, kurwiszka, przecież to pani do mnie dzwoni, co nie? Rzeknę nagle do słuchawki poirytowany.
Krukarnia... Kontynuuje babka. Kruki hodujecie?
Właściwie to nie, tak tylko mówię, jak telefon odbieram, faktycznie to gabinet salon piękności kosmetyczny.
Facetka nic. W tle jakieś wiercenia, szlifowanie i koncert tercetu mariachich. Albo coś takiego.
Pani, kurwa, mówię grzecznie do telefonu, linię pani zajmuje a ja na ważny telefon czekam.
Tak właśnie przypuszczałam! Krzyczy mi w słuchawkę uradowana facetka.
To czyli co, bo nie wiem? Pytam, bo chcę wiedzieć. A facetka nic. No kurwa. Rozłączam się. Nic się nie dzieje. Wyciągam kabel ze ściany. Nic. Walę w przestarzały, plastikowy telefon z pięści. Nic.
Pani, kurwa! Krzyczę. Daj pani spokój! Idź pani w chuj!
I wychodzę, trzaskam stopami na kaflach, tup tup człapię po trzech schodach i siadam zdezorientowany na cegle, na stuletniej cegle, właściwie trochę małe z niej siedzonko, ale usiąść muszę, bo mnie coś telepać zaczyna. I jak mnie już telepie, to czas na gruszkę.
Idę po nią, przynoszę, stawiam przed sobą i rozchylam jej pośladki, żeby zakosztować słodyczy i bogactwa smaku. A gruszka ma przykazane nic nie mówić, sama zresztą nie miałaby nic do dodania, szaleństwo jest, a jak jest to też i nie ma, więc tylko czasem jęknie, jak pożerając ją, smyrgnę w pestkę, niby niechcący. A jak skończę gruszkowe szaleństwo i język mam nieco skołowaciały, idę do telefonu z powrotem. A gruszka może wrócić do pilnowania mnie w tym stroju z brokatem i cekinami. Mam takie wiry, że mógłbym nie zauważyć.
Kabelek do ściany, słuchaweczka do ręki i telefon odbieram. Dzwoni.
Katolickie centrum wypożyczania pająków
Thinktank Poznań (brzmi mądrze, nie wiem co to jest)
Komenda policji w Brudnym Wazonie
I moje ulubione
Fundacja imienia Emilii Kacap
I za każdym moim słucham czy w czym mogę pomóc, jest wkurwiony petent, który usiłuje się dodzwonić do biura, które wysłało mu trochę starej zakurzonej tapicerki, kawałki płaskorzeźby gipsowej z seksem grupowym i zdjęcie superblondyny z wielkimi cycami z numerem telefonu napisanym na odwrocie. I reklamą domowego środka na życie, wszechświat i całą resztę o smaku czosnku lub malin... i zaproszeniem do wpadnięcia w odwiedziny.
Najczęściej dzwonią po płaskorzeźbę, jebani zboczeńcy. Taka chujowizna, to nie moi przyjaciele, tylko jakieś fiuty gluty, każdy tylko ruchać, najebać się, rzygać i telewizję oglądać. Rzygać mi się chce jak o tym myślę, więc wzywam moją samobieżną gruszkę na dwóch szpilkach i oddaję się fieście, buszując wśród słodkiej lepkości.
Kleo nie lubi jak biorę środki uspokajające... Nie jestem sobą, powiada. Dobrze, że bromu nie jem, rany.
22:53

Penny Pulp #20* - Gosenheim


* poniższy odcinek proponuję traktować jako bonusowy, to znaczy może będą jego bezpośrednie kontynuacje, a może tylko pośrednie. Z okazji dwudziestej pulpy rzucam tu garść odpowiedzi, które i tak najprawdopodobniej tylko spowodują nowe lawiny pytań... Ale czy nie tego się spodziewaliście? *


Mam stłuczony mały palec u nogi, więc nie bardzo mogę się ruszać... Podziękowania należą się mojemu psu, kurwa mać, ale to już wiecie.
Na domiar złego, wszyscy chyba się zorientowali, że siedzę w domu, więc co chwila telefony: A to kredyt (nie, dziękuję), a to usługa telefoniczna (nie, dzięki), a to ten facet z AMO Services (zestaw męskich lalek z ich mikrochipami, aha, na pewno, oczywiście, panie żabko), a to kredyt (spierdalaj), a to rodzice Kleo, a to promocja w hurtowni kabli, a to chuj wielki i szelki. Wyłączyłem telefon. Do dupy niech sobie dzwonią. Rodzice Kleo i tak mają przyjechać, tylko są w jakiejś Tajlandii, gdzie sprzedają te swoje technogwoździe. Kleo chodzi po sąsiadkach i rozpytuje o wioskę widmo, a ja siedzę i modyfikuję francuski mikrochip. Prędzej się zesram, jeśli męska lala mojej produkcji nie będzie miała obejścia i zworki nastawionej na zdalne sterowanie. A jak ją wymontują, to mogą sobie lalę w dupę wsadzić, bo wszystkie bezpieczniki są na tym jednym obwodzie, haha. Tak sobie myślałem i mruczałem do siebie z lubością, lutując i przekładając kabelki.
Późnym popołudniem przyszła Kleo ze Ślepnirem, który wyglądał na jakiegoś uczesanego, niezarobaczonego, w ogóle czystszego niż zazwyczaj. Dosłownie błyszczał. Kleo, jak zwykle, również mieniła się w oczach, ale może to halucynacje od lutownicy?
Kim jesteś i coś zrobiła z moim psem? Zapytałem, drapiąc go za uszami i dyskretnie sprawdzając, czy nie ma robaków. Nie miał.
Kleo Sewittz! Wykrzyknąłem. Coś ty zrobiła z moim psem?! Gdzie są te nie do wytrzebienia kolonie dziwnych robaków? Te glisty, tasiemce, wszy, pchły, chrząszcze, pijawki i reszta?
Doktorze, bo ja nie wiedziałam, co zrobić! Powiedziała, naprawdę smutna i poczułem się głupio. Przysiadła swą kształtną pupą na wolnym brzegu stołu.
Ale, eee, co się stało?
No bo ja chciałam się dowiedzieć, co to w końcu z tą wioską obok, a pani Schwalbe, Weiss, Schwartz, Komos i Weltshlang kazały mi obiecać, że nikomu nie powiem, i...
I co?
No i wykąpałam pieseczka, odrobaczyłam i wzięłam ze sobą na rozmowy...
Przez chwilę nie rozumiałem. A potem zrozumiałem.
Kleo Sewittz, czy ty właśnie socjotechnicznie i technologicznie obeszłaś obietnicę daną tym starym czarownicom? Kleo z głośnym jękiem wciągnęła powietrze, a na twarzy jej pojawiła się nieopisana groza.
Co? Spytałem.
Skąd doktor wiedział, że są czarownicami?
***
Wiedziałaś o tym? Spytałem Kleo po tym, co usłyszeliśmy z psa, jak Ślepnir wyszedł na dwór się potarzać, a my patrzyliśmy, jak godziny pracy Kleo poszły na marne w kwadrans.
Mama mi nigdy nie opowiadała... A babcia odeszła, jak byłam malutka. Myśli doktor, że to dlatego...?
Nie wiem, Kleo. Nie wiem. Ale to mi się wszystko zaczyna układać...
W co?
W... Jeszcze nie wiem.
I nic więcej nie pamiętam. Nula, nic.
***
Obudziłem się później na leżaku. Obok mnie leżała Kleo, która przywarła do mnie, niemalże przylgnęła, całym ciałem jak mała dziewczynka do ogromnego psa. Zachodziło słońce, a za plecami słyszałem ciche chrobotanie i jakieś głosy.
Tak pięknie wyglądają razem... Oooch, aż chce się żyć, prawda?
Chrząknięcie.
Przepraszam, zapomniałam, ale to tylko figura retoryczna, panie Hoffmanie... Niech pan dba o nich, o niego też.
Hoffman gadał chyba z którąś z tych starych bab... Ale nie wiem. Nie widziałem. Znowu urwał mi się film.
***
Następnego dnia obudziłem się w łożu Kleo, ale nie pamiętam, żebym się doń kładł. Dziwne. Kleo też się obudziła, też zdziwiona.
Doktorze?
Kleo?
Mam dziurę w pamięci chyba, nie wiem co mi jest... Nigdy się tak nie czułam!
Ja też nie pamiętam niczego... Miałem palec stłuczony. I... Auć! Dalej mam. Zegarek... Pokazuje, że Ślepnir obrabował bankomat dwa dni temu.
Kojarzę, że coś Ślepnirek... Ale co? Pojęcia nie mam...
Ja też. Sprawdzę czarną skrzynkę... Przywołasz?
***
Odtwarzaliśmy z Kleo nagrania z psa. Chaotyczne bajania starych bab, na pierwszy rzut oka zwykłe bajdurzenie po niemiecku i polsku jednocześnie. Odsiałem szumy, chroboty, drapanie, głos Kleo i przejeżdżające samochody. Zostały tylko nieuporządkowane urywki rozmów.
"Dawno, dawno temu, we wsi obok, zwanej melodyjnie Gęśle, z niemiecka dawniej Gosenheim, (...) się siedziba Sabatu Wolnych Czarownic. W skrócie Sawoc, jak mówiłyśmy. Założył go w 1899 roku Wilhelm (...), aby skupiać... Leczące, akuszerki, zdolne, gramotne i też te po prostu dziwne kobiety w jednym miejscu. Chrrr..."
"Kleo, kochanie, zrobić ci rumianku? No, co to ja... Na miejscu wyludniającej się z przyczyn bardzo trywialnych, bo z powodu budujących się w okolicznych miastach fabrykach, wsi Gosenheim, powstał pierwszy sabat wolnych czarownic.
A potem (...) wojna. Najpierw pierwsza, gdzie Gosenheim przetrwał niemal nienaruszony; i druga... (...) Najstraszliwsza. Wtedy czarownice ukryły Gosenheim. Stworzyły pętlę na drodze, gdzie wjeżdżający wpadali w fałdę czasoprzestrzeni. Naprawdę. Zawsze na tej drodze w ułamku sekundy traci się kwadrans, prawda? To pozostałość pętli Sawoc."
"Twoja matka i ty wyglądacie tak samo... Jak twoja babcia."
"Obiecano im nasze (...) tereny pod uprawę jeśli wydadzą Gosenheim"
"Sawidz, sabat widzących, czy też sawoc, należał do najpilniej strzeżonych sekretów regionu. Nawet bardziej niż ten Alfred i to jego podziemne zło, eee, ale nie źle o zmarłych, jak nie trzeba. Oni tak pięknie razem z tym księdzem, zawsze razem... "
"A potem przyszli czerwoni. Śmierdzące (...) dzikusy w tych swoich śmierdzących czołgach odnalazły nas, to było straszne..."
"Żaden nie przeżył do końca wojny"
"W Alfredzie wtedy coś pękło i (...)"
"Zgwałcili nas wszystkie: Mnie, moją mamę, moje siostry, wszystkie nasze dziewczyny... Okrutnie, wielokrotnie. Spalili nasz szpital, nasz sabat, nasze kuchnie i... Wszystko. Prawie wszystko spalili. Zamordowali wszystkich, poza naszą szóstką... Eee, mną, Szwalbą, Czarną, Białą, małą Komos, (...), no i ten, robi się późno..."
"Te sku-kurwysyny, be-bezbożne fajfusy, ta dzicz, ta swo-wołocz! uff... Ekhm. Te skurwysyny zniszczyły w pięć dni to, co my budowałyśmy w pocie czoła przez lat czterdzieści i (...). Wyglądasz prawie tak samo jak twoja babcia, wiesz? Ona... Ona, eee... Też była taka piękna... Jezu, dziecko, zabijesz się w tych szczudłach!"
"Zastanawiałaś się kiedyś, dlaczego ty potrafisz to zobaczyć, a inni widzą tylko pole?"
"Wiesz, jak działasz na (...) to przez nią właśnie i przez Sawidz"
"Ten doktorek też to widzi? Jak to?"
"Twoja babcia... Ach, Marta była najpiękniejsza z nas wszystkich."
"Ukryłyśmy w kominie"
"Po wojnie osiadłyśmy tutaj, żeby mieć baczenie na Gosenheim. To bardzo ważne, a twoja matka specjalnie blokuje..."
"Ten doktorek... Ufasz mu?"
"Przeklęłyśmy wszystkich, którzy doprowadzili do naszego nieszczęścia. Dopóki ostatnia z nas żyje..."
"Naturalnie biegła w sztuce miłości"
"Naznaczone dzieci zdrajców"
"Piekło pochłonie"
"To widać"
"To mówisz, nie jest doktorem? Ahaaa"
Ślepnir umilkł. To był koniec nagrania. Kleo i ja spojrzeliśmy po sobie. To całkowicie zmieniało postać rzeczy.
Wyszliśmy z jej sypialni. W dużym pokoju, na bardzo drogiej, solidnej i ręcznie szytej skórzanej sofie, jak króliki gzili się Rosalie i Albrecht, rodzice Kleo. Ona miała na sobie tylko wysokie, różowe buty podobne stylem do tych Kleo, a on był goły jak święty turecki. Oboje mieli też kowbojskie kapelusze.
Oni tak na serio? Spytałem Kleo, jak zahipnotyzowany patrząc na skaczące, okrągłe pośladki jej matki, która ujeżdżała jej ojca, aż iskry szły. Rozumiesz coś z tego, Kleo?
O... Obawiam się, że możemy nie widzieć całego obrazka, doktorze. Powiedziała bardzo trzeźwo Kleo. Może powinniśmy być ostrożniejsi...
Zostawiamy temat na kiedy indziej i wracamy do łóżka? Zaproponowałem.
Tylko tym razem się rozbierzmy, powiedziała Kleo i poszła przodem, kręcąc kształtnym, okrągłym tyłeczkiem. Jej buty stukały głucho po ozdobnym gresie, gdy "wychodziła" z bielizny.
Nie idzie doktor? Powiedziała, wchodząc na wysokie łóżko, jak skradający się kot.
Ja nie idę?
22:48

Penny Pulp #19 - Napad na bank


Siedziałem wczoraj na werandzie, odrobaczałem leniwie psa, gdy zadzwonił telefon i odebrałem. Ojciec Kleo zadzwonił z jakąś pierdołą, a pięć minut później zaczął dwadzieścia minut opowiadania mi o korzyściach wynikających z inwestycji w polskie firmy, akcjach i giełdach... A ja jakoś nie byłem zainteresowany, więc powiedziałem że ostatnio nie mam kasy. Ślepnir w międzyczasie się zerwał i odbiegł. Może Kleo go wezwała, albo coś. Oczywiście jej ojciec jak usłyszał o mojej kasie, rzucił się do wysyłania przelewów, wspomagania, kurierów i dzwonienia do Kleo, aż jakoś tak umilkł, jak go poprosiłem, żeby kiedyś przyjechał i mi wszystko opowiedział przy zimnym, bezalkoholowym dzbanku zielonej z cytryną albo coś, bo ja przez telefon to i tak słabo rozumiem, mimo że minęło pół godziny, odkąd Ślepnir sobie poszedł. Rozłączyłem się, wziąłem książki i łyknąłem herbaty... A potem usłyszałem stukot obcasów Kleo na bazaltowych wysepkach, które ostatnio wkopałem w trawnik, żeby mogła iść i stukać.
Doktorzee!, woła Kleo. Wychylam się z okna.
Proszę? Pytam, a ona odwraca się do mnie i na mój widok rozpromienia. Tak, sypiamy ze sobą. Tak, mieszkamy osobno. Tak, daleko nie ma, przez drogę przejść i już.
Doktorze, Ślepnir chyba... Uciekł, powiedziała Kleo zatroskana. Ślepnir ot, tak by nie spierdolił, bez szans.
Próbowałaś go przywoływać? Pytam, a ona kiwa smutno głową. Biedulka. Pewnie chciała mu dać jakieś psie chrupki, czy coś. Dobre serduszko ma schowane pod tymi arbuzami ta Kleo Sewittz.
Faktycznie, spierdolił, powiedziałem gdy nie przybiegł na moje wezwanie.
Wejdź, zaraz go namierzymy. Kleo weszła, i moje eksperymentalne ćmy ją obsiadły, jak tylko przestąpiła próg.
Doktorze? Spytała Kleo, której każdy wolny kawałek ciała poza twarzą i dłońmi, pokrywały futrzaste ciemki.
Tak? Spytałem, nie odwracając się. Torowałem właśnie sobie drogę do terminala, żeby namierzyć psa.
Ciepło mi... Powiedziała Kleo słabym głosem. Ciepły dzień był, więc nie było w tym nic dziwnego. Odwróciłem się. I zamarłem.
Aaa, powiedz, że dzisiaj nie jest aż tak zimno.
Dzisiaj nie jest aż tak zimno, powtórzyła Kleo, a ćmy odkleiły się od niej i wróciły na obraz średnio znanego polskiego malarza Siemiradzkiego p.t. "Sprzedaż amuletów", który znalazłem na kupie gratów z domu Alfreda, a który jest idealnie rozmiaru dziury po szrapnelu, który przeleciał kiedyś przez pół mojego domu. Nie wiedzieć czemu lubiły na nim siadać.
Lepiej? Spytałem, patrząc jak Kleo mości się wygodnie na fotelu wśród swoich niemalże idealnych kopii, tyle że nieżywych i na ogniwo plastotermiczne.
Lepiej, odpowiedziała. Chociaż trochę dziwnie, przy tych wszystkich moich twarzach tutaj, doktorze, można je jakoś zasłonić?
Naciśnij przycisk z literką alfa, na panelu po prawej, powiedziałem. Panek, dobre sobie... Wiecznie rozkręcony, z wystającymi kablami panel, żywcem wyciągnięty z wyobrażenia technologii przyszłości z lat osiemdziesiątych. Jeden wampir go zajebał jak wychodziliśmy z jakiegoś muzeum... Ale to inna historia.
Kleo nacisnęła przycisk z grecką literą, i wszystkie STO model Kleo odwróciły się twarzą do ściany, wypinając, jeśli akurat miały, pośladki.
Och, doktorze...
Uśmiechnąłem się pod nosem. Postukałem w klawiaturę, aż mój własny chiński satelita namierzył Ślepnira. Był wioskę obok, koło jedynego we wsi banku.
Ślepnirek pod bankiem? A co on tam robi? Spytała Kleo, stając za mną i obserwując mrugający na mapie, czerwony punkcik z symbolem S.
Obawiam się, że trzeba po niego pojechać, powiedziałem. Chcesz jechać ze mną? Spytałem, a Kleo potwierdziła chęć skinieniem głowy. Coś mi się przypomniało...
***
Wsiedliśmy do mojego auta (upieram się przy samodzielnym prowadzeniu mojego/Maliny audi A4) i wyjechaliśmy na drogę do wioski obok. Droga była dosyć długa, kręta i mocno zniszczona, a pomiędzy lasami były łąki i pola uprawne. Razem, coś około pięciu kilometrów w linii prostej, czyli jakieś dwanaście cuzamen do kupy na liczniku.
Przed moim sprowadzeniem się tutaj była tu wioska, ale nikt z sąsiadów o tym nie chce rozmawiać i będę musiał kiedyś samemu zgłębić tę tajemnicę. Gdzieniegdzie widać wrośnięte w las kominy, resztki domów między drzewami, pokrzywione lub poprzewracane, zardzewiałe słupy wysokiego napięcia. Byłem w nastroju na zwiedzanie i odkrywanie tajemnic, ale pies ważniejszy. Kleo obiecała popytać wśród tych sąsiadek, które mogą nie być zabobonne i zechcieć odpowiedzieć. Aczwórka pruła po dziurawej drodze, kiedy usłyszeliśmy jakieś odległe pierdolnięcio-puknięcie i straciliśmy kwadrans. To znaczy... Droga jakby się wydłużyła o piętnaście minut, a nigdzie nie skręcaliśmy, nigdzie się nie zatrzymywaliśmy, nic. Vertigo trochę. Trzeba to będzie porządnie zbadać, oj, na pewno.
***
Po przybyciu na miejsce, Kleo z fotela pasażera zameldowała, że Ślepnir dalej znajduje się pod bankiem. Trochę trudno byłoby mi teraz się tam przedrzeć, zwłaszcza, że stały tam: karetka, dwa wozy policji, strażacy i, nie wiedzieć czemu, autobus pełen górników. I, że coś ją uwiera w pupę i w plecy. Zupełnie, jakby fotel był wypełniony klockami lego.
Klockami może nie, ale w środku, wewnątrz fotela poukrywałem pełne magazynki do pukawek, które miałem pod i za siedzeniami... A o czym zapomniałem, cholerka, jakbym miał pamiętać o wszystkim... Szajse.
Obiecałem Kleo, że w końcu przerzucę ten złom do bagażnika, a tymczasem trzeba iść odzyskać psa.
Przepraszam, powiedziałem do gliniarza, co pilnował chyba skrzynki pocztowej, bo o nią się opierał. Panie, co tu się dzieje?
Glina zerknął na mnie jak na debila, ale, żując gumę, odpowiedział: Napad jest. Jakiś facet wziął zakładników, czyli dwie facetki z obsługi, kilku petentów i dyrektora.
I co? Czemu nie szturmujecie? Spytałem, ale on już mnie nie słuchał. Bez słowa sobie poszedł. Dołączył do górników, strażaków i innych ludzi w podrywaniu Kleo Sewittz, która, jak gdyby nigdy nic, oparła się pupą o ciepłą maskę samochodu i robiła trik z włosami i przyciasnym podkoszulkiem. A po chwili trik z papierosem, trik z włosami i z "nie mam torebki, prawa jazdy ani telefonu, przepraszam". A gdy wszystkie oczy patrzyły już tylko na nią, zrobiła trik ze ściąganiem okularów przeciwsłonecznych i powietrze zrobiło się gęste. Niemal słyszałem, jak kilkanaście, jeśli nie kilkadzieścia par jąder produkuje plemniki na podwyższonych obrotach, a jakby ich rozebrać, to stado papużek miałoby gdzie przycupnąć. Na placu boju zostałem tylko ja i jakiś facet z radiem. Podszedłem do niego.
Co jest, kurwa? Pytam się go grzecznie, a ten tylko plecami do mnie i dalej coś po niemiecku do radia. Wzruszyłem ramionami i szarpnąłem drzwi do banku. Zamknięte. Oczywiście. Debil ze mnie.
Pojawił się facet, zdziwiony. Pokazałem mu, że jestem nieuzbrojony i że chcę być zakładnikiem. Facet zgłupiał, ale mnie wpuścił. Jak zamknął za mną drzwi, tak mi przyrżnął w ucho, że chyba straciłem przytomność.
***
Obudziło mnie bardzo nieprzyjemne doznanie: zakamuflowany w kominiarkę facet jedną ręką trzymał wycelowaną we mnie giwerę, a drugą trzymał fiuta i lał na mnie.
Co jest, kurwa, pojebany jesteś jakiś? Lejesz na jedynego człowieka, co chce ci pomóc? Kurwa, ja pierdolę! Zdarłem z siebie mokrą koszulę i koszulkę, demonstrując jemu i siedzącym na ziemi babkom, małolatom i emerytowi, moje rewelacyjnie wyrzeźbione nadwagą i siedzącym trybem życia ciało.
Facet zaczął coś wrzeszczeć i wymachiwać pistoletem, ale odkąd zobaczyłem w jego kaprawych oczętach, że się boi, uznałem, że chujek jest niegroźny i zacząłem chodzić po banku i szukać pieniędzy.
Co robisz, co? Co? I znowu podbiega do mnie i ciśnie mi tą gazówkę w skroń. Odepchnąłem go.
Pieniędzy szukam, kurwa! A ty po co tu przylazłeś, hę? O grzybach podyskutować czy na pedicure się umówić? Napad jest, trzeba kasę brać i zwiewać, a nie sikać na ludzi i wymachiwać bronią, jak debil! Przynosisz wstyd wszystkim przestępcom...! Miałem krzyczeć dalej, ale kopnął mnie w dupę tak, że krwiak zniknie najwcześniej na urodziny Kleo w październiku. Tak czy inaczej, zamknąłem się i usiadłem. Facet postanowił przejąć inicjatywę i zabrać mi komórkę. A na niej było mnóstwo skrótów i haseł, aplikacji do sterowania domem i czym tam jeszcze.
Wykręcił numer na policję, zaczął krzyczeć, że sprawa jest poważna, że ma zakładników, ale nie skończył, bo jak się odwrócił, to drzwi wybuchły i pozostało tylko go strepować i rozbroić...
Miał, osioł, ostrą amunicję. Czyli to ja jestem debil, co lekceważy zagrożenia. Tak, to by było to, myślałem, gdy rozbrajałem faceta z rewolweru z buta i groźnie wyglądającego noża spod płaszcza. Zapomniałem wspomnieć, że bydlak miał torbę, a w torbie kałacha? Na całe szczęście buc nie stanowił już zagrożenia, bo stracił przytomność, kiedy bojowo nastawiona paniusia w nieco zbyt krótkiej spódniczce i nieco zbyt małym staniku rzuciła w niego sporą donicą. Trudno! Teraz ja na niego siknę, ha!
***
Czułem się nieco dziwnie, gdy wkroczyły gliny, strażacy, Kleo i górnicy, a ja akurat stałem, goły od pasa w górę i oddawałem mocz na twarz i spodnie przytrzymywanego przez dziadków delikwenta. Gliny skuli go, pogrozili mi palcem, ale poczekali, aż skończę, jebańcy... Personel banku rozbiegł się sprawdzać, czy coś nie zniknęło, a ja przypomniałem sobie, po co tu właściwie przyszedłem. Kleo, otoczona wianuszkiem górników podeszła i tak mnie pocałowała, że kopidoły i babcie zaczęły klaskać, a zawiedzeni strażacy wyszli. Nie dość, że nie mieli nic do roboty, to jeszcze Kleo robiła trik z uniesioną nogą i przeczuwali, że nie poruchają, choć jak znam Kleo, mogli zaliczyć drugą bazę, i mieć termin na trzecią, czwartą i jedenastą.
Martwiłaś się? Spytałem, patrząc na to anielskie oblicze i przyciskając jej piersi do mojego nagiego torsu.
Martwiłam się, że możesz dostać odłamkiem, doktorze... Powiedziała anielica, której obuwie dzisiaj przekraczało nawet normy Kleo. Pewnie ją te górniki wzięły za jakąś gwiazdę porno, albo coś... W sumie wcześniej nie zwróciłem na to uwagi, ale jej stanik był wściekle różowy i wystawał spod pękającego w szwach, wypełnionego do ostatniej nitki podkoszulka z jakimś głupawym napisem typu Pole Star czy coś. Poczułem przyrost energii witalnej.
Kleo? Zagadnąłem.
Tak? Ona też zauważyła, a raczej poczuła wzrost sił życiowych. Napierał na jej brzuch, bądź co bądź.
Czy Ślepnir się znalazł?
Och, tak! Właśnie! Ledwo się wtoczył do samochodu, jak doktor wszedł do środka. Wyjaśniła, uradowana.
To lepiej spierdalajmy, bo mam złe przeczucia.
Dobrze, zgodziła się chętnie Kleo i przez nikogo nie zatrzymywani wyszliśmy z banku. Przed budynkiem stało kilku gliniarzy i jeden robił zdjęcia rozprutego od środka bankomatu, a kolejnych czterech zabezpieczało pannę Gertrudę Schneider, która rozwaliła drzwi do banku i teraz się awanturowała, że pancerfaust jest jej, policja nic nie robi tak samo jak przed wojną, że wstyd jak chuj przed całym światem i że bankomat to nie jej sprawka i mogą przeszukać jej torebkę.
Zrobiła się nie lada chryja, ale w końcu wsiedliśmy do auta, gdy już mnie przeszukali raz, na odpierdol, a Kleo bardzo dokładnie i wszyscy obecni na miejscu mundurowi.
A potem pojechaliśmy z powrotem do domu, gdzie Ślepnir czknął i wypluł kasetę z bankomatu prosto na mój mały palec. Więc jestem uziemiony na najbliższy tydzień, aż opuchlizna zejdzie i pojawi się nowy paznokieć.
Nigdy więcej nie powiem przy nim, że czegoś nie mam.
09:17

Penny Pulp #18 - Śmierć Sąsiada

# jakieś dwadzieścia stron, pisane na telefonie ;]

Miałbym czas na robienie swojej roboty, ale niestety... Jak to czasem bywa, mój sąsiad postanowił wybrać się na tamten świat. Nie byłoby w tym niczego dziwnego... Gdyby nie fakt, że dziadunio ma dziewięćdziesiąt lat i skurkobaniec jest żwawszy, bardziej żwawy i żwawsiejszy niż ja.
Ale od początku: Działka obok mnie,  za krzaczorami i dawną oborą, składa się z pola, jakichś dwudziestu arów, drogi, domu z ogrodem... A za domem jakieś następne trzydzieści arów. Razem... coś ponad siedemdziesiąt. I to wszystko sam obrabia dziewięćdzięsiolatek, sam kosi, sam sobie gotuje, cichutki i spokojny. Podobno przed wiekami był w Kriegsmarine, a potem chyba był aptekarzem... Tak czy siak, kilka dni temu się nadwyrężył i teraz Kleo się o niego troszczy, a ja, jako że to spoko sąsiad, pomagam. Dziadunio spostrzegł, że chyba z tego nie wyjdzie cało, i poprosił, żebym wziął sobie jego różne graty i zawartość stodoły, zanim przyjadą jakieś nie wiadomo jakie farfocle zstępni po kisielu i rozkradną wszystko, o co on dbał przez ostatnie siedemdziesiąt lat.
Wręczył mi uroczyście klucz do kłódki, po czym poprosił, żebym nie zwlekał. Zostawiłem ich, tzn dziadunia i Kleo samych, i poszedłem za dom, w stronę stodoły.
Był to naprawdę piękny, zadbany, murowany budynek. Dziadunio dbał do przesady; dachóweczki równiutkie, deski zdrowe, widać wymieniane na nowe, bo niektóre jaśniejsze, nigdzie żadnej obluzowanej cegły, zasuwa pomalowana, nic się nie sypie, nie ma się do czego przyczepić. Śląska perełka, możnaby rzec. O dziwo cała stodoła, razem z przyległościami, mniej więcej po dziesięć metrów z każdej strony jest ogrodzona. Ogrodzenie wewnątrz ogrodzenia? Dziwne... Że też wcześniej nie zauważyłem.
Kłódka solidna, naoliwiona, duża. Łomem byś nie ruszył. Kluczyk wchodzi gładko, ale z odpowiednim oporem. Bardzo satysfakcjonująco. Przekręciłem, szarpnąłem, wyciągnąłem kłódkę i szarpnąłem za bramę stodoły. Wrota, właściwie. Okazało się, że pomimo wyglądu jakby nie - były przesuwne. Uchyliłem odrobinę... Dość, żeby się wśliznąć do środka. W środku panował półmrok, widać było zarysy różnych rzeczy przykrytych bawełnianymi pokrowcami. I drzwi, tak jakby ukośnie, do wewnątrz. Do jednego pokrowca była przypięta karteczka, a na niej wykaligrafowane na niemiecką modłę "Doktor Okropny".
Otworzyłem karteczkę, a tam był liścik. Jego treść brzmiała:
"Drogi Doktorze Okropny,
 Piszę ten list w pełni władz umysłowych i w pełni sił... ale przeczuwam, że już niedługo przyjdzie na mnie pora. Mam dziewięćdziesiąt osiem lat i sądzę, że to już czas. Nigdy nie chciałem dożyć setki.
Póki żyję: Doktorze, zawartość tego budynku, razem z nim samym i gruntem na nim stojącym i tym obok, przekazuję panu i Kleo Sewittz na własność. Stanowią osobną działkę, która przytulona jest do pańskiej. Czy wie pan, że budowałem pańską oborę? Stodoły niestety nie, dlatego pewnie tak często się zapada...." No, albo dlatego, że co chwilę ktoś usiłuje mnie wysadzić...
"Wszystko, co się znajduje w moim domu, proszę, aby panna Kleo wzięła dla siebie, a to, co nie przekazała potrzebującym. Kosztowności i pieniądze schowałem w walizce doktora, kiedy ostatnio u mnie ją zostawił. Jest w bagażniku.
Doktorze, w pańskie ręce składam dzieło i dorobek mojego życia, proszę wspomnieć mnie czasem przy lampce.
Wszystkie brakujące dokumenty są w teczce, którą do rąk własnych dostanie Kleo Sewittz.
Doktorze, zdrowia życzę. Klucz jest pod cegłą narożną. Proszę uważać, stopnie są śliskie.
Alfred Rosborg
P.S.
Niech doktor zrobi z tego dobry użytek. Przepraszam, ale pole i dom zostały zapisane mojemu prawnukowi, który, mam nadzieję, nie odziedziczył charakteru po swojej matce. 
P.S.2. Dbaj o wujka Hetzera. :)
A.R. "
Taki dziadunio, a w liście emotikonę umieścił... Oj, Alfredzie, Alfredzie... Cóżeś tu schował? Jakiego wujka? Postanowiłem nie czekać i się nie zastanawiać. Wyszedłem ze stodoły, starannie zamykając wrota na kłódkę i wieszając klucz na łańcuszku na szyi. Mam tam jeszcze klucz do Ślepnira. Do Kleo nie muszę, bo u niej zawsze otwarte... Rozmarzyć się - dobra rzecz.
Poszedłem do domu po laser. Nie było czasu, musiałem wyciąć ogrodzenie między stodołą Alfreda a moim domem, razem z chwastami i krzaczorami, a nie było czasu na zabawę w wycinkę. Laser jest co prawda wciąż w fazie testów, ale chyba sobie poradzi... Myślałem.
Byłem w błędzie. Laser nie tylko sobie nie poradził, ale też coś się w nim grubo spieprzyło i bluznął ogniem tak, że ledwo butem zadusiłem ogień. A i wypalił dziurę w trawie. Wyrzuciłem bezużyteczny złom na kupę pod wiatą i poszedłem po spycharkę pod drugą wiatę. Ostatnio wyrównywałem trochę teren, trochę zasypywałem trupy, więc zostawiłem sobie... Jeść nie woła. Zwłaszcza, że to... Hm, składak ze średnią wieku części w moim wieku, z benzynki przerobiony na wodór, więc działa odpowiednio, jest bezawaryjny i właściwie może stać, gdzie stoi... A teraz trzeba było go odpalić. Czytuje się czasem jakieś recenzje, że imć pan redaktor wsiada do pachnącej świeżością maszyny, zachwyca się jej ergonomią, poleruje truskawę nad cichutkim burczeniem silnika. No, ja nie czytuję, ale czytuje się. W poczekalni, jak się pojedzie z Kleo do kosmetyczki "na kwadrans". Moja spycharka ma silnik który ma tylko jakieś sześćset koni i wydech, o którym powiedzieć, że wyrabia, to jak powiedzieć, że jedna filigranowa blondynka zaspokoi potrzeby seksualne jednego osiedla z wielkiej płyty. Gdy ostatnio odpaliłem w nocy, jak pierdyknął wydech, to musiałem go dwa dni szukać, bo nie widziałem, dokąd poleciał. Więc teraz nie było czasu na zabawę w tłumikowanie, sranie po krzakach i przyjazdy rzeczoznawców, trzeba było wsiąść do maszyny i jak najszybciej przyłączyć działkę ze stodołą Alfreda do mojej, zanim ktoś zacznie zadawać głupie pytania.
Spycharka na podwoziu ruskiego czołgu dosłownie wprasowała krzaczory, betonowe ogrodzenie, metalową siatkę i spory fragment trawy w podłoże, tworząc nieciekawy obraz nędzy i powojennej rozpaczy, ale szybciutko lemieszem ze stalińca rozprowadziłem jedną górkę ziemi po krajobrazie i pozostawało tylko postawić lepsze ogrodzenie, żeby ewentualni spadkobiercy ziemi pana Alfreda nie mieli wątpliwości, czyja jest stodoła i wszystko pod nią.
Dwadzieścia pięć minut później Kleo uspokajała wszystkie sąsiadki, że to tylko doktor Okropny znowu równa teren swoim wehikułem, i nie ma się co martwić. I wróciła do Alfreda, który klarował jej prawne zawijasy swojego życia i, przede wszystkim, śmierci.
A ja zaparkowałem maszynę przed stodołą i wśliznąłem się do środka jeszcze raz.
***
W środku panowała idealna cisza i porządek. Pod pokrowcami stało przynajmniej pięć pojazdów, z czego co najmniej jeden bardzo, bardzo duży. Myślałem, że może kombajn... Ale sprawdzić trzeba było później. Starszy pan jeździł golfem dwójką, którego miał od nowości i który, o ile pamiętam, chodził jak zegareczek. I teraz będzie mój... Aż żal, ale skoro mam z niego zrobić dobry użytek, to przecież nie będę jak ten przysłowiowy Niemiec (wybacz, Alfredzie) pod kocem trzymał? Wymaluję go jak czerwony baron swój trójpłatowiec, przysiągłem sobie, i będę nim jeździł tylko... A, zresztą, zobaczymy. Ściągnąłem z niego pokrowiec. I prawie się zachłysnąłem.
Starszy pan musiał wiedzieć, że ta chwila nadejdzie już od długiego czasu, i musiał wiedzieć, że docenię żart. Golf był błyszczący, świecący, w środku było pachnąco i wysprzątaniutkie do ostatniego ziarenka piasku. Naprawdę. A z kluczyka w stacyjce zwisał maluteńki model Fokkera Dr. I. w słynnych barwach von Richthofena. No, skubany dziadunio! Powiedziałem do siebie z uśmiechem. Ciekaw byłem kolejnych niespodzianek. Drugi pokrowiec skrywał, nie uwierzylibyście - jeszcze bardziej świecący i błyszczący - egzemplarz Mercedesa-Benza, co później musiałem sprawdzić, trzystadwudziestki. Był w stanie super-cycuś-Kleo-Sewittz i w takim stanie pewnie kosztował z bańkę, albo i lepiej. Dziadunio Alfred coraz bardziej mnie zaskakiwał. W życiu nikt by nie uwierzył, że ten dziadunio ma w stodole takie skarby. W życiu!
Pod trzecim były jakieś szpargały, skrzynie, duperele w skrzynkach ze swastykami, otworzyłem dwie z wierzchu i nawet specjalnie się nie zdziwiłem: jakieś tam głupoty w stylu stare mundury galowe, flagi, jakieś dziwaczne urządzenia i gdzieniegdzie menażki. Nic specjalnego, uznałem.
Wśród skrzyń były mniejsze i większe, niektóre całkiem nowe, jednak zrobione na starą modłę, tyle że bez swastyki. Z kilku najniższych coś ciekło, co po organoleptycznym sprawdzianie węchowo-smakowym okazało się być olejem maszynowym. Pewnie jakieś stare duperele, ale nie wiadomo. Intrygowały mnie drzwiczki tak, że ledwo byłem w stanie poprawnie przykryć te skrzynki, więc zrobiłem to dosyć niedbale... Mimo, że Alfred jako mój sąsiad wiedział o moim niedbalstwie, czułem się jak świnia.
***
Klucz do drzwiczek znajdował się tam, gdzie Alfred go odkładał przez ostatnie pół wieku, albo i lepiej. Zamek był bardzo solidny, naoliwiony i wytarty do sucha, i bez wątpienia kiedyś często używany.
Schodząc ostrożnie po bardzo dziwnych i trzeszczących schodach, myślałem o Alfredzie. Nie znałem jego historii; Kleo mi kiedyś opowiadała, jak się wprowadziłem... Detale. On sam nie miał żony ani dzieci, a jego brat był w lotnictwie czy coś i umarł, zanim zobaczył swojego syna, czy coś, a ta matka była amerykanką, która stacjonowała gdzieś tam, long story short, dziadunio miał po bracie jednego, jedynego zstępnego, który miał czterdzieści lat i nie był zainteresowany Alfredem... Aż do czasu, gdy Kleo Sewittz na prośbę Alfreda wysłała mu list opowiadający o dziadku i jego bracie, który ma dziewięćdziesiąt osiem lat i który uszanuje wolę brata i przekaże mu, czyli temu zstępnemu, kimkolwiek by nie był, ziemię, którą im przekazał ich ojciec. A raczej tą połowę, którą Alfred uznał za uczciwą część mu należną. Kleo miała mi przekazać resztę.
Na razie szedłem po schodach i szedłem, powoli, powoluteńku, słabo oświetlonym korytarzem z jakiejś ruroblachy, czy coś, wzmacnianej naprawdę solidnymi dwuteownikami. Droga raz to skręcała, raz wznosiła się i opadała. Byłem pod wrażeniem. Po drodze wisiały jakieś zdjęcia i różne tabliczki po niemiecku. Ludzie w mundurach, plany w ramkach, schematy układów... Wreszcie, po jakichś stu, dwustu albo pięciuset stopniach, byłem na płaskim. Tutaj już była skała. Wykuwane w skale korytarze, po tej dziwnej klatce schodowej? Co ten Alfred? Wszędzie było światło, które zapalało się jak wchodziłem w zasięg fotokomórki, i gasło... po dokładnie dwóch minutach. Z zegarkiem w ręku, sprawdziłem dwa razy.
W jednym pomieszczeniu było kilkadziesiąt, może kilkaset skrzyneczek, ułożonych w dziwnych regałach. A może kilka tysięcy? Były wszędzie w hali, która od ziemi do sufitu miała ze cztery metry. Były też jedwabne spadochrony, też co najmniej kilkadziesiąt. W pierwszej z brzegu, otwartej skrzyneczce były jakieś papierosy, fajki, mnóstwo dupereli, naprawdę. Klamoty. Żadnych nazwisk, żadnych imion, żadnych danych. Nic. Otwierałem po kolei różne przypadkowe skrzynki, w których były prześcieradła, kawałki jakichś korb, wina z datą 1920 i wcześniejsze, oraz przeróżne rodzaje umundurowania i oprzyrządowania. Wszystko wyglądało na bardzo stare i nigdy nie otwierane. Na samym środku tego bardzo długiego pomieszczenia leżało ogromne tomiszcze z inkrustowanym złotem 666, które okazało się być spisem inwentarza, pisanym ręcznie szwabachą. Byłem niesamowicie wręcz ciekaw, co znajduje się w pomieszczeniu obok. Miałem bowiem przypuszczenia... Jednak nie mogłem sobie pozwolić na stracenie całego czasu świata w tym jednym pomieszczeniu; trzeba było wyjść na zewnątrz i przewieźć wszystko, co się dało do mojego hangaru. (Tak, mam hangar. Stoi pusty, odkąd radzieccy opuszczali śląskie wsie, gdzie kwaterowali. Kiedyś była tu jakaś eskadra, ściśle tajne maskowanie i reszta, a potem wszyscy dookoła zezłomowali swoje, a poprzedni właściciel mojego domu hodował w nim pieczarki.) Problemem pozostawało, jak to wszystko przewieźć? Jak wybrać, co przewieźć, a co nie? Miałem dylemat, a trzeba było zapytać Kleo, co się dowiedziała od dziadunia.
Spojrzałem na zegarek: szesnasta. A do dziadunia poszliśmy o ósmej rano. Nie do wiary, jak czas leci przy zwiedzaniu... Poszedłem korytarzem z powrotem. Na szczęście nigdzie się nie zgubiłem; droga była jedna a ja chłonąłem każdy detal, każdy załom w murze, każdą szynę kolejową na stropie. I każdą najmniejszą żaróweczkę, która zapalała się, jak się do niej zbliżałem, i gasła, jak oddalałem. Nie chciało mi się wierzyć, że to wszystko sam zbudował Alfred. Nie było opcji. Nie było możliwości. Wyszedłem z powrotem do stodoły, zamknąłem drzwiczki, kluczyk przypiąłem do tego drugiego, do łańcuszka na piersi. Przeszedłem przez stodołę, zamknąłem drzwi na kłódkę i ledwo-ledwo zamknąłem drzwi od stodoły, jak z pod ziemi wyskoczyła zza płotu po drugiej stronie działki twarz.
AAHA! Okropny! Wydarł się osobnik. Jakoś nie mogłem skojarzyć twarzy, choć wydawała się znajoma... Ale z drugiej strony jak się ma dość silikonu, zamówień za SuperTurboObciągatory, czasu i filmów pornograficznych, to możesz wpaść w obłęd: gdzie nie popatrzysz, tam znajoma twarz. Ale mniejsza o to.
Przywołałem Ślepnira, pukając dwukrotnie w chip przywołujący, który wszyłem sobie w ramię. Kleo ma taki sam - gdyby Kleo przywołała psa pierwsza, chip by zawibrował. Takie usprawnione gówienko, ha!  (Po tym, jak już sobie wszczepiłem w siebie to drugi, trzeci i czwarty raz - dla Kleo przygotowałem już wersję finalną, przecież nie będę jej ciął co kwadrans, ilekroć przyjdzie mi do głowy pomysł na upgrade albo dodatkową kalibrację.) Gdy przybiegł, kazałem mu nie wpuszczać tutaj nikogo, poza mną, Kleo i Alfredem, jeśli jeszcze żyje. Miałem nadzieję, że tak. Poszedłem do niego do domu. W środku nie było nikogo. Poszedłem więc do siebie, żeby sprawdzić, czy tam ich nie ma; tam także nie było nikogo, nie licząc zwyczajowego pieprzonego akordeonowego solo w postaci banshee, która ostatnio samą siebie przechodzi i gra jakieś przedwojenne szlagiery. W moim domu również nie było Alfreda ani Kleo. Było to trochę dziwne, ale w sumie nie mam nic do dziwienia się... Wziąłem tylko pistolet ze skrzynki bezpiecznikowej, tak na wszelki wypadek. Nigdy nie wiadomo, co się może człowiekowi przytrafić, a cała sytuacja wyglądała na mocno dziwną - zwłaszcza, że gotowy na wojnę (oo, na pewno!) zdrowy dziadunio postanawia umrzeć i przepisać wszystko, co jest cokolwiek warte szalonemu nie do końca doktorkowi i miejscowej seksbombie Kleo Sewittz? Sprawdziłem czy magazynek pełny, przeładowałem i super-czujny poszedłem w stronę domu Kleo.
***
Pod domem Kleo stał czarny mercedes sedan. Żadne jakieś cacko, raczej taki zwykły model, tylko w miarę nowy i czarny. Z jej domu właśnie wychodził facet w garniturze i z teczką, a Kleo, odpowiednio ubrana w bardzo dobrze skrojony kostium - i, oczywiście, super wysokie szpilki - odprowadzała faceta do drzwi. Spostrzegła, że idę krokiem wyluzowanego gościa z bronią i pomachała mi serdecznie. Facet w garniturze się odwrócił w moim kierunku, i gdyby tylko stanowił zagrożenie, już by dostał z kolby w tył głowy. Ale nie stanowił, bo wyszedł z domu Kleo Sewittz w całości i nie w pośpiechu. I na ile mogłem ocenić, nie krwawił z ukrytych ran. To dobrze.
Do widzenia, panie mecenasie! Proszę przyjechać na szarlotkę w przyszłym tygodniu! - powiedziała wesoło Kleo, gdy facet wsiadał do samochodu. Trzeba przyznać, że na widok niemalże idealnych kul z przodu Kleo, od których niejeden geometra by się popłakał ze szczęścia, facet zachowywał się dosyć chłodno. Pewnie to prawda, co mówią o prawnikach, że glisty i bez serca.  Stanąłem obok Kleo.
Wszystko w porządku? Spytałem półgębkiem.
Oczywiście, powiedziała Kleo. Spisywaliśmy testament i poświadczaliśmy w obecności pana notariusza, że Alfred jest w pełni władz umysłowych i że naprawdę nie może jednocześnie uszanować woli brata i oddać nam swojej działki z domem, jak chciał. Odwróciła się do mnie, po tym, jak nie skomentowałem. Bo wie doktor, że chciał? Kochany Alfred, chce żebyśmy...
Tak?
Żyli razem długo i szczęśliwie, powiedziała Kleo, ocierając łzę z kącika. Nic nie powiedziałem, byłem bardziej skupiony na tym, co też ten nasz Alfred jeszcze wymyślił.
Gdzie jest Alfred? Spytałem Kleo, a ona poszła ze mną do pokoju, gdzie zostawiła Alfreda. Dziadunio siedział w pokoju, w pomarszczonych, silnych dłoniach trzymając zdjęcie naszej trójki, jak naprawialiśmy stodołę po którymś wybuchu. Staliśmy tam, Alfred i ja, pod rusztowaniem, a obok nas stała Kleo w zachęcającej pozie i miała w rękach tacę z drinkami dla nas i wodą dla dziadunia. Alfred na zdjęciu promieniał, jak zresztą my wszyscy. Ale on chyba najbardziej.
Chyba zasnął, powiedziała Kleo, ale ja już wiedziałem, że to za mało powiedziane. Wyciągnąłem telefon i wykręciłem numer.
Wojtek? Przyślij tego konowała, co ostatnio. Potrzebujemy świadectwa zgonu. Nie, kurwa. Nie komandosa, choć nie obiecuję. Aha, jasne. A słyszałeś od Maciągowej już o jakichś strzałach? No właśnie. To już wiesz. Przyślij. Co, kurwa, co i kto? Alfred nie żyje. A powiedz komuś... No.
Rozłączyłem się, a Kleo stała obok mnie i wyglądała trochę jak Alice Cooper, to znaczy po jej policzkach ciekły łzy, rozmywając perfekcyjny makijaż, a ona sama stała jak wryta i patrzyła na Alfreda.
Cyjanek, powiedziałem, nie patrząc na dziadka.
Cyjanek? spytała Kleo. A skąd Alfred miałby cyjanek?
Chyba muszę ci o czymś powiedzieć. Ale najpierw ustalmy, co powiedział ci nasz dobroczyńca?
***
Dziesięć minut na przyjazd lekarza potrzebnego do stwierdzenia zgonu to dość czasu, by Kleo mogła przekazać mi najważniejsze informacje, które już wiedziałem: Alfred Rosborg był bezdzietny, serdeczny i raczej cichy i skryty. Jego życiowy partner, pastor z Cieszyna, wyzionął ducha w 1990. Mieszkaniec naszej wioski od samego początku, do dzisiaj najstarszy jej mieszkaniec... Działkę wraz z bratem wybrali nieprzypadkowo, podobno kiedyś była tu jakaś rzeka, jezioro czy kanał, jakaś żwirownia czy kopalnia, ale koniec końców komuniści zasypali i osuszyli cały teren pod lotnisko-lądowisko dla eskadry śmigłowców. Alfred zapisał tyle, ile mógł, czyli stodołę z kawałkiem terenu nam, czyli Kleo i mnie, jako współwłaścicielom; a oprócz tego wszystkie swoje ruchomości. Cała reszta, czyli pole z przodu i z tyłu, wraz z domem, trafi do Helmuta Neckera, który z automatu zostanie poinformowany o zgonie Alfreda i o swoim dziedzictwie, którego się nie spodziewał. Byliśmy z Kleo rozżaleni, ale szczęśliwi, że dziadunio mógł być nam przyjacielem przez ostatni czas.
Gdy zaś przyjechał lekarz, od razu zadzwonił do swojego szwagra, który jest komendantem policji w miejscowej komendzie i powiedział, że też ma przyjechać, bo skoro jest zgon, jest cyjanek, są świadkowie w postaci notariusza, którego lekko ochrypły głos Kleo zawrócił, mnie, który miał permanentną chrypę i Kleo, w której domu się to wszystko stało, to trzeba spisać zeznania. Ale zeznania zostały spisane, glina kondolencjował mocno, a jeszcze mocniej podziwiał dekolt Kleo, którego nie podziwiałby chyba tylko... a zresztą, dobra, powiem, notariusz. Podpisał się na raporcie lekarza i pojechał. Doktor przybił pieczątkę, powiedział, że nie jest już w pracy, bąknął coś o cyjanku i o przeniesieniu "pacjenta" do domu, a potem upewnił się, że gliniarz opuścił podjazd Kleo i wyciągnął piersiówkę. Bez krępacji pociągnął długi łyk, po czym wyszedł z domu, wsiadł do swojego nowego forda i pojechał.
I zostaliśmy sami. Kleo, już lekko opuchnięta na twarzy od płaczu i ja, jak zwykle lekko wyprany z emocji. Kleo, powiedziałem. Kleo!
Tak? Ocknęła się. Co się stało, doktorze?
Musimy zabezpieczyć wszystko, co dziadunio nam zostawił. Jak najszybciej, bo mamy najwyżej dwadzieścia cztery godziny na przenosiny.
Ale czego? Wszystko mamy tutaj... Powiedziała, po czym wskazała mi dosyć sporą walizkę-aktówkę.
Uchyliłem; w środku było mnóstwo plików banknotów, dokumenty oraz skrzyneczka. A w niej kilkanaście orderów, jakieś patenty oficerskie, jakieś duperele i ze dwadzieścia złotych monet. 
Kleo?
Tak, doktorze?
Musisz coś zobaczyć. Ale najpierw musimy mieć przyczepę. Najlepiej przemysłową albo rolniczą. Albo dwie. Kleo zdziwiła się, ale nic nie powiedziała. Pewnie miała swoje podejrzenia.
To ja pójdę do Malinkowskiego...? Zapytała, wskazując palcem kierunek zupełnie przeciwny. Ach, kobiety... Uśmiechnąłem się, wyciągając zza paska mojego colta i zgarniając z miseczki na blacie jej kluczyki.
Weź samochód, jeszcze cię porwą i znowu będę musiał kogoś zabić, zażartowałem, podając jej plik banknotów i pistolet.
Pojadę do Malinkowskiego sama, nie potrzebuję broni, doktorze. On i ja mamy pewne... Zaszłości.
Jak do kwadransa nie będę wiedział, co z tobą i ukośnik lub przyczepą, pojadę tam.
Dobrze, doktorze, powiedziała Kleo, mrugając do mnie figlarnie. Popatrzyła ze smutkiem na Alfreda, ale zapewniłem ją, że jest w dobrych rękach i że sam się nim zajmę. Jak pojechała, to pod tył jej domu podjechałem czarnym vanem, który wciąż tam był i wciąż jak na złość działał. Przeniosłem dziadunia do środka, zabezpieczyłem dokumenty Kleo i inne, i po prostu przejechałem przez drogę na moją stronę, wjechałem sobie na posesję, zamknąłem bramę i pojechałem na przełaj przez ogródek do domu Alfreda.
Oczywiście to było głupie, więc musiałem się wycofać, nawrócić, ułamać, zawadzając przy wyjeździe, kawałek gipsowej figury, otworzyć bramę, przejechać i znowu zamknąć, żeby podjechać pod jego dom tą jego dróżką do posesji. Akurat wypakowałem Alfreda do jego domu, gdy podjechała Kleo Sewittz supernowoczesnym traktorem z podwójną przyczepą. A za nią jechał Malinka jej samochodem, a za nim jego synalek jakimś odrapanym transitem, który pamiętał rządy Jerzego Buzka.
Podjechali pod sam dom, nieopodal osłoniętego wielkim kasztanowcem ogrodzenia stodoły. Malinka wysiadł z Merca Kleo, po czym wysiadł, wsadził kciuki za pas i podszedł do Kleo.
A tak w ogóle, to co tu robicie? Zapytał, opierając kalosz o kamień, którym Alfred wyłożył pobocze drogi, niejako odgradzając ją od pola przed posesją.
Podszedłem do Kleo, szczęśliwy, że ją widzę w dobrej kondycji i w niezmienionej formie.
Malinka, spierdalaj stąd. Powiedziałem, a Malinka popatrzył na mnie gniewnie. Jego synalek do mnie wystartował, ale Kleo powiedziała, że mają uszanować moją prośbę i się wycofać, bo właśnie umarł mi członek rodziny i mam prawo być rozeźlony i nie w nastroju do żartów. Malinka coś mruknął, jego synalek zrobił głupią minę, zapakowali się do transita i pojechali.
Jak to załawiłaś?
Tajemnica, powiedziała stukając się w nos jak stary kasiarz i uśmiechając bardzo drapieżnie. Są takie chwile, gdy obawiam się tej Artemidy w szpilkach. Nie drążyłem tematu, miałem ważniejsze sprawy na głowie: trzeba było Alfreda umyć, ubrać i położyć na katafalku, czy czymś. Nie miałem zielonego pojęcia, jak to się robi, bądź co bądź jak kogoś chowałem, zazwyczaj był w strzępach i lepiej, żeby pozostał nierozpoznany, nawet w przypadku odnalezienia jego grobu i rozwleczenia kości przez dzikie zwierzęta.
A potem, jak to zwykle w tych sytuacjach bywa, zostawiłem Kleo na straży domu Alfreda - bo mieszkańcy wioski zauważyli, co się dzieje, a i lekarz tak samo jak na trzeżwość, bimbał na tajemnicę lekarską i opowiedział żonie, żona sąsiadce i szwagierce, szwagierka sąsiadce i teściowej, no i nagle zaczęły dzwonić telefony. Ludzie ze wsi dzwonili do Alfreda, pewnie żeby upewnić się, że nie żyje, kretyni... Dzwonili na komórkę Kleo, żeby zapytać, czy mogą przyjść powspominać zmarłego. Kleo powiedziała, że mogą przyjść ze świeczkami na czuwanie na pole przed domem, a ja wymknąłem się i poszedłem poszukać pomocy u Hoffmana za torami.
Hoffman jest ghulem, ma jakieś, około z wyglądu pięćdziesiąt lat i dopiero się wprowadził na torfowiska za torami. Wcześniej mieszkał w jakiejś piwnicy w centrum Katowic, ale jak pierdolnął gaz w kamienicy i zdmuchnęło ją z powierzchni ziemi, to został bezdomny i Jajkovich dał mu mój adres. Pomogłem mu zbudować krąg kamienny i od tamtego czasu mi pomaga z jakimiś pierdołami w stylu "przytrzymaj mi drabinę" albo "weź, zjedz te ręce". Zawsze chętnie mi pomaga i ciągle pyta, czy jak się Kleo nie znudzę, pozwoli mi ją przemienić. (Niestety ghule nie występują w formie żeńskiej, więc jeśli za życia nie byłeś gejem, to po śmierci... Albo i niekoniecznie, nie wiem, nie wydają się być zainteresowane tym w ogóle, a rozmawiać o tym jakoś nie było okazji. Może to i lepiej.)
I tak z jednej strony domu, w ledwo zapadającym mroku stała Kleo Sewittz, dalej w tym samym kostiumie i szpilkach, rozdająca każdemu świeczki i prosząca o ciszę, a kilkadziesiąt metrów dalej Hoffman i ja ładowaliśmy skrzynki na przyczepy, żeby je wywieźć i poukładać w hangarze. W międzyczasie poszedłem do banshee i kazałem zamknąć dupę, albo roztrzaskam akordeon, a w zamian zaproponowałem smutnawe mruczando z dachu Alfreda, żeby stworzyć odpowiedni klimat dla żałobników. Nie wiem, czy to pieprzone banshee cokolwiek rozumie, ale próbuję jednak być człowiekiem i jakoś się zachowywać w stosunku do tego autyzmu na czterech szponiastych łapach, w tym dwóch skrzydłach. Gdy wróciłem, kilkoro "zagubionych" żałobników usiłowało włamać się Alfredowi do piwnicy od zewnątrz, ale mój prześliczny pieseczek przeraził ich tak, że będą chyba potrzebowali pomocy psychologa, żeby na widok psa nie paskudzić w bieliznę. Kleo była bardzo niepocieszona tą próbą włamania, a jeszcze bardziej, jak się okazało, że to młody Malinka z zięciem starego Malinki, czyli szwagrem. Przeczuwałem dym.
Gdy po dwóch godzinach przetargaliśmy całą kupę skrzyń, przepchaliśmy golfa i merca, razem z kilkoma maszynami rolniczymi i dziwnym dźwigiem, został nam ostatni, nieruszany pokrowiec, którego bałem się ruszać. Dobrze znałem historię regionu i spodziewałem się, co mogę znaleźć w niejednej tutaj stodole. Zagadka dla ciekawych: Co ma sześć i pół metra długości, ponad dwa i pół szerokości i dwa dwadzieścia wysokości? Wujek Hetzer.
Cholera jasna, jak? Skąd? I co najważniejsze: Nawet jeśli na chodzie, jak to gówno teraz ruszyć? Hoffman przyszedł mi z pomocą w rozważaniach.
Okropny? Zapytał, pukając mnie wielkim paluchem w ramię.
Co jest? Rzuciłem, nie patrząc na ghula.
Tak sobie pomyślałem... A może zamiast to wywozić, ja tu zamieszkam i będę tego pilnował? Zima idzie, sierpień już, niedługo wrzesień, chłodno się będzie robiło, a tobie się pewnie przyda jakiś taki... Umilkł.
Dobra. Zgodziłem się. Facet miał dobry argument, trudno się było nie zgodzić.
Leć po swój złom, Hoffman, od dzisiaj zamieszkasz w stodole Alfreda, ale pod jednym warunkiem.
Jakim?
Będziesz też pilnował hangaru. Wskazałem go palcem. Budynki dzieliło może osiemdziesiąt metrów. Co to dla ghula? Spytałem. Popatrzył na mnie dziwnie. Cały był dziwny, ale spojrzenie miał teraz bardzo, bardzo dziwne.
Okropny...
No?
Biorę tą robotę! Wykrzyknął, skacząc ze szczęścia i radości. Juhuu! Zaczął podskakiwać i tańczyć. Co za dziwoląg.
Ej, ej ej ej, kurwa, Hoffman, żałoba jest, pamiętasz? Przestał się cieszyć i się uspokoił, ale uśmiech nie znikał z jego oblicza. Wyglądał właściwie jak oblepiony błotem i ziemią człowiek, żadne tam obskurwiałe zombie czy inne żywe trupy. Hoffman mógłby założyć frak i uchodzić za ekscentryka performensu, jak męska Lady Gaga.
Hoffman pobiegł, mlaszcząc stopami po mokrej trawie i błocku. Przeskoczył jednym susem przez nasyp kolejowy, a ja w tym czasie zająłem się zamykaniem stodoły na klucz. Ghul i tak pewnie sobie wyryje tunel pod ziemią... Tak sądzę. A ja poszedłem do Kleo. Stała tam, ze świeczką w ręce, sama, i patrzyła na dom Alfreda. Chciałem ją zajść od tyłu i klepnąć ten odstający tyłeczek, ale w końcu żałoba, to po prostu podszedłem.
Poszli se? Spytałem. Pokiwała głową. Chcieli wleźć do chałupy ale nie pozwoliłaś? Znów kiwnięcie. Zuch dziewczynka. Klepnąłem lekko, jakoś tak automatycznie. A ona lekko podskoczyła.
Jutro pojedziemy do Jajka i skremujemy dziadunia? A gdzie pochowamy?
On... On mówił coś, że ty będziesz wiedział, gdzie "go schować pod ziemią".
Tak powiedział? Zapytałem.
Tak. Pokażesz mi?
To jutro rano po powrocie. A teraz chodźmy spać.
Już mieliśmy odchodzić, ale usłyszałem zwyczajowe pohukiwanie ghuli. Podeszliśmy w tamtym kierunku.
Możesz wyjść, Hoffman. Śmiało. Zachęciłem. Hoffman wyszedł zza krzaka porzeczek.
Kleo i ja idziemy spać... Popilnowałbyś wszystkiego? O, albo i przeniósłbyś co się da z domu do hangaru? O świcie przyjdziemy po dziadunia i pojedziemy go skremować, a potem będziemy budować ogrodzenie, dobra? Aha, i nie jedz dziadunia... Powiedziałem, groźnie grożąc palcem. Ghul wyglądał na jeszcze bardziej podekscytowanego niż wcześniej. Z trudem wytrzymał do końca zdania.
Dobra, ale musisz to zobaczyć. Musicie, poprawił się. Naprawdę musicie. No, chodźcie!
I poszliśmy. Do hangaru droga była nieco błotnista, więc przeniosłem Kleo na rękach, a co tam. Gdy już ją postawiłem, zobaczyliśmy w świetle jednej, jedynej świeczki - mamy przecież dwudziesty pierwszy wiek - że jedna z niedbale rzuconych na kupę skrzynek rozpadła się i powypadały z niej jakieś kamulcowate obiekty.
Spójrzcie, powiedział Hoffman, podnosząc jeden z przedmiotów wielkości pięści Kleo.
Granaty? Zgadywałem, a ghul bawił się naszym napięciem. W końcu podniósł przedmiot do światła.
Bursztyny, powiedziała Kleo i westchnęła.
***
Następnego dnia skoro świt pojechaliśmy z Kleo tym rozjebanym, czarnym vanem do Jajkovicha, żeby skremować dziadunia i wypić szklaneczkę czegoś dobrego. Około ósmej byliśmy już z powrotem, w pogodnych nastrojach... Na tyle pogodnych, że nawet zatrzymaliśmy się na lody w drodze powrotnej. To znaczy nie do końca się zatrzymaliśmy, bo ja prowadziłem.
***
Gdy wróciliśmy do naszej miejscowości, podjechaliśmy prosto pod dom Alfreda i zadzwoniliśmy po Malinkę, żeby przyjechał po ten swój traktor, ale Malinkowski powiedział żebyśmy wybaczyli, ale jego synalek ma problemy gastryczne i nie ma drugiego kierowcy... I nie zapowiada się, żeby szybko wrócił do zdrowia, powtórzyła mi rozmowę Kleo.
Miał z tym doktor coś wspólnego? Spytała Kleo, biorąc się pod boki.
Ja? W życiu! Ale Ślepnir już tak... Nie ma oczu, wiesz. Nie widział, że to syn twojego przyjaciela... Dodałem, a moja prześliczna sąsiadka cichutko parsknęła.
Kleo Sewittz, czy ty właśnie parsknęłaś? Odwróciłem się do niej z udawaną przyganą. Udała smutną.
Oj, powiem ci coś, Kleo, ale nie spodoba ci się to, powiedziałem.
Co takiego, doktorze? Spytała, kontynuując grę.
Obawiam się, że wdepnęłaś w krowi placek. Spojrzała w dół i otworzyła usta, głośno wciągając powietrze, dłonie przysuwając do twarzy. Cała platforma jej niebotycznych szpilek była upaprana łajnem.
Ooo, nie!
Idź się może przebierz, słońce, a ja zobaczę, czy wszystko z domu Alfreda udało się Hoffmanowi wytargać. Dostałem soczystego buziaka, po czym Kleo odwróciła się na pięcie, wsiadła do vana i odjechała nim w stronę swojego domu, który był kilkadziesiąt metrów dalej. Ja zaś wziąłem pod pachę doczesne szczątki mojego sąsiada w puszce po kawie i poszliśmy przejść się po pustym domu.
Hoffman wykonał kawał dobrej roboty; zabrał wszystko, co nie było przykręcone do ściany; nawet pianino zniknęło i zlew z kuchni. Skurwysyn nawet podłogę zamiótł. Przeszliśmy się po pokojach, tzn. ja się przeszedłem, a Alfred stał spokojnie na parapecie. Opukałem ściany, zajrzałem do pieca, do składziku, do spiżarki. Przywołałem psa, który upewnił mnie, że pan Alfred Rosborg nie ukrył niczego w ścianach, podłodze ani pod stropem. O ile mogłem się zorientować, niczego schowanego tam nie było. Nawet pięćdziesięciu groszy uwięzionych gdzieś między żebrami kaloryfera, nic. Spacerowałem po tych trzech pokojach, pustych jak prostokątne wydmuszki, z wykręconymi lampami ze ścian i wspominałem Alfreda, który zawsze lekko uśmiechnięty, ostrzyżony i prawie zawsze idealnie ogolony kosił trawnik, ostrzył kosy dla całej okolicy i kibicował Czechom, w cokolwiek by nie grali... Taki dziadunio, który jak tylko skończyli ostrzeliwać mój dom jedni czy drudzy, zabierał się za mieszanie zaprawy i czyszczenie narzędzi murarskich. Jego rusztowanie warszawskie pamiętało budowę Pałacu Kultury i Nauki, a było po każdym użyciu dokładnie czyszczone i, jeśli było trzeba, malowane. I który nigdy nie chciał pieniędzy, bo, jak mawiał, ma ich dość i one szczęścia nie dają.
Z zamyślenia wyrwał mnie nieprawdopodobny ryk. Na pole przed domem Alfreda, gdzie rosły najpiękniejsze truskawki, najsłodsza kukurydza i najlepsze marchewki, jakie można było zjeść, wjechał ogromny buldożer. Zbliżał się w stronę domu tak prędko, że ledwo zdołałem zgarnąć Alfreda z parapetu a Ślepnirowi rozkazać spierdalać, tak się poschizowałem, zaniepokoiłem, że nas tu wszystkich pogrzebie żywcem... Czyli w sumie to tylko mnie, co za życie!
Wybiegam przed dom, a tam w buldożerze siedzi jakiś blondyn z brodą i w kasku, wpierdziela hot doga i jeździ w kółko po polu. No co on?
E! Krzyczę do gościa w międzynarodowym. E, kurwa, ciulu! Facet nic. Nie widzi mnie, czy jak? Pstryknąłem na Ślepnira, wyciągnąłem mu z pyska pistolet i puściłem temu fiutkowi ostrzegawczo kulkę w szybkę. I patrzcie państwo, któż to się nagle opamiętał i zatrzymał!
Podchodzę do gostka. Ten cały spanikowany, ręce w górze, ujebany cały z keczupu na twarzy, a poza tym totalna dezorientacja.
Opuść te ręce, człowieku... Możesz mi łaskawie powiedzieć, co ty tutaj odpierdalasz? Spytałem go, chowając giwerę za pasek. Hm? Uniosłem brew.
To... To jest to pole przed numerem pięćdziesiątym pierwszym? Spytał, ciągle zezując na kolbę pistoletu. Nie uznałem za celowe odpowiadać, niech się trochę spoci.
Yyy, bo jak tak, to polecono mi przygotować plac pod budowę, eee, tego, no. Willa tu stanie.
Willa. Powtórzyłem za nim.
Na trzydziestoarowym polu stanie willa, powtarzam, patrząc na gościa jak na debila. Tak?
Yyyy eee, no tak, mamy tutaj działkę budowlaną, tu szef niedługo przyjedzie, a zresztą ja mam robotę i jakby co, z szefem, co? A, i jeszcze was szef za szybkę policzy... Co pan ee, robisz?
Wdrapałem się na tą jego zabaweczkę, wyciągnąłem pistolet i z kolby wyrżnąłem prosto w szybkę, która poszła w przysłowiowe drzazgi.
Co pan, jak pan, ale? Pytał, ale ja już zeskoczyłem z buldożera.
Powiesz, że kamień.
I poszedłem w stronę domu Alfreda, gdzie usiadłem na maluteńkiej ławeczce, na której Alfred zwykł był siadać, jak na przykład pastował buty.
Spojrzałem na zegarek, za kwadrans dziewiąta. Nie zapowiadało się tak pogodnie, jak jeszcze godzinę temu, gdy jednocześnie dojeżdżałem i dochodziłem.
***
Punktualnie o dziewiątej podjeżdża jakieś wielkie, czarne auto, w stylu fura agentów FBI z seriali telewizyjnych. Cadillac Escalade, o ile dobrze pamiętam. Wjechał na pole, przejechał po uprzednio przez buldożer wyrównanym pasie ziemi i zatrzymał się może dwa metry ode mnie, rujnując przepiękny trawnik, na którym Alfred... A, zresztą. Schowałem puszkę za plecy, żeby nie musiał tego oglądać.
Otworzyły się drzwiczki i wyskoczył z auta facet. Wiek, coś koło czterdziestki, z twarzy australopitek, te niemalże wały nadoczodołowe, ten garniturek sportowy, te mokasynki... I ten Breitling na ręce. I do mnie z ryjem, jeszcze się nie przedstawił:
Pan jesteś ten, co dostał tą stodołę? Kiwnąłem głową. Facet kontynuował: Taa, no niezłe jaja, co? Ile pan chcesz za nią?
Wstałem. Ślepnir też. Byłem wyższy od niego o dobre pół głowy, a więc Ślepnir sięgał mu głową do piersi.
Burek, siad! Krzyknął facet, a Ślepnir prychnął. Wyciągnąłem do niego rękę.
Okropny jestem, mieszkam tu za płotem... Będziemy sąsiadami. Muszę panu powiedzieć, że... Przerwał mi.
Tak, tak, wiem, wspaniały człowiek i w ogóle. Słuchaj pan, potrzebny mi ten skrawek ziemi, gdzie ta stodoła, rozumiesz pan? Ile pan chcesz za niego, co? Dziesięć? Dwadzieścia tysięcy?
Pan chyba żartuje, powiedziałem.
No, tak myślałem, że nawet dziesięć to za dużo za ten... Ile to jest? Ar? Dwa? Pięć? Tak głupio w środku działki? Ale dobra, dam ci... Osiemnaście, jak se tą stodołę, ten gruz sam zabierzesz, co? Nawet ci buldożer pożyczę, co? Piąteczka? Jesteśmy umówieni, jak ci było? Okrutny? Mam papiery w samochodzie, co? Uśmiechał się jak najgorszy cwaniak, kuty na sześć nóg sprzedawca używanych samochodów na giełdzie w Mysłowicach.
Nawet się nie wkurwiłem. Nawet gdybym chciał, nie wiedziałbym od czego zacząć. Zamiast tego po prostu go wyminąłem i odszedłem w stronę mojego domu. Za to Ślepnir wskoczył mu do samochodu i usiadł na przednim siedzeniu. A teraz się martw, pojebie, pomyślałem, niosąc Alfreda do domu, by go postawić na kominku. Kominek kiedyś działał, ale teraz mieścił całkiem sporo planów, jak już człowiek zapamiętał, żeby nie rzucać do środka petów.
Gdy tylko przestąpiłem próg mojego domu, z belki stropowej w stodole spierdoliło się banshee z głośnym łopotem. Wygramoliło się przez dziurę we wrotach i poczołgało się, jak wyrzucona na brzeg płaszczka na kacu w stronę drzwi. Więc postawiłem szybko Alfreda między gumowymi kutasami (do zamówień specjalnych STO), zaraz za moim wilczym biletem do wszystkich uniwersytetów w Polsce.  Wyszedłem zobaczyć, co to banshee w ogóle tym razem. I akurat wybiegłem prosto na nie, jak podnosiło się po futrynie, więc, koniec końców, poturlaliśmy się po trawniku.
Dla tych, co nie mieli tej wątpliwej przyjemności: turlanie się po trawniku z banshee przypomina skakanie na trampolinie będąc nago pod czarnym, skórzanym płaszczem, w dzień największego upału tysiąclecia, przytulając wysmarowanego miodem i piżmem ogromnego nietoperza z ludzką głową. Coś jak zakazany owoc dla wyjątkowo rzadkiego szczepu fetyszystów. Jak już wygrzebałem się z tego bałaganu i podniosłem tą przedziwną istotę, ona na migi pokazała mi, co następuje: Skurwydziad usiłuje staranować dom i/lub Ślepnira autem i/lub buldożerem, a ja jeszcze nie zjadłem śniadania, ładnie pachnę dziś rano i czy Kleo i ja planujemy jajka. Powiedziałem, że ma obudzić Hoffmana i przysłać go do obrony stodoły, a ja pobiegłem do stodoły po strzelbę i poszedłem zobaczyć, co tam się, odkąd poszedłem pięć minut temu, nowego dzieje.
***
Okazało się, że ten w buldożerze miał płacone od roboty, więc rozpędził się tym żółtym gówienkiem tak, że nie zauważył mojego spycha na podwoziu czołgu za płotem i chyba coś się zepsuło. W każdym razie buldożer trochę się pokrzywił, a to szkoda... Uszkodził mi ogrodzenie, a to oznaczało wojnę. Bubek z eskalejda wciąż usiłował dostać się do auta, choćby po to, by wziąć telefon, ale Ślepnir warczał i ujadał tak, że gostek był w odwrocie.
I na to wszystko przyjeżdżają koparki, ekipy budowlańców, betoniarki, wszystko, co się da. Faceci stawiają baraki z blachy falistej, toi-toje, rozładowują sprzęt, odpalają i gaszą kolejne urządzenia. Potem podjechała jakaś Skoda, wysiadły z niej chłopki, założyli kaski, każdy rulon pod pachę i dawaj, szukać chuja do dupy i wbijać paliki. A ja stanąłem sobie tuż przy zniszczonym ogrodzeniu i patrzyłem, jak australobubek się uwija, biega, krzyczy i zaczyna kampanię. Jak tylko odszedł, zupełnie nie zatrzymywany przez nikogo poszedłem do auta i spuściłem powietrze z kół, a telefon faceta, który miał w uchwycie jako GPS, wyjebałem Alfredowi na dach, ale zjechał i wpadł do rynny. Niech teraz szuka, jebus jeden. Cmoknąłem na psa i poszliśmy z powrotem na naszą stronę przewalonego płotu.
***
Za płotem, oparty o lemiesz spycharki, stał Hoffman i ziewał jak stado niewyspanych hipopotamów.
Okropny, Okropny! Zaczął mnie szarpać za szmaty. Panikarz...
Wyluzuj, Hoffman. Idź po dźwig i przywieź go tu. I nie wytrzeszczaj oczu, tylko przyjedź tutaj tym dźwigiem, a ja się ustawię traktorem tego ciula na narożniku. Łapiesz? No?
Wiesz, że Hetzer, nie? Ino jeden strzał i puff!, hm?
Wiem. Ale my tu mamy więcej do chronienia niż jeden jagdpanzer chwat, i tu mi uwierz na słowo, dobrze?
Dobrze. A może po prostu ich wystrzelamy?
Z pistoletu i strzelby? Nie bądź śmieszny, Hof, tu trzeba działać, a nie się wydurniać.
Miałem na myśli... Zastanawiałeś się kiedyś nad tym dźwigiem? To znaczy... Przyjrzałeś mu się?
No, ma podwozie na ciężarówce, cztery łapy, wysięgnik, na końcu wysięgnika jakieś takie gówno i hak. Dźwig po prostu, wzruszyłem ramionami. Nie ma się czym podniecać, Hof.
A widziałeś, żeby dziadunio go używał? Kiedykolwiek?
Nigdy. Wczoraj też mu się nie przyglądałem, jeśli już o to pytasz. Podwieziesz go tu w końcu czy sam mam iść? Tu jest nasze Alamo, Hof. Tu dziś możemy zginąć! Przesadzałem oczywiście, ale tyle się działo... Wpadłem w trans planowania ostatniej reduty.
Ej, Okropny. Ej, ej! Zaczął mną potrząsać. Ej! Chodź, pokażę ci ten twój "dźwig", dobra? Pokiwałem głową, zamyślony. Odeszliśmy tych kilkadziesiąt metrów, aby dostrzec zwisające głową w dół banshee nad wejściem do hangaru. Kiwało się lekko. Skórzaste kurewstwo... Odsunęło się troszeczkę, żebyśmy mogli wejść.
Weszliśmy do hangaru. Stało tam kilkanaście różnych kupek: skrzynie, klamoty Alfreda, meble, szpeje, duperele, w rogu pojazdy, a dalej w tle, z tyłu ten dźwig. I wtedy Hoffman mówi do mnie tak:
Wyobraź sobie, że ten hak jest zdejmowalny, że te przyczłapy działają tak... W poziomie, wiesz jak? I co ci zostaje?
Patrzyłem i nie widziałem, jak na jakiś dziwny obrazek z tą młodą babą i starą, ten, gdzie są dwie opcje, ale widzisz tylko jeden na raz. Albo królika i kaczkę. I nagle mnie olśniło.
Oooo, kuuuurwa!
Oto na podwoziu dźwigu, udając dźwig-żuraw stał Flak 88, pomalowany jak debil na żółto, ze wsadzoną w lufę rurą z hakiem i jakimś drutem. Nawet ja się dałem nabrać...
Hof?
No?
Jak ich powstrzymamy przed demolką stodoły? Spytałem, patrząc na flaka i analizując możliwości... Na przykład piętnaście kilometrów zasięgu. Jakbym wiedział wcześniej...!
Nie mam zielonego pojęcia, odparł ghul, chłonąc atmosferę czy co tam robił.
Możemy tylko tam wrócić i zrobić łańcuch. Całą moją wenę szlag trafił, jak pomyślałem, co by było, gdyby Alfred od wojny przez komunistów, pis, po i znowu pis dał radę ukrywać tyle szpeja, a ja w niecałe dwadzieścia godzin wyjawię wszystkie tajemnice za jednym zamachem. Czułbym się jak kretyn niewart zaufania starszego pana.
Z dwóch zer nie zrobimy łańcucha... Powiedział filozoficznie ghul.
Staliśmy tak chwilę, ja zawieszony, on chyba też. Banshee też, tyle że na dworze, u framugi. W końcu powiedziałem, że ma zamknąć ten pierdolnik i iść spać, a ja idę rozgonić tych kutasiarzy na cztery wiatry. Było około jedenastej, miałem dwie nielegalne spluwy przy sobie, w domu i okolicznych budynkach jeszcze dość, żeby się nie wykaraskać przez tysiąc lat...
Ale poszedłem, bojowo nastawiony jak Leonidas.
***
Gdy byłem na wysokości mojego spychacza, miałem wrażenie, że coś jest nie tak. Jakiś buc w białym kasku oglądał stodołę Alfreda i macał deski, a dwóch kutasiarzy w innych kaskach usiłowali reperować to, co ten jeden rozjebał rozpędzonym buldożerem. Tego, co nim kierował, opierdalał przestrasznie inny biały kask, a cała reszta stała grzecznie,w rządku, jak kurwy przed alfonsem. Choć może to nienajlepszy przykład na Śląsku, bo tu się wciąż zdarzają Adolfki, Alfonski i Gerhardki. Ale to nawiasem mówiąc. Na samym środku placu stał wywrócony eskalejd, tuż obok lawety, przez którą się prawdopodobnie wywrócił. Obok niego stał Ślepnir, za nim radiowóz, a jeszcze za nimi, na poboczu, stała Kleo Sewittz z notariuszem, ubrana tak, że od feromonów wydzielanych przez tych wszystkich facetów obok, nawet mrówki by się zdezorientowały i zgubiły drogę do domu. Atmosfera była gęsta.
Wrzuciłem szybko strzelbę pod spych, giwerę zasłoniłem połą koszuli i podszedłem prosto w stronę Kleo, która na mój widok rzuciła się do przodu, by wpaść na pełnym biegu mi w ramiona, jakbyśmy się tysiąc lat nie widzieli.
Doktor Okropny? Zapytał aspirant Jurkiewicz, wnuk pani Schwalbe, równy chłop, choć gówniarz.
Tak? Spytałem, przytulając Kleo, czego, jestem pewien, zazdrościli mi wszyscy, ze skutym w radiowozie australopitekiem Bubkiem z eskalejda. Kleo uniosła czy też ugięła jedną nogę, prezentując wszystkim efekty wielu lat jogi, przysiadów i najróżniejszych ćwiczeń. Świat wstrzymał oddech.
***
Taak, więc papiery się zgadzają, pan Necker Helmut jest właścicielem... Tak, całej działki, stukał w papier palcem gliniarz, oprócz tego tu kawałka ze stodołą włącznie, który jest własnością obecnych tutaj pana Okropnego... I pani Sewittz. No. A pan zdemolował płot, usiłował staranować dom, stodołę i zniszczył następujące elementy wyposażenia...
Podsumowując, jest pan winny z paragrafu, tu gliniarz wymieniał, a notariusz co i rusz dodawał nowe paragrafy i artykuły. Obecni tutaj panowie potwierdzą swoimi zeznaniami. Pan rzeczoznawca, do spółki z kierownikami budowy, glina zwrócił się do notariusza i białych kasków, wycenią szkody, i jeżeli państwo, eee, pan Okropny i pani Sewittz, ee, nie wniosą oskarżenia przeciw panu o karę pozbawienia wolności, choć grozi panu do lat pięciu włącznie, będzie pan musiał zapłacić karę pieniężną...
Gliniarz, notariusz i pozostali jeszcze długo się produkowali, ale w końcu pojechali, zabierając ze sobą Neckera. Robotnicy wrócili do pracy, naprawili nawet mój płot, na ile się dało. Przyjechała laweta i zabrała eskalejda, a notariusz uściskał się serdecznie z Kleo i pojechał swoim mercedesem w siną dal. Kleo i ja zaś poszliśmy do mnie, gdzie rzuciliśmy się na łóżko, ale właściwie zasnąłem i nie wiem, czy Kleo też... W każdym razie jak się obudziłem, leżała obok mnie i czytała Wielki Almanach Bomb i Szrapneli, który wydałem własnym sumptem jak miałem dziewiętnaście lat. Gdy zacząłem mrugać, drapnęła mnie mocno przez całe plecy. Tak przyjemnie, ale mocno.
Aj, za co to?
Za to, powiedziała i sięgnęła mi w spodnie. Wyciągnęła stamtąd colta, który, jakby, gdyby wypalił, odstrzeliłby mi jajca, fiuta i stopę. A ja na nim spałem.
Za to należy mi się jeszcze jeden raz, Kleo.
Był doktor niegrzeczny...? Mmm. To za karę musi doktor poczekać, aż pochowamy Alfreda tam, gdzie sobie życzył, dobrze? Pójdziemy?
Chodźmy, rzekłem wstając. Zgarnąłem Alfreda do chlebaka, wrzuciłem do środka colta i poszliśmy.
Nigdy się nie dowiem, jak to jest i dlaczego moja sąsiadka biega w szpilkach po trawie, betonie i żwirze, dawno przestałem dociekać też, jak utrzymuje równowagę przy tych kulach armatnich z przodu. Po prostu obserwowałem, jak idzie i to sprawiało mi przyjemność.
Pozdrowiliśmy Hoffmana - który rozłożył sobie legowisko obok "wujka" Hetzera i właśnie układał pasjansa - po czym zeszliśmy we dwójkę do podziemi tą samą drogą, którą szedłem wczoraj. Kleo szła bardzo powoli; stukot niósł się echem daleko, daleko wgłąb ziemi. A ja choć ją asekurowałem i trzymałem za rękę, pomagając zejść, trochę nie mogłem się doczekać, jak będziemy wracać i ona pójdzie przodem.
Gdy doszliśmy do pomieszczenia z tomiskiem, przekartkowałem je do ostatniej strony. W ostatniej wolnej rubryce, własnym pismem, po polsku wpisałem "Alfred Rosborg, 98, skrzynia...? Otwarta, po prawej stronie. 666. Co za zbieg okoliczności... Włożyłem Alfreda do skrzyni numer 666, w puszce po kawie, obok zakurzonej puszki po herbacie z wydrapanym na wieku serduszkiem. Kleo pociągnęła smutno nosem.
Gdzie jesteśmy, doktorze? Spytała po chwili. Skąd... Skąd tutaj taka jaskinia?
A wiesz, Kleo, że mam przeczucie, że Alfred przygotował dla nas jeszcze niejedną niespodziankę. A teraz... Zacząłem, ciągnąc ją do pomieszczenia obok, które było niemalże niemożliwie długie i szerokie, a niemal w całości wypełniał je podłużny kształt.
Czy to jest...? Zaczęła Kleo, co chwila patrząc to na mnie, to na kształt.
Kleo, kochanie... Zacząłem, miętosząc jej okrągłe pośladki i sięgając pomiędzy nie.
Tak, doktorze?
Pójdziemy zwiedzać teraz, czy za chwilę? Spytałem, gdy góra i dół jej stroju wylądowały na mojej koszuli, na skrzyni ze swastyką.
Kleo nie odpowiedziała, więc uznałem, że za chwilę. Bądź co bądź są ważniejsze sprawy na świecie, niż zwiedzanie zaginionego U-666 w podziemnym magazynie. I te sprawy teraz zaczęły się rytmicznie obijać o moje biodra.


09:06

Penny Pulp #17 - Porwanie Kleo


Siedzę przy biurku z rękami w kajdankach. Przesłuchuje mnie pan glina w związku z niedawną strzelaniną. To znaczy... Składam zeznania, a co z tego wyniknie, to jeszcze zobaczymy. Na razie kłamię jak z nut.
I wtedy, panie władzo, tych kilku facetów wpadło do mnie na ogródek, a wszyscy po dwa metry, uzbrojeni w nowoczesne fiu-bździu, i walą prosto w mój dom, wrzucają granaty przez okna i generalnie robią straszny bałagan...
Tu gliniarz przerwał mi. Pan nie odpowiedział ogniem, panie... Yyy... Okropny?
Doktorze Okropny, poprawiłem go.
Panie władzo, nie mam pozwolenia na broń, jestem pokojowo nastawionym człowiekiem, w życiu muchy bym nie skrzywdził... Poza tym, nie było mnie w domu.
***
Spałem sobie smacznie, kiedy usłyszałem niesłychany łomot i kanonadę trzasków. Zerwałem się z łóżka, zza poduszek wyciągnąłem wiekową dubeltówkę i pobiegłem w stronę hałasu.
Tym razem dzieci-śmieci, nowomodne dzieci mroku ze smartfonami, ajfonami, starbaksami, trampkami za trzy stówy i ajlajnerem za cztery, postanowiły włamać się do mojej szopy. Pewnie dlatego, że sypiam teraz u Kleo... Bezpieczniej. I, jako że wiadomo, że tam sypiam, to wszelkie możliwe formy życia szukają szczęścia na mojej posesji. Złomiarze, gliniarze, dzieci sąsiadów, dzieci-śmieci z pobliskiego ogólniaka, nawet kilku niuejdżowców się zabłąkało w poszukiwaniu źródeł magnetyzmu, czy coś. Dość, że niebezpiecznie blisko dołu z trupami chodzą, a jeszcze nie mam dość mamony, żeby nadsypać górkę żwiru i przykryć to na amen... Albo coś.
Wpadam więc do szopy, w majtkach na tyłku i z dwururką w ręce, a dzieci-śmieci jak gdyby nigdy nic usiłują wytargać starą wylinkę megapająka spod przeróżnych szpargałów, robiąc przy tym hałas jak czworo dzieci w niesprzątanym od dawna warsztacie. Przez chwilę mnie olewali - pewnie nawet mnie nie zauważyli - więc skorzystałem z okazji i sprawdziłem chociaż, czy naładowana ta flinta... Nie była. Ale zawsze mam schowane ze dwa naboje gdzieś po szafkach, więc sięgnąłem ręką do starej, zaciętej od lat szuflady i wyciągnąłem dwa zakurzone, czerwone naboje. Włożyłem je do flinty i jednym ruchem nadgarstka zamknąłem odtylcową, starą strzelbę. Akurat trafiłem w chwilę ciszy, więc całe towarzystwo zgromadzone w mojej szopie nagle zatrzymało się.
Ekhem, zacząłem. Na kolana, skurwysynki. Popatrzyli po sobie. No, na co czekacie? Wyciągać wszystko z kieszeni...
Dwadzieścia minut później miałem cztery smartfony, na każdym kompromitujące zdjęcia robionych sobie nawzajem lodów (nic innego nie przyszło mi do głowy, a haka na nich mieć trzeba...) i namiar na kogoś, kto rozpuszcza głupie wieści o doktorze Okropnym, który doktorem nie jest.
***
Ale pan przecież, doktorze, eee, Okropny, nie ma żadnych wrogów we wsi, prawda? Wydaje się pan być szanowany przez mieszkańców gminy, skąd te wszystkie pułapki, boi się pan o własne życie? Ma pan powody?
Panie władzo, pułapki mam na tresowane szczury, uczę je sztuki prowadzenia wojny według Sun-Tzu.
Szczury, powiada pan...
***
Wróciłem do domu Kleo, by pokazać jej kompromitujące zdjęcia dzieci sąsiadów. Nie było jej. Włożyłem spodnie, buty, koszulkę i koszulę. Odłożyłem strzelbę, uprzednio ją rozładowawszy... Nigdy nic nie wiadomo. Pokrzątałem się po domu mojej ulubionej sąsiadki. Wiecie, zajrzałem do garderoby, popodsyłałem jej fotki jej butów z emotkami wyrażającymi chuć i popęd, popatrzyłem przez okna, w końcu z nudów poszedłem podlać trawnik. Stałem tak ze szlauchem i podlewałem rabatki, a tu wyskakuje na mnie zza żywopłotu sąsiadka Kleo, pani Schwalbe, nakręcona jak na spidzie, i z metra do mnie krzyczy:
Okropny! Kleo porwali!
Wszystko można powiedzieć o pani Schwalbe, że jąkała, ale nie że mitomanka.
Kto? Spytałem, jak debil upuszczając szlauch na trawę. Miałem jednak powód, by być w szoku. Jąkająca się babcia Schwalbe pierwszy raz odezwała się do mnie, po polsku, nie zająknąwszy się. Święto.
Po-podjechali jacyś lu-ludzie czarnym takim wa-vanem, zgarnęli Kleo na pa-pakę i po... Jechali. Z piskiem o-opon.
Jak to, kurwa, zgarnęli Kleo na pakę i pojechali?! Zacząłem krzyczeć. Akurat targ się kończył, zrobiło się zbiegowisko, zaczęto plotki i tyle było z całej dbałości o szczegóły. Musiałem działać.
Namierzyłem więc sygnał nadajnika, który wszczepiłem Kleo, a którym Kleo mogła, jakby mnie nie było w okolicy, namierzyć i/lub przyzwać Ślepnira. Sprawdziłem też zapis z kamer z całej wsi. Jedno było pewne:
Zawodowcy. Blachy kradzione, auto pewnie też, sygnał niestabilny, podjechali z otwartymi drzwiami, zgarnęli Kleo do vana i pojechali. Pięć sekund. Kurwa mać. Pozostaje namierzać sygnał Kleo. Problem w tym, że on "pika" raz na minutę, a minuta to bardzo dużo czasu. Nie pomyślałem, montując nadajnik, że Kleo może zostać porwana, no przecież skąd miałem wiedzieć?
***
A więc, powiedział gliniarz, zaglądając w notatki, specjalistyczne pułapki z czasów Vietcongu, wilcze doły, potykacze, naostrzone patyki na dźwigniach...
To wszystko dla moich tresowanych szczurów, powiedziałem. Możecie mnie rozkuć? Przecież nic nie zrobiłem.
Gliniarz westchnął.
To dlaczego te pułapki robił pan na ludzi?
Na takie małe jak na gryzonia szczur by się nie nabrał.
Gliniarz westchnął jeszcze raz.
***
Jako że auta Kleo nie umiałem obsługiwać, a mój Rolls jest w rozsypce - musiałem iść na koniec wsi do Malinkowskiego do komisu. W mojej kategorii cenowej miał tylko starą Toyotę Corollę, która żarła olej i miała problemy z elektryką. W kategorii cenowej Kleo Sewittz została porwana, naprawdę, a to, co widzisz w mojej ręce to pistolet, prawdziwy, nabity, lewy i nie zawaham się go użyć, miał świeżo sprowadzone audi a4, Niemiec płakałby jakby się dowiedział, że zniknął spod koca, pod którym go trzymał do wczoraj. Srebrny metalik, świeżo zatankowany, dokumenty jak nowe, tylko zawieszenie stuka i opony zimówki. Malinka miał prośbę, żeby nie mówić nikomu o tym, że pożycza samochody, a ja prosiłem, żeby nie był głupi i żeby nie łudził się, że dostanie go z powrotem w jednym kawałku. Wsiadłem do środka i odjechałem.
Gdy zajechałem pod dom, Ślepnir był już spakowany: Miał w schowku trochę gratów, a w pysku torbę z elektroniką. Obok niego leżał cały mój arsenał, czyli kilka masterkeyów, jakieś uzi, pistolety, granaty, rewolwery, amunicja i dziesięć claymorów. Wziąłem też jeden SuperTurboObciągator, jakbym potrzebował chwili relaksu. Nigdy nie wiadomo...
Zapakowałem wszystko do auta, do schowków, bagażnika, i pod siedzenia, nastawiłem jeżotrzmiele na "follow" i je uzbroiłem, Ślepnir wsiadł do bagażnika i pojechaliśmy na północny wschód, gdzie pikał zasilany sercem Kleo nadajnik.
***
Dobrze... Powiedział gliniarz. Jak zatem pan wytłumaczy, że dwaj napastnicy zginęli rozerwani modyfikowaną miną claymore, wewnątrz pańskiej stodoły?
Musieli ją mieć ze sobą, powiedziałem przekonująco. W przeciwnym wypadku, panie policjancie...
Detektywie.
Właśnie, detektywie, w przeciwnym wypadku musiałbym ja ją mieć, a sami panowie wiecie, że w Polsce nie można takiego sprzętu nawet kupić, wiem, bo próbowałem, przyznaję się.
Przyznaje się pan do usiłowania nabycia nielegalnych materiałów wybuchowych? Gliniarz otworzył notes.
Co? Nie, absolutnie! Chciałem je nabyć legalnie, ale MON nie chciał sprzedać.
Czyli pan, doktorze, interesował się materiałami wybuchowymi, tak?
Interesuję się, powiedziałem szczerze, uśmiechając się do gliniarza. Czysto naukowo.
Aha...
***
Na północny wschód od mojego domu, na końcu leśnej dróżki, gdzie kilkanaście minut temu lokalizator Kleo ustał pikanie na moment, znalazłem dymiące resztki vana na dnie wyrobiska. Stąd wyjechali jakąś inną furą dokądś... Bo Ślepnir na dole znalazł tylko nadpalone opakowanie soczku Capri-Sonne ze śladami szminki Kleo. Znaczy, użyto soczku, by podtrzymać funkcje życiowe... Tylko po co ktoś miałby porwać Kleo?
Nie pozostawało mi nic innego, jak podążać dalej za sygnałem lokalizatora.
***
A więc twierdzi pan, że nie znał napastników, a ich przynależność do znanej w okolicy grupy przestępczej mamy uznać za przypadek? Kontynuował gliniarz.
Grupa przestępcza w mojej okolicy?! Nie może być! Uniosłem się. Panie, tu mieszkają porządni ludzie!
No, i pan.
No i ja, fakt.
***
Jak się zachować w sytuacji, gdy się jest śledzonym, to wam nikt nie powie, ale ja przypadkiem wiem. To znaczy, do teraz nie wiedziałem, ale już wiem. Należy, jak gdyby nigdy nic, zatrzymać się na poboczu i udawać awarię samochodu. Będzie chciał was śledzić, zatrzyma się nieopodal. I wtedy wkracza się do akcji.
Dosyć długo jechał za mną czerwony kombiak z dwoma facetami o nieprzyjemnych mordach zabijaków. Parę razy skręciłem bez sensu, a oni za mną, więc miałem pewność. Zatrzymałem się więc na poboczu i wypuściłem Ślepnira z bagażnika. Usiadłem na kamieniu, czekałem z pistoletem w ręce. Chwilę później usłyszałem wystrzał - to na pewno opona. Ślepnir musiał podjąć samodzielnie decyzję i przegryźć... Albo obsikać. Testu Turinga by nie przeszedł, ale Kleo lubi i chyba czuje, że coś jest nie tak, zwłaszcza, że gadam do niego cały czas. Potem usłyszałem, jak Ślepnir biegnie w moim kierunku, więc otworzyłem bagażnik. Wskoczył do środka, a ja trzasnąłem maską i pojechaliśmy dalej. Kolesi więcej nie widziałem... Tak jakby! ale przełożyłem uzi na fotel pasażera, na wszelki wypadek.
***
A więc twierdzi pan, że o żadnej grupie przestępczej pan nie wiedział? Mamy nagranie z kamer, jak podjeżdża pan pod budynek należący do firmy Kaw-Bud, o której wszyscy wiedzą, że jest przykrywką dla gangsterów. I co? Gliniarz wstaje, taki z siebie dumny.
I co? Ja nie wiedziałem, że to przykrywka, chciałem zbudować porządny taras na palach, a że byłem w mieście... Kaw-Bud, to firma budowlana, prawda? Zresztą, jeśli wiecie że to mafia, to czemu ich nie zamkniecie? Co?
Gliniarz usiadł i splótł ręce na brzuchu.
***
Lokalizator Kleo się zatrzymał i od kilku godzin wskazywał jakiś budynek w centrum miasta. Duży, mnóstwo pięter i jeszcze więcej okien. A przed budynkiem szyldy: Od adwokata do zielarki, od angielski korepetycje do złoto skup 24/7. I tyle. Jakieś dwieście firm. Po prostu super. Grunt, że nadajnik Kleo wciąż tam jest. Tyle dobrze. Postanowiłem się zaczaić i poczekać.
***
A więc to nie pan zastrzelił w budynku osiem osób, a następnych dwadzieścia jeden ranił?
Przecież macie nagranie z kamery... Wchodzę z bronią?
Nie, powiedział gliniarz.
A może wychodzę z bronią?
Też nie.
No właśnie. To jak miałem...? Zwłaszcza, że nagrań ze środka nie macie, prawda? Jak według pana wchodzę do takiego budynku i strzelam do ludzi? Jak ja?
W pana wiosce różnie o panu mówią, panie Okropny. Nie mamy podstaw, by panu wierzyć na słowo... Bądź co bądź na pańskim podjeździe nasi technicy zabezpieczyli ponad 800 łusek po amunicji różnego kalibru, w tym 7,62 i 7,92, których to broni nie zabezpieczono po strzelaninie.
Ach, a jak znajdziecie na moim podjeździe kawałek kabla i stary zegarek, to nazwiecie to półfabrykatami do produkcji ładunku wybuchowego domowej roboty? Pytam gliniarza.
Niech pan nie będzie śmieszny... Odparł.
***
Notowałem wchodzących i wychodzących, a SJT330 patrolowały okna budynku. Jeśli Kleo jest za którymś i widzi, to doda jej to otuchy. Ja studiowałem pilnie budynek, jego pracowników i innych. Przed rozpoczęciem działań, trzeba się przygotować.
Sprawdziłem, co Ślepnir przygotował na akcję, co miał w środku, do ostatniej śrubeczki w schowku. Niewiele, ale po przeorganizowaniu wewnętrznej kieszeni, parę giwer powinno wejść. W drzwiach w środku mógł być wykrywacz metalu, ale to mogłem wyłączyć, razem z prądem, z zewnątrz. Lub z wewnątrz... Ślepnir siknie na transformator albo chrupnie ścianę i cała okolica będzie ciemna jak tabaka w rogu. I głucha.
Nagle, gdzieś o drugiej w nocy, gdy byłem w połowie mego planowania, otwierają się moje drzwiczki do samochodu i dwóch facetów (ci z czerwonego kombiaka!) złapało mnie i zaczęli szarpać. Na ich nieszczęście akurat (naprawdę, przypadkiem!) miałem w ręce Mac-10, a spust ma baaardzo czuły, no i krótko mówiąc, przestrzeliłem się przez jednego i zabiłem drugiego, zanim zdążyli się przedstawić. Na szczęście nie rozchlapali się bardzo... A co się rozchlapało, to piesek zlizał z chodnika. Po obszukaniu ich, byłem bogatszy o dwie pukawki, dwa zwitki pieniędzy, kluczyki do samochodu i dziwny klucz do czegoś. Wepchnąłem zwłoki do kanału i poszedłem poszukać ich samochodu.
***
Czy posiada pan pistolet maszynowy Ingram Mac 10? Pyta gliniarz.
Ingram co, proszę?
Ingram Mac 10, powtarza cierpliwie glina. Wygląda tak - i pokazuje mi zdjęcie pukawki.
Pierwsze widzę. Wygląda trochę jak uzi, nie? Czemu miałbym mieć takie coś? Pytam.
Z tej broni zginęli dwaj mężczyźni, należący do grupy, o której rozmawialiśmy.
Aha... Świeć im, panie, nad ich duszą. A co to ma wspólnego ze mną?
Ten pistolet maszynowy jest zarejestrowany na jednostkę antyterrorystyczną, która ostatni raz przed zaginięciem, brała udział w akcji nalotu na klub Katowicka, słyszał pan może o tym?
Co? Że ja? Jak można zgubić grupę antyterrorystów? Glina nic.
Nie słyszałem o żadnym nalocie. Dawno? Spytałem.
Gliniarz podał datę. Zgadzała się z datą mojego poznania Jajkovicha i Amandy, jak jeszcze żyła i ssała... Ee, miała się dobrze.
Mamy na pana haka, Okropny. Poruszał się pan vanem należącym do antyterrorystów po całym kraju, wraz z... Zajrzał w papiery. Niejaką Klaudią Sewittz, lat... Serio? Nie wygląda... Zamieszkałą naprzeciwko pana, tak?
Tak, ale nie wiedziałem, że należał do antyterrorystów. Kupiłem go od niejakiego Klaudiusza... Adama, chyba. Mam w domu umowę kupna-sprzedaży. Spieszyło mu się okropnie, więc była okazja... Czemu by nie brać?
Gliniarzowi żyłka na czole zaczęła pulsować.
Wrócimy do tego, powiedział.
Dobrze, odparłem, bo co miałem niby powiedzieć?
***
Jeden z SuperTurboJeżotrzmieli podesłał mi sekwencję obrazu, w której jakiś facet wchodzi do pomieszczenia, za którym leży jakaś kobieta, którą ktoś bije w twarz i bierze od tyłu. Twarzy kobiety nie widać. Numeru pokoju też nie, ale po dłuższej chwili doszedłem drogą dedukcji do tego, że jest to pokój, którego nie ma na planie budynku! To skurwysyny... Chociaż nie, to może być wina tego, że byłem zmęczony i majaczę. W sumie nie spałem od kilku dni... Jeszcze dwa dni temu z Kleo rozmawialiśmy całą noc... No, powiedzmy. Pojechałem do pierwszego z brzegu hotelu, zapłaciłem gotówką i poszedłem spać, mając nadzieję, że Kleo nic nie jest.
Rano poszedłem do budynku pozwiedzać trochę. Wszedłem, portier o wyglądzie zakapiora krzywo na mnie łypał i mówił, że z psem nie można - a ja odparłem z uśmiechem, że jakby nie było można, to by nie było weterynarza na siódmym, a poza tym czas to pieniądz. A Ślepnir tylko na niego szczeknął i facet się poddał. I słusznie.
***
Mogę prosić o kubek herbaty? Pytam gliniarza. Zapłacę, jeśli będzie trzeba. Jak mamy jeszcze gadać, to potrzebuję herbaty.
***
Coś dziwnie w tym budynku. Cicho dość... Kamery na każdym winklu, ale Ślepnirek wie, co ma zrobić i przy pierwszej okazji wyszarpie kable ze ściany... Jak je wyniucha.
Poszliśmy schodami. Tam był spory ruch, pod jednym biurem nawet były kolejki. I tak co piętro.
Za czym ta kolejka? Pytam faceta po czterdziestce, pierwszego z brzegu.
Świeży towar rzucili, więc wszyscy chcą sprawdzić. No wie pan, zanim pojedzie do Niemiec i turasy ją, wie pan, wyszeptał mi na ucho.
A wiadomo, co to za towar?
Facet popatrzył na mnie jak na debila.
Spytaj pan tego, co właśnie wyszedł. O, tam stoi. Wskazał mi palcem faceta, którego już wypytywali inni.
...niezła dupka, ma pieprzyk na policzku, no, bierze w usta jak dzika, no jasne, cipa słodka jak miód, ciągnie jak odkurzacz... Usłyszałem z tego mini zbiegowiska.
Pieprzyk na policzku? To nie brzmi jak Kleo... Ale mogli dokleić. Kurwa, nie jestem antyterrorystą, nie mam wywiadu, nie znam się na odbijaniu zakładników! Poprosiłem Ślepnirka, żeby wygryzł ze ściany wszystkie kable, jakie uda mi się znaleźć, a potem wrócił do mnie, jak już zrobi się ciemniej. Gmach miał dosyć ciemne korytarze, maleńkie okienka na ich końcach i na klatce schodowej nie oświetlały należycie korytarzy. Pięć minut później zgasło światło, a za kolejne trzy szedłem już w górę, uzbrojony w masterkeya, ze Ślepnirem pilnującym moich tyłów. Usłyszałem głos portiera: Ostatnio stał w kolejce! To nie on, chyba, miałem go cały czas na oku na kamerach!
Aha, czyli mnie szukają. To mogą zacząć szukać od piętra wyżej, gdzie poszedłem, a gdzie noktowizor pokazał mi taki sam tłum, jak piętro niżej.
Ujadanie Ślepnira i moje udawane krzyki "oo nieee, on ma wściekliznę, o nie, zostaw mnie, aaaaarghh" wypłoszyło większość facetów, którzy zwiali schodami na dół. Ci, co zostali, to jakieś dziadki i facet z pistoletem maszynowym. Nie miał noktowizora, a ja tak, więc teraz miałem dodatkową giwerę, a on jak ukośnik jeśli się obudzi, będzie miał guza. Otworzyły się drzwi i facet ze spuszczonymi gaciami wybiegł z pokoju, a za nim wyszedł facet z pistoletem, który jednak chyba miał instynkt zabójcy, bo zaczął strzelać na oślep. Trafił jednego z dziadków pod ścianą, jednego faceta, który wyszedł z kibla, a trzeciego strzału oddać nie zdążył, bo pocisk kalibru 5,56 zmienił jego głowę w coś już zupełnie nie do użytku, zakładając że mowa o pierwotnym zadaniu. Facet wyłożył się na wznak, wpadając do pomieszczenia. Wyglądało to bardziej jak hotel, niż jak biurowiec... Ale co ja tam wiem o architekturze, nawet doktoratu nie mam.
Wszedłem do pokoju, zostawiając Ślepnira przed drzwiami. W pokoju było łóżko, a na nim leżała półprzytomna małolata, maksymalnie piętnastoletnia, w jednoczęściowej, zaspermionej koronce, z pieprzykiem na policzku i przykuta do łóżka. I, jak to bywa w takim wypadku, miała szpilki na nogach, a chodnik skrzypiał od zużytych kondomów wgniecionych weń kolejnymi butami.
Wkurwiłem się. Akurat na czas, żeby usłyszeć ogień z broni maszynowej przed drzwiami. Strzelał ktoś do kogoś. Ślepnir nie reagował, pewnie nie było zagrożenia. Albo był chytrym, zarobaczonym skurwypieskiem. Wyszedłem z pomieszczenia akurat na czas, żeby z masterkeya zrobić facetowi dziurę na wylot. Ślepnira nie było. Dziwne...
Poszedłem na górę, gdzie korytarze i pokoje były puste, nie licząc facetów, których musiałem zabić i panienek w różnym wieku, w różnych stadiach odurzenia, w różnych pozycjach przywiązanych do różnych mebli. Potem przestrzeliłem im te łańcuchy od kaloryferów i ram łóżek.
A potem na dół, powoli, wiedząc, że trzeba mieć oczy dookoła głowy. Co jakiś czas ktoś krzyczał i zbiegał po schodach, ale w stylu "chciałem tylko tanio poruchać" a nie "zapierdolę cię chuju". Bez ekscesów dotarłem do czwartego piętra. Cała góra była "czysta". Stałem w pomieszczeniu przy samej klatce schodowej i nasłuchiwałem. Jakaś dziewczyna ocknęła się i zaczęła zbiegać po schodach. W obcasach. Przebiegła koło moich uchylonych drzwi i zbiegła na dół. Gdy dobiegła do półpiętra, położył ją ogień z kilku automatów. No, pięknie. Ślepnir pobiegł z moimi granatami, z moimi claymorami i z resztą mojego arsenału gdzieś w pizdu, Kleo nigdzie nie ma, wykrywacz Kleo pokazuje, ze jest gdzieś w budynku, ja mam dwa magazynki i trochę nabojów do masterkeya, dwa zdobyczne automaty na plecach i całą górę trupów i zbiorowo przeruchanych nastolatek. A na dole się okopali i czekają. Pięknie.
Musiałem coś wymyślić.
***
Wrócił gliniarz z herbatą. Poczekałem, aż trochę ostygnie.
Na czym to stanęliśmy? Pytam.
Czy zna pan tego człowieka? Pokazał mi zdjęcie. Nie znałem.
Wyskoczył przez okno z czwartego piętra budynku, w którym pan był. Wtedy, kiedy pan był. Przypadek?
A wie pan, był tam taki szaleniec, który mówił każdemu przechodzącemu, że wyskoczy oknem. Powiada pan, że faktycznie wyskoczył? Coś takiego...
Miał przy sobie narkotyki i nielegalny pistolet.
O, to nawet lepiej dla was, że nie żyje, co? O jedną szumowinę mniej, co?
***
Wypchnąłem tego pierwszego nieprzytomnego bandziora z okna. Spadł prosto na przednią szybę błyszczącego, czarnego mercedesa, obok którego stało dwóch typków. Zaczęli się kłócić, który z nich tam zaparkował i czy i jak powiedzą o tym szefowi, czy komu tam.
Gdy wpadli pomiędzy tych, którzy okopali się na dole, zdezorientowali ich na tyle, ze udało mi się przebiec, ostrzeliwując się, na drugie piętro. Prawie bez strzału, bo czymże jest pół magazynka ze zdobycznego automatu? Na szczęście dalej myśleli, ze jestem na górze, bo nie strzelali w dół i darli ryja w górę. Nie płacą im za myślenie, pewnie.
***
To gdzie pan był cały ten czas, jak nie słyszał pan ognia, wybuchów i całego tego hałasu? Nie chce mi się wierzyć, że nic pan nie słyszał.
Słyszałem, oczywiście... Ale takie są ostatnio modne gry miejskie, w których ludzie biegają, strzelają do siebie z replik i robią cuda wianki, że uznałem, że to jeden z tych iwentów i się nie przejmowałem.
Ale gdzie pan był, cały ten czas?
Zatrzasnąłem się w toalecie na dole, uwierzy pan?
Ma pan jakichś świadków?
A wie pan, było tam ze mną kilku facetów, którzy też się zatrzasnęli. Zrobiliśmy sobie pamiątkową fotkę, zanim odpalono fajerwerki na koniec zabawy... Jest na moim instagramie, możecie sprawdzić. Pancerne te drzwi robią, a przecież to tylko do kibla. Bez sensu, nie?
***
Na drugim piętrze w kiblu było słychać odgłosy rozmów. Wszedłem tam, jak gdyby nigdy nic, automaty zostawiając w pokoju obok za drzwiami.
Ej, panowie, to jakieś jaja są, gry zespołowe! Jestem Olek! Czas na selfie!
Faceci byli albo za głupi, albo coś, w każdym razie dali się przekonać, że to tylko jaja i nie na serio i jeden nawet wziął mój telefon i zrobił nam zdjęcie. Fajne chłopaki. Szkoda, że któryś gangster usłyszał nasze głosy i wpakował nam granat do pomieszczenia. Przeżyłem chyba tylko dlatego, że akurat naprawdę lałem w ostatniej kabinie. Potem przejechał serią po kabinach, a mnie cudem ominęło, bo wbiło się w ścianę przede mną i za mną. Stanąłem na sedesie. Chłopaki leżeli rozpryśnięci na podłodze. Szkoda.
Ale to i dobrze, przynajmniej wiedziałem, że mają granaty.
***
W toalecie, w której pan był z tymi panami, wybuchł granat i wszyscy zginęli. Mniej więcej w tym samym czasie, co gdy pan tam był.
No, tego już za wiele! Uniosłem się. Co ja, ludobójca jestem? Związek Walki Zbrojnej? AK? Czyście powariowali?
No to jak pan się wydostał z zatrzaśniętej toalety, w której wybuch granatu i serie z kałasznikowa pozbawiły życia tych trzech ludzi?
Przez okno, panie władzo. Uznaliśmy, że ta toaleta to pułapka na bawiących się i że jakoś trzeba wyjść. Umówiłem się z nimi, że wyjdę i nas otworzę z zewnątrz, i udało mi się przejść po rynnie, parapetach i gzymsie do toalety damskiej, najwyraźniej chwilę przed granatem... Ja myślałem, że jak usłyszałem kroki i te fajerwerki, że to koniec zabawy, bo jak wyszedłem z damskiej, to drzwi do męskiej były uchylone, a na korytarzach żywego ducha... Martwego też nie. Po prostu pusto. I wtedy też wyszedłem z budynku.
***
Gdy wyszedłem z kibla, drab z kałachem stał plecami do mnie i gadał przez krótkofalówkę z kimś, kto najwyraźniej był w garażu w piwnicy. Przyłożyłem mu z kolby pistoletu w tył głowy, obszukałem i mimo, że nie miał granatów, zdobyłem na nim radio, kluczyki do auta i kałacha. Przez radio udawanym głosem typka powiedziałem, że załatwiłem typa z karabinkiem i że mogą wyluzować. I że trupa zanoszę do pokoju 202, jakby co. Poszedłem po moje pukawki do pokoju, w którym je zostawiłem i po namyśle wziąłem też pistolet draba. Kałacha rozładowałem i porzuciłem. Usłyszałem szczekanie Ślepnira z piętra-dwóch poniżej. Już naprawdę nie zostało wiele miejsc, gdzie mogłyby draby schować Kleo. Bałem się, że ją wywiozą albo zabiją... A strach naładował mnie energią. Pobiegłem na dół. Typasy z piętra niżej i z parteru w ogóle mnie nie zauważyli, pochłonięci przeładowywaniem broni, szczękaniem zamków i tak dalej. Prześlizgnąłem się jak ninja za ich plecami, przebiegając cichutko jak mysz w stronę drzwi do garażu podziemnego...
No, dobra, kłamałem. Cichutko jak mysz z tłumikiem na karabinku zastrzeliłem tych drabów, którzy stali mi na drodze do uwolnienia Kleo. Nie zdążyli jęknąć, po prostu opróżniłem w nich dwa pozostałe magazynki do masterkeya, po czym wytarłem go i podrzuciłem do ręki jednemu trupowi. Zabrałem sobie z trupów trochę fajnego sprzętu i poszedłem dalej.
***
Nie interesuje pana, co się tam działo naprawdę?
Panie władzo, jestem w szoku! Wróciłem do domu cały roztrzęsiony, nic nie chciałem wiedzieć, to było straszne!
Ale co? Nie rozumiał policjant.
No jak to co? Portiernia!
***
Na dole był garaż, a w garażu stał na środku pustego prawie garażu nierzucający się w oczy, unieruchomiony (bez koła) żółto-różowy hummer, obok którego stały związane i skute kajdankami trzy panienki: dwie małolaty i wreszcie Kleo Sewittz. Obok nich stały obmacujące je i trzymające je za włosy (żeby patrzyły i nie odwracały głowy) wstrętne typasy, a kawałek dalej jakichś dwóch innych znęcało się nad jakąś filigranową blondyneczką. Kopali ją po nerkach, twarzy i brzuchu. Dwie małolaty płakały i szlochały, gdy typasy wymierzały im plaskacze. Kleo tylko stała, zupełnie jakby jej nie było. Jeden typas wrzeszczał do telefonu: Jak kurwa nie ma? Co nie ma? To ukradnij jakiś! Ten pieprzony hummer się zepsuł! Nie wiem jak! Jakoś! Koło odpadło, jak jechaliśmy po resztę dziwek! No co, jak? Srak? Wzięło i odpadło! Kurwa chodź i zobacz! Kurwa! Rzucił telefonem na siedzenie hummera. Nagle zza drzwi, obok których kucałem, obserwując całą akcję, wybiegło dwóch facetów, za nimi biegł Ślepnir, a za nim jeszcze dwóch. Żadna dwójka nie strzelała, choć mogli, ale pewnie wystrzelaliby się nawzajem.
To on! Krzyknął jeden z typasów. To ten pies, co zagryzł Wojtka! Wojtek stał tutaj i pilnował hummera, a potem znaleźliśmy go rozszarpanego! To ten pies!
Na co czekacie, zapierdolcie go! Ty, powiedział jeden z typasów, ewidentnie jakiś herszt, idź po emela na dwór!
Na emela spadł Siwy. Powiedział typas.
Jak spadł? Chuj z nim, to idź, ukradnij jakieś auto, kurwa! A najlepiej dwa, ja pojadę z tymi kurwami a wy pojedziecie jako obstawa drugim. Idź z nim, Rafi, dodał, i ten nazwany Rafim poszedł z tamtym.
Będziecie próbować sztuczek, jak ta Balbinka? Zwrócił się tamten do Kleo i dziewczynek, łapiąc za włosy półprzytomną, pobitą dziewczynkę i podnosząc ją brutalnie. Tą kurwę możecie se wziąć, powiedział, a jak z nią skończycie, to ją zakopcie tam gdzie ostatnio. Rzucił nią pod nogi tym dwóm, którzy przybiegli jako pierwsi. Ślepnir stał za hummerem tak, żeby nie mogli otworzyć do niego ognia, nie narażając siebie nawzajem.
Na co czekacie, kurwa? Strzelać do psa! Jeden z typów wyciągnął zza pazuchy mp5k i pociągnął serią w stronę Ślepnira, który bardzo leniwie i niechętnie podszedł do Kleo i tam został. Herszt wyciągnął pistolet i wycelował w psa.
Czy ja wszystko muszę robić za was? Odbezpieczył i położył palec na spuście. Ślepnir na niego warknął, ale nie ruszył się.
Obok różowego, unieruchomionego hummera stali od lewej: Typas, małolata, Kleo, małolata, herszt, dwóch typasów, małolata na ziemi i typas. Padnij, krzyknąłem, a Kleo zrozumiała niemal od razu, pociągając w dół dziewczynki i rozpłaszczając się na ziemi. Ślepnir zrozumiał aluzję i odgryzł dłoń z pistoletem w niego wymierzonym, a ja pociągnąłem serią ze zdobytego piętro wyżej FN Minimi, którego nie wiedzieć skąd wytrzasnęli gangsterzy. Wkrótce na placu boju została Kleo z jedną dziewczyną, herszt bez ręki i ja, z filmowo dymiącą lufą opróżnionej pukawki. Pozostałe typasy udały się do krainy wiecznych łowów, razem z jedną z dziewczyn, która przerażona zaczęła uciekać w stronę tej pobitej na ziemi, więc musiały dostać obie przypadkiem, jak ciągłym ogniem karabinu maszynowego szedłem z lewej do prawej. Człowiek krzyczy, padnij, a tu potem takie baby panikują i masz niewinnych na sumieniu.
Z hummera zostało sito. Herszt został obezwładniony przez Ślepnira, który jedną nogą stał na urwanej ręce herszta, drugą stał na jajach a tytanowe rzędy zębów wzmacnianych widią szczerzył do leżącego pod nim, krwawiącego mężczyzny.
Upewniłem się, że nikt więcej nie przybiegnie i bez słowa pomogłem wstać Kleo i dziewczynce, a herszta za wszarz podniosłem, dałem kilka razy w pysk i zaprowadziłem pod drzwi, do kąta. Cała akcja, od mojego wejścia do garażu do teraz, trwała może dziesięć minut. Ślepnir przegryzł dziewczynom pęta, dałem Kleo broń i poszedłem po auto. Z broni została mi tylko strzelba, pompka, malutka do samoobrony, którą znalazłem przy którymś gangsterze.
***
I ja wyszedłem z tego budynku, cały roztrzęsiony, po tym, co jak widziałem, zostało z tego przemiłego starszego pana z portierni... Zwymiotowałem na ulicę, wsiadłem do auta i pojechałem do domu, jak automat, czy pan sobie to wyobraża? Mózg, tkanki, oczy na ścianie, yyy brrr!
Gliniarz burknął, żebym jednak bez szczegółów.
Dodałem ich jeszcze więcej.
***
Gdy wychodziłem z budynku, zatrzymał mnie portier z kałachem i kazał podnieść ręce do góry. Podniosłem, ale że w rękawie miałem tą strzelbkę, to ruchem rodem z Desperado wyciągnąłem tą strzelbkę i strzeliłem mu w głowę. A potem rzuciłem ją za siebie i wyszedłem z budynku, dookoła którego w grupkach stali faceci, których przegoniłem z kolejek do dziewczynek w pokojach.
Poszedłem na koniec ulicy po moje auto, odpaliłem i pojechałem do garażu podziemnego, gdzie staranowałem szlaban i zajechałem pod kąt, gdzie zostawiłem Kleo i resztę.
Pomogłem dziewczynom wejść do środka, bandziora wrzuciłem do bagażnika razem ze Ślepnirem i z piskiem opon wyjechałem prosto z garażu podziemnego w stronę domu.
Mniej więcej pięć kilometrów za miastem zatrzymałem się w lesie i wykonałem kilka telefonów. Wkrótce prawie cała broń palna zniknęła (Wyparowała! Jak to? Przed chwileczką tu była! - powiedzą gliniarze, którzy będą na miejscu) z budynku mafii do spółki z większością trupów (zwłaszcza tych najmniej rozmaślonych), znaleziono tylko martwe dziewczynki, a Jajkovich zjawił się dokładnie czterdzieści minut po moim telefonie, w miejscu wskazanym przeze mnie.
***
I po prostu pojechał pan do domu, prosto, jak gdyby nigdy nic?
Na chwilę do domu... Pojechałem jeszcze potem do Katowickiej, do mojego kolegi Jajkovicha na zjazd rodzinny, przecież wiecie, bo złapały mnie i nas wszystkich kamery na zewnątrz... Czy może nie?
Nic nie odpowiedział.
***
Jajkovich odebrał ode mnie dziewczynkę, a herszta bandy handlarzy ludźmi po przesłuchaniu i innych zabiegach zabrał też ze sobą. Obiecał, że jak z nim skończy, to będzie to koniec sprawiedliwy, ale ja wiem, że tylko żartował i że zrobi mu z dupy jesień średniowiecza, potem zimę średniowiecza, potem jeszcze wiosnę renesansu i może nawet dojdą do planu Marshalla, a potem powróci do życia Amanda... Zupełnie jakby nigdy nie zginęła śmiercią tragiczną. Tak myślałem. (Później się okazało, że byłem w błędzie... ale nie miałem z tym problemu.)
Kleo i ja wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy do domu po jakieś ciuchy, żeby mogła ubrać coś na siebie, bo odkąd ją porwali, była w tych samych ciuchach i butach, w których podlewała. Nie, żeby mi to przeszkadzało... Ale podjechać trzeba było. W domu wywiązała się między nami taka rozmowa:
Kleo, chcesz jechać ze mną, czy zostaniesz tutaj? Muszę to skończyć, powiedziałem.
Zostanę tutaj i dorwę tych, którzy mogą tu chcieć wrócić, powiedziała Kleo, wykąpana i odświeżona do swojego dawnego, idealnego wręcz ja. Nie protestowałem. Ustaliliśmy plan, a potem pojechałem do Jajkovicha.
***
I pan tak po prostu sobie pojechał do domu, a z domu do Katowickiej? A po co?
Piwa się chciałem napić w gronie rodzinnym, przecież mówiłem...
***
W Katowickiej wrzało. Jajkovich udzielał wszystkim lekcji, co się robi z ludźmi, którzy zachowują się jak szmaty, oddając herszta co raz to kolejnym stworom do zabawy w seks grupowy z jednorękim, już wygolonym i w peruce, sukience i butach, mężczyzną. Co chwila podjeżdżały samochody z innymi, którzy byli w Gmachu (nazwa operacyjna) i robili coś dla sprawy: Strachy pozbierały broń i łuski, banshee (moja sublokatorka, plus ze dwa takie wielkości zająca... pewnie jej wstrętna progenitura) zlizywały krew i tkanki z wszystkich powierzchni, wilkołaki i jastrzygi przerzucali trupy do samochodów i odjeżdżali. Najtrudniej było wydostać trzeźwiejące dziewczynki, ale ktoś znał jakiegoś wampira, który zaproszony do współudziału rzucił na nie urok i po prostu im rozkazał wpakować się do samochodów podstawionych pod gmaszysko. Nieludzie współpracowali idealnie.
Siedziałem więc w barze i patrzyłem, co i kogo kolejni przybywający przywozili w swoich samochodach, co jakiś czas wychodząc, żeby złapała mnie kamera uliczna. Ustalono, że dziewczynki są z Estonii, a więc kurewsko daleko stąd, więc podjęto decyzję o przemienieniu ich, i mogą zostać, robota się dla nich znajdzie i kąt do spania też. Jajkovich mi potem mówił, że mafiozo wyznał miejsce pochówku i kanał przerzutowy takich właśnie dzieci-śmieci, których w Europie Wschodniej jest bez liku i nikt o nie nie dba. Żadna z tych odratowanych nie miała więcej, niż dziewiętnaście lat, a niektóre nie miały jeszcze czternastu. I wszystkie "pracowały" po dwanaście godzin dziennie, weekendami nawet i osiemnaście. Jajkovich tygodniami pracował nad nim dwa cztery siedem, i wyciągnął z gościa wszystko... Ale zapędziłem się, a nie o tym mowa.
Tymczasem w moim domu zastępy żyjących najbliżej mnie nieludzi po cichutku pracowały nad obroną mojego domu na wypadek ataku. Wykopywano wilcze doły, potykacze, ciężary na linkach i takie tam, więc właściwie Wietnam. Ostatnie dwa claymory nawet wsadziłem do stodoły. Każdy strach w okolicy miał przykazane się stawić do obrony, a z miłośników bujnych kształtów Kleo Sewittz utworzył się coś jakby batalion chłopski, który z kolei strzegł jej domu przed czymkolwiek. Sama Kleo była bezpiecznie schowana na strychu u pani Schwalbe, która z pancerfaustem broniła swojej ulubienicy. Kleo była nastawiona bojowo, więc, z tego co mi Ślepnir meldował, porzuciła tradycyjne zabawki i zadowoliła się moją strzelbą, do której jednak załadowała brenekę i oddech smoka.
Zsynchronizowaliśmy czas operacyjny. Herszt miał zadzwonić do swoich ludzi i wskazać mój dom, a Kleo i jej zwarte oddziały miłośników bujnego ideału, w skrócie ZOMBI, mieli pilnować, żeby Kleo się nic nie stało, i żeby nikt nie uciekł.
Więc gdy przyszła godzina zero, tylko czekaliśmy...
***
I tu mi się wszystko nie zgadza, panie Okropny. Dlaczego ci ludzie przyjechali do pana?
Pewnie mieli mnie na kamerach i sobie coś ubzdurali, jak pan, detektywie, powiedziałem.
Ale dlaczego przyjechali do pana akurat? Przecież pan tam był tylko przypadkiem, prawda? Dlaczego przyjechali rozpiżdżyć akurat pański dom?
Panie władzo, sam chciałbym wiedzieć...
***
W wilczych dołach i pułapkach zginęli wszyscy pozostali przy życiu członkowie-żołnierze grupy przestępczej, zajmującej się narkotykami, handlem ludźmi i inną działalnością przestępczą. Nikt nie złożył na pana doniesienia ani nie zeznawał przeciwko panu... Nie ma też dowodów, że miał pan coś wspólnego ze śmiercią tych ludzi... A sędzia orzekł, że miał pan prawo ćwiczyć i tresować swoje zwierzęta po swojemu, a znaki ostrzegające o pułapkach miał pan wyraźne i duże na całej posesji... Przyznawał gliniarz, ale ton miał kiepski. Więc sprawa zamknięta, może pan wrócić do domu, jednak prosiłbym, żeby pan nie opuszczał kraju.
Nigdzie się nie wybieram, powiedziałem wstając.
Panie Okropny?
Tak?
Mam jeszcze jedno pytanie, jeśli można?
Proszę.
Nie wydaje się panu dziwne, że pośrodku parkingu podziemnego znaleźliśmy poszatkowanego kulami hummera z oderwanym kołem, ale żadnych łusek, żadnych plam krwi, żadnego niczego takiego?
No, ktoś może go tam już takiego przywiózł na lawecie może?
Ślady opon prowadziły do miejsca, gdzie się zatrzymał.
To może koło odpadło, bo było źle przykręcone? Nie wiem, nie jestem mechanikiem...
Wie pan, może i tak. Może ten wahacz, półoś, sprężyna i teleskop się same przegryzły.
A może przegryzł je mój piesek! Rzuciłem, śmiejąc się.
Ha, ha, na pewno. Dobra, niech pan idzie, panie Okropny.
***
Od teraz Kleo ma nadajnik, który wysyła raz na sekundę sygnał do Ślepnira i do mnie, i choć rozwiązano ZOMBI, a jego członkowie dostali po pamiątkowym orderze, który zrobiłem z przetopionych łusek z całej akcji, nikt nie ważył się zrobić Kleo przykrości.
Jajkovich faktycznie zatrudnił te małolaty, a pan mafiozo jednak nie został nowym wcieleniem Amandy... Jajkovich zostawił go sobie do zabawy. Podobno jakieś ogry w okolicy chcą gejbar otworzyć, będzie jak znalazł.
Banshee, razem ze swoimi dwoma paskudnymi dziećmi mieszka na moim poddaszu i gra na akordeonie. Naprawdę. A dzieci banshee... Dobra, zjadają mi krety i nornice, nie mogę się skarżyć.
Po odbiór nawet nie bardzo uszkodzonego auta zgłosił się Malinka, ale Kleo coś mu powiedziała na ucho i dał sobie spokój.
Ślepnir... Ma nowe robaki. Znowu.
A ja? Ja bym chciał tydzień spokoju, bez problemów, mafii, strzelania, narażania życia... i tego cholernego akordeonu!
Aha, i nową stodołę, bo stara wyleciała w powietrze.
Czy ja naprawdę chcę tak wiele od życia?
09:04

Penny Pulp #16 - Grzybowa


Pojechałem na wezwanie w zeszły wtorek: paranormalna aktywność za płotem u Grzybów, za górką. Wezwała mnie stara Grzybowa (he, he), że niby jakieś srebrzysto-niebieskie smugi za sztachetami jej migają, a to z okna w kuchni widać i ona się stresuje, a odkąd stary Grzyb (he, he) jeździ na ósmą do roboty, to ona sama w domu i się boi. Zrobiłem wywiad środowiskowy, i albo jakaś chysarna, albo wyżwizg, albo chuj wie co. Trzeba było sprawdzić.
Więc pojechałem. Domek taki typowy, kwadraciak, na górze pusty, odkąd młode Grzyby (he, he) z Grzybkami wyjechali do Niemiec czy chuj wie gdzie. Podjeżdżam, a tam, o dziwo, stoi jakiś mały peżocik. I stoi ta Grzybowa na ganku, w tym fartuchu, w tej podomce, i żal na kobiecinę patrzeć, bo wzrok zbolały i ogólnie smutnawa się wydaje. Wysiadam z auta, mojego któregoś z rzędu starego, ledwo jeżdżącego nissana, i na powitanie postanowiłem przyżartować, mówiąc:
Wywózkę wielkogabarytowych macie? To przed bramę trzeba! I wskazuję na peżocika z uśmiechem. Grzybowa robi konspiracyjną minę, że jakaś tam siostrzenica czy też córka bratanicy przyjechała na wakacje na wieś odpocząć i mieszka na górze, w dawnym pokoju jej syna, Antoniego. Antoniego? No, tego co siedział, dodaje. Czyli Grzybka, miejscowego rozbójnika drużyny WKS Żarno, LKS Radło, czy jakoś tak, który po odsiadce ożenił się i wyjechał na Zachód.
To jakaś młoda ta dziewczyna?
Dopiero osiemnaście ma w tym roku, ale prawo jazdy ma z tym dla młodych bo coś tam w Niemczech można, i że ona może, powiedziała mi na ucho Grzybowa.
A to od kiedy ona tu jest? Pytam, bo Grzybowa nie raczyła wspomnieć wcześniej. No, od początku wakacji, wyznała mi, spuszczając wzrok, Grzybowa.
To raczej nie boicie się boście samotni, ino o nią się boicie?
Pokiwała głową. Kawy zrobić, doktorze?
Herbaty. A ja idę na rekonesans.
Znikła za drzwiami, a ja do bagażnika, w jedną rękę Makarow, w drugą rura z przyspawanym niby młotkiem, takie coś, i idę jej przez ogród. Idę, mijam rozłożone leżaki, myślę "spoko", idę dalej, przeskakuję przez płot i gwiżdżę na chysarny. Nic. Nie ma. Gwizdek na wyżwigi też nic nie dał. Wyczerpałem możliwości srebrzystego błękitu. Nic, stoję dalej. Stukam Makarowem o młotek (specjalnie strojony), żeby przyśpiki i wajwoły z okolicy wiedziały, że mają spierdalać bo Okropny w okolicy. Jeden wajwoł wystawił głowę z jamy w ziemi, zrobił "o, kurwa" i się zakopał z powrotem. A poza tym nic! Pusto. Grzybowa ma zwidy, na pewno. Patrzę na tą Grzybową, jak mi macha z okna ostrzegawczo. Macha rękami jak popieprzona! Co jest?
Przychodzę w pokoju, herr Okropny, usłyszałem za plecami.
***
Odwróciłem się, a tam stoi pierwsze w historii Opolszczyzny wendigo. Pewnie nie wiecie, co to takiego. Otóż wendigo to taki pojebany, dwumetrowy pół-wampir, pół-strzyga, o kolorze błyskawicy w ciemną noc. Rusza się tak szybko, że można go przeoczyć, bo się rozmywa w oczach, tak jakby. Ma szpony u rąk rozmiarów bananów... O ile banan byłby ostry jak brzytwa i twardy jak granit. Albo nanorurka. Czy coś.
Schowałem Makarowa za pasek, a młotek zważyłem w dłoni. Żadnym niczym, co mam przy sobie, nie obroniłbym się przed wendigo.
Stwór był wyższy ode mnie o pół głowy, porośnięty gęstym futrem, coś jak foka, a kły miał schowane. Na nosie miał Ray-Bany jak Elwood Blues. Wyciągnąłem do niego rękę.
Okropny, powiedziałem. Uścisnął ją delikatnie, usiłując jej nie pokaleczyć szponami. Swój chłop, pomyślałem.
Wolfram Joerg von Rou- Levinsson, powiedział stwór uroczyście. Na moją uniesioną brew dodał: Z niemieckiej gałęzi Rou-Levinssonów, herr doktor.
Kurwa, nie wiedziałem, że macie gałęzie, panie Wolframie, jeśli wolno mi bez tych pozostałych członów, hm? Wendigo dalej było w okularach, więc nie widziałem, żeby coś zareagował. Co pana tu sprowadza? Spytałem.
Ona, powiedział stwór i wskazał wielkim, szaro-brązowym szponem leżak.
Niech mnie ścisną obrotowe drzwi w opolskim realu... Na leżaku, czego wcześniej, przechodząc, nie zauważyłem, leżała dziewczyna. Była naga i opalała się, miała na sobie tylko biały kapelutek i ciemne okulary. I ciało, które jakimś cudem czy inną podróżą w czasie, podpieprzyła dwudziestoletniej Kleo Sewittz. Chyba drzemała.
O, kurwa, wyrwało mi się. Wolfram się lekko uśmiechnął, odsłaniając zęby jal Dracula z pierwszego filmu. O, kurwa, powtórzyłem na widok zębów.
Ojciec, chłopak, podglądacz, opiekun, strażnik? Spytałem. Ten popatrzył na nią, na mnie, potem na nią i znowu na mnie.
No nie pierdol... Powiedziałem pod oddechem i wyciągnąłem pistolet.
Bum, bum, bum, zagrzmiał Makarow.
***
Wróciłem do Grzybowej. Ona do mnie z tacą, ciasteczka, herbatka, coś tam. Serwetka. I spojrzenie jakieś rozbiegane. Zabiłeś wendigo? Pyta mnie Grzybowa.
Jasne, mówię, po czym wyciągam Makarowa, przystawiam jej do czoła i pociągam za spust. Bum, łeb się rozprysnął, a razem z nim w proch się obróciło ciało, taca, herbata i ciastka. Nie było czego kopnąć, więc dostało się nissanowi. Chuj. Coś pyknęło, jak stutonowa bańka mydlana.
Podchodzi do mnie wendigo, z małolatą za rękę. Dziwne, ani ona ładna, ani zgrabna. Co jest? Pytam się stwora, a stwór łapie mnie wielkimi łapskami, podnosi jak dziecko, podrzuca z uśmiechem, całuje w policzki i opuszcza, jakbym nie ważył sto kilo, tylko dwa.
Na co czekasz, Wolframie? Pyta dziewczyna. Dalej ma ciemne okulary.
Niewidoma, zrobił gest ręką, a potem wskazał szponem na proch po Grzybowej.
Miałam dziwny sen... Mówi, po czym wendigo łapie ją delikatnie za rękę i odchodzą. Za płotem on bierze ją na ręce i znika, rozmywa się.
I mnie zostawia, z całym tym bajzlem. Wchodzę do tego kwadraciaka, a tam smród! Muchy, odór, coś przepotwornego! Cała rodzina Grzybów: Grzyb, jego żona, trójka dzieci z małżonkami i dziećmi, wszyscy w różnych stadiach rozkładu, leżą po domu, nadgryzieni lub coś podobnego. Tragedia.
Obszukałem cały dom, znalazłem słoik z euro pod piecem, karabin Mausera (co ta Opolszczyzna?) z amunicją i wagon niemieckich marlboro. Wszystko inne - bez wartości, rozjebane, zalane, pognite, zniszczone. Było też mnóstwo zardzewiałych pułapek. Pewnie na wendigo.
Dzwonię do wójta.
Gerhard, miałeś szepeloka.
Jezusie Maryjo, gdzie? Tłumaczę mu. To wilkołak, więc pomijam detale-duperele, ale taka pierdoła, że powinno mu być wstyd.
Doktorze, solennie przysięgam, że nie wiem skąd, ten szepelok się tu wziął, ani czemu akurat u Grzybów się zagnieździł, ani czemu akurat na wendigo polował, w ogóle wendigo w gminie!?
Nie pierdol, Gerhard, tylko tak za pół godziny przyślij straż pożarną. Załapałeś? Powtórz.
Pół godziny straż pożarną u Grzybów na Wiejskiej siedem. Wyrecytował. Czekaj!
Co zaś? Akurat spuszczałem paliwo z baku peżota.
Idź do piwnicy, zanim podpalisz.
Po chuj?
Po prostu idź. Mam przeczucie. I rozłączył się. Wzruszyłem ramionami. Poszedłem na górę, oblałem wszystko benzyną, poszedłem na parter, też, a z Makarowem w ręce poszedłem do piwnicy.
A na dole szepelok urządził sobie lęgowisko, w którym leżakowało w kocach kilkadziesiąt szepelątek...
Niedoczekanie.
***
Następnego dnia nagłówek w gazecie brzmiał: TRAGEDIA NA OPOLSZCZYŹNIE, a dalej: Zjazd rodzinny u Grzybów zakończony katastrofą, cała rodzina blebleble, wybuch gazu, eksplozja oleju opałowego, bimber w piwnicy, benzyna w garażu, bohaterski wójt gminy Gerhard Winckler osobiście udzielił pierwszej pomocy wezwanemu do chorego kota znanemu w okolicy doktorowi Okropnemu, bleble, kot ma się dobrze. I ja z wypchanym kotem pozuję do zdjęcia na tle budynku, z którego ledwo został kamień na kamieniu.
***
Stoimy potem, Gerhard i ja pod wrakiem spalonego peżocika (nie mogłem się powstrzymać, jak wszystko, to wszystko) i palimy papierosy.
Siedemdziesiąt trupków w piwnicy... Powiedziałem im, że to króliki.
Aha, powiedział Gerhard, patrząc jak przydupasy pakują trupy do worków. Jednak coś mogłeś oszczędzić... Jak to zrobiłeś, że tak jebło?
Nie słyszałeś wójta? Wybuch gazu.
Parsknął. Aha, wybuch gazu. Betonowa dachówka nie powinna polecieć we wszystkie strony, wiesz? To podejrzane, ludzie zaczynają mówić.
I co mówią?
Że gaz by tak nie jebnął. W ogóle, co dodałeś do eksplozji?
Miałem trochę c4 z kilku claymorów za siedzeniem.
Aha, aha... Ile trochę?
Naprawdę chcesz wiedzieć?Popatrzył w dal.
Nie, jednak nie.
Patrzyliśmy na szalejący ogień, a ja przysiągłbym, że jak wracałem do domu, to widziałem srebrzysto-niebieską smugę gdzieniegdzie po drodze, ale może to tylko złudzenie.
***
Gdzie byłeś, doktorze? spytała Kleo jak wróciłem do niej do domu.
Za górką! Patrz, co znalazłem! Pokazałem Kleo słoik ze zwitkami euro i zdobycznego Mausera. Siadłem na krzesełku ogrodowym i obserwowałem, jak się schyla podlewając rabatki konewką.
Działo się coś dziwnego, jak mnie nie było?
Stary Piotruś nie żyje.
Wątroba mu pękła od przepicia?
Nie... Uśmiechnęła się. Dziwna sprawa.
Tak?
Szedł skrótem przez pola od sklepu do baru, i... Będzie się doktor śmiał ze mnie.
Co, ufo go porwało?
Nie... Betonowa dachówka spadła mu na głowę. Uwierzy doktor?
Coś takiego...
09:03

Penny Pulp #15 - Tuzin jajek banshee


Doktorze Okropny, dziesięć! - krzyknięto do mnie przez okno, jak pracowałem nad egzoszkieletem.
Co dziesięć?, spytałem przez otwarte okno. Stała tam moja ulubiona sąsiadka Kleo Sewittz w gumowych rękawicach i wyglądała na zniecierpliwioną.
No, dziesięć! Dziesięć! Dziesieeeeeęć! Zamachała rękami, odwróciła się na pięcie i pobiegła z powrotem do domu.
Czego może być dziesięć, Ślepnirku? Spytałem pieska, który właśnie odrobaczał się w wielkiej balii. Ślepnir zrobił ruch, jakby latał, to znaczy zaklekotał dziwnie tymi bionicznymi odnóżami.
Wzruszyłem ramionami i wróciłem do swojego zajęcia. I nagle mnie olśniło.
O, kurwa! Powiedziałem sam do siebie, wybiegając przez okno. Wypierdoliłem się oczywiście, ale złapałem się w ostatniej chwili płotu i uchroniłem twarz od namiętnego i szybkiego pocałunku z betonem. Wbiegłem do domu Kleo jak huragan - drzwi były otwarte i droga uprzątnięta - i wpadłem do pokoju.
Pamiętacie moje skurwiałe banshee? Tak? No, to się cieszę. Wiedzieliście, że raz na jakiś niemożliwy okres czasu, w stylu pół wieku, banshee się rozmnażają? A wiedzieliście, że w tym celu nagle zlatują się ci, no... Banshee chłopczyki i robią jakieś dziwne gody, w stylu: wykopują z ziemi jakieś skarby, skrzeczą w żywopłotach, jeden nawet ukradł skądś akordeon i rozwalił go o ścianę, a inny odnalazł w zawalonej piwnicy jakiegoś trupa i z kości ułożył fantazyjną rzeźbę... Na słupie wysokiego napięcia. Nie wiem, jak.
W każdym razie banshee wybiera sobie kochanków po kolei, a potem składa jajka...
Których w pokoju Kleo Sewittz na kanapie było jedenaście. Wpadłem zdyszany do pokoju, ogarnąłem wzrokiem banshee, które się kiwało, wczepione pazurami w podwieszony sufit... I Kleo, która siedziała na ziemi tuż pod nią, w pozycji tantrycznej i też się kiwała.
I wtedy banshee z głośnym kichnięciem-pierdnięciem złożyła kolejne jajo prosto na dłonie Kleo, które ułożone były w coś jakby kołyskę. Po czym, z charakterystycznym dla siebie skórzastym łopotem, wyfrunęła przez okno i tyle ją widzieli.
Czyżbyśmy zostali rodzicami przez adopcję? Spytałem, obejmując Kleo lekko. Otworzyła oczy i spojrzała prosto na mnie, jakby dopiero teraz zdała sobie sprawę z mojej obecności.
Zadzwonił telefon. Jednocześnie mój i Kleo. Dziwnie. Odebraliśmy.
Hajduszloboszlo, powiedziałem grzecznie.
Doktorze Okropny, Amanda z tej strony. Jest tu taki facet... Pyta, co chcesz zrobić z tymi jajkami i czy bierzesz... Pod uwagę, że każde jajo warte jest swojej wagi... W srebrze? To chyba nie za wiele. Ile takie jajo waży? Chodząc z telefonem po domu Kleo, zgarnąłem jedno z kanapy i w łazience zważyłem najpierw siebie, a potem siebie z jajem.
Dziewięć kilo, powiedziałem.
Jak zgrzewka wody mineralnej. Ile macie tych jajek?
A ufasz temu facetowi?
I telefon kliknął. Olałem sprawę. W międzyczasie Kleo skończyła rozmawiać i wyciągała coś z dolnych szafek w kuchni.
Co robisz? Spytałem.
Jakiś skurwysyn mi groził, że odbierze mi jajka. Po moim trupie... Wstała, a gdy się wyprostowała, miała w ręce najprawdziwszy drugowojenny karabin Mausera.
Niech się boją ci co staną po drugiej stronie, powiedziałem, gdy Kleo oddała suchy strzał.
A potem zaczęła wyciągać amunicję.
***
Nigdy mi nie mówiłaś, że siedzisz na takim arsenale, Kleo, powiedziałem z lekkim wyrzutem.
Nigdy doktor nie pytał, powiedziała figlarnie. Cała Kleo... Rano w szpilkach i/lub majtkach podlać trawnik, w nocy z mp40 pilnować jajek. Dlaczego ja się przestałem dziwić?
W międzyczasie rozmawialiśmy i okazało się, że przez telefon dowiedziała się od Jajkovicha, że jakiś niemiecki wunderprzedsiębiorca przepytuje wszystkich w barze o namiary na "tego, co ma banshee w domu" i parę osób już mu co nieco powiedziało, a potem było słychać strzały i linia ucichła.
Ani Jajkovich, ani Amanda nie odbierali telefonów. Założyliśmy, że już po nich.
Ile mamy czasu? Spytała Kleo nie patrząc na mnie i wypielęgnowaną dłonią czyszcząc ze starego oleju coś, co wyglądało jak Sturmgewehr 44. Nie pytałem nawet, a ona mruczała cicho, polerując.
Co najmniej pięć godzin.
Zdążymy... Cokolwiek by to miało być, powiedziała Kleo tak, jakby miała wyjechać godzinę wcześniej na manicure dwie wioski dalej.
Też tak uważam.
***
W moim domu zamknąłem bramę, drzwi i wszystkie okna. Zmodyfikowane claymory ustawione na podczerwień strzegły każdego wejścia do domu. Także standardowe deski nabijane gwoździami pod oknami i jednostrzałowe strzelby sprzężone z czujnikami ruchu, bo dlaczego nie. Wszystkie jajka upchnęliśmy w zdobytym nad morzem vanie, zaparkowanym na ogródku Kleo, a sami schowaliśmy się na piętrze starego kurnika. Porozmieszczaliśmy giwery, karabiny i granaty (niemieckie tłuczki!) wszędzie, gdzie się dało, a Ślepnir miał prikaz zatrzymać złodziei i się nie wychylać.
I tak czekaliśmy. W połowie drugiej godziny czekania przejechał pociąg, a że powoli zapadał zmrok, wydawało mi się, że dostrzegłem kilka, może kilkanaście sylwetek biegnących przez pole od strony torów.
Zaszli nas od tyłu! Szepnęła Kleo, leżąc przykryta sianem.
Od tyłu, powiadasz... Sięgnąłem i pogłaskałem trochę jej tył, ale teraz trzeba się skupić na zabijaniu.
Potem? Spytałem.
Potem.
Mają noktowizory, zameldowałem, ale coś dupło i mnie zagłuszyło. A potem dupło drugi raz i trzeci i rozpętał się armagedon.
Grupki komandosów zaczęła szturmować mój dom od przodu i od tyłu, ale kilka wybuchów i latających szrapneli nieco przerzedziło ich szeregi. Zostawiłem Kleo samą i podkradłem się pod front, żeby sprawdzić, co tam się dzieje. Leżał tam kisiel z dwóch ludzi, obok poszatkowanego i okrwawionego pojazdu, którym chcieli najwyraźniej zrobić wejście smoka i staranować leciwą, aczkolwiek zaminowaną z naddatkiem bramę. Z tyłu kilku ludzi pilnowało perymetru, gdy inni wchodzili jeden za drugim do mojego domu, który bronił się sam. Jeden z tych zbrojnych pierdolców chyba dostrzegł Kleo, więc ostrzeliwał kurnik, ale rzuciłem w niego cegłówką, a Kleo poprawiła serią z MG42. W ogóle Kleo chyba dostała furii, bo ostrzelała wszystko, co się tylko dało, wygramoliła się z tego kurnika, wzięła do jednej ręki szmajsera, do drugiej drugi magazynek i po prostu poszła naokoło. Chwilę później wychodzi na ulicę, jak gdyby nigdy nic, bez kevlaru, hełmu i munduru i udaje głupią z ręcznikiem i że się opalała i nagle stselają, scelają, panie pułkowniku, prose mnie ratować! Dowódca zaprowadza ją na stronę, podchodzi do... (musiałem wejść na dach, żeby zobaczyć) Limuzyny. Która, jak się okazało, przywiozła dziwnego faceta w białym garniturze, który z kolei stał sobie bezpiecznie i obserwował całą akcję.
No i niestety mnie dostrzegli i spacyfikowali, a że ubrany byłem bojowo i uzbrojony po zęby, to niespecjalnie miałem możliwość się wykpić. Zaprowadzili mnie do faceta w bieli.
Aaa, doktorek Okropny, nieprawdaż? Zaczął, a ja od razu go znielubiłem. Kto zaczyna zdanie od aaa i kończy na nieprawdaż? Zwłaszcza tutaj, na Górnym Śląsku? Ktoś, kto się prosi... O wpierdol. Co najmniej.
Szkoda, że pańscy przyjaciele nie dali się złapać żywcem... Pomachał ręką władczo, i jakiś farfocel w kominiarce otworzył drzwi jeepa i rzucił we mnie głową. Głową! Amandy. Potoczyła się po brudnym asfalcie.
No, teraz to mnie wkurwiłeś, powiedziałem. Obiecuję ci szybką i boles... Zacząłem, ale dostałem kilka razy w mordę i jakoś nie czułem się w obowiązku kończyć zdania. Wyplułem jakiś ząb.
No, to skoro formalności mamy za sobą... Zbliżył twarz do mojej. Gdzie są te cholerne jaja?
W dupę mnie pocałuj, powiedziałem. I od razu dostałem w łeb tak mocno, że padłem bez przytomności.
***
Kiedy się ocknąłem, świtało i nie było wokół mnie żywego ducha. Było owszem kilka martwych, nawet kilka bardzo martwych, a poza tym mój dom wyglądał jak krajobraz po bitwie, ale żyłem. Żyłem, nie miałem dwóch zębów, ale żyłem. W moim domu nie było, pobieżnie patrząc z daleka, ani jednego okna, ani jednych drzwi, w dachu ziała wielka dziura, a z ogródka zostało kilka tlących się krzaków. Całe szczęście, że wyciągnąłem większość C4 z claymorów... Przynajmniej dom dalej stoi.
Pod domem leżały trupy z odciętymi palcami i głowami. Pewnie żeby się nie dało ich zidentyfikować... Ktoś widać przeżył i zajął się sprzątaniem. Większości ich broni i wyposażenia też nie było. Jednemu z trupów zabrałem pominięty pistolet, sprawdziłem, przeładowałem. Znalazłem i drugi, razem z ręką, w krzakach. Wrzuciłem rękę do wiadra, a pistolet za pasek i poszedłem szukać Kleo. Nie było jej w domu. Nie było też vana z jajami. Limuzyna też zniknęła. I Ślepnir. Poszedłem szukać lornetki. Po chwili znalazłem lunetę razem z porzuconym karabinkiem i snajperem, który dla Kleo i jej MG42 stracił głowę... A mógł nie wychylać. Po namyśle zabrałem mu też pistolet maszynowy i poszedłem wdrapać się na najwyższy punkt wioski, czyli na ogromny słup wysokiego napięcia, żeby tam poszukać wzrokiem zaginionych.
Gdy tam szedłem, z daleka od strony zachodniej ostrzeliwały mnie jakieś debile, ale wszyscy chybili. Wdrapałem się na mini platformę na górze i wyjrzałem przez lunetę w stronę, z której, jak sądzę, do mnie strzelano. I zobaczyłem taki oto widoczek:
W poprzek drogi stał van z wbitą w kabinę, dymiącą limuzyną. Za vanem stał facet w bieli, który pilnował, by ci komandosi przenosili jaja do podstawionej tuż obok ciężarówki, która należała do mojego dalszego sąsiada, Maciacha... Który leżał w kałuży krwi tuż obok. Mieli rozmach, skurwisyny.
Po drugiej stronie, za murkiem stała Kleo, półnaga i cała pokrwawiona, ze szmajserem w rękach. Ostrzeliwał ją ten w białym, a wyjść też nie miała jak. Ale widać nie chcieli jej zabić, bo granat by wystarczył. Może nie mieli. Ślepnira nigdzie nie było widać.
Nigdy nie strzelałem ze snajperki, ale nie matura lecz chęć szczera... Wycelowałem z grubsza w gościa w bieli i pociągnąłem za spust. Okno kilka metrów za nim dosłownie zniknęło, trafione w ramę. Skorygowałem i wycelowałem jeszcze raz. Tym razem trafiłem w kabinę vana, utracając lusterko. Znowu trzeba było korygować, ale niestety znowu mnie dojrzeli i rozpoczęli zmasowany ostrzał z bliska... A jeden z nich miał granatnik. Pożegnałem się z życiem, a potem zacząłem do nich strzelać z tej snajperki i o dziwo trafiać. Nie dopuszczałem do podniesienia tego granatnika. Pochowali się i ostrzeliwali mnie dalej. Dostałem niebezpiecznie odłamkiem w kevlar, ale nic mi się nie stało. Potem przestali do mnie strzelać, a ja zacząłem schodzić ze słupa. Podniosłem zostawiony przez nich granatnik i pobiegłem na przełaj przez pola w stronę Kleo.
Zza domu Jóźwiaków obserwowałem, jak jebusy powkładały już jaja do ciężarówki i rozpoczęły odwrót, gdy z domu wyskoczył ojciec starego Maciacha, dziewięćdziesięcioletni dziadunio, z pepeszą i pociągnął ogniem po wszystkim, co widział... Czyli głównie po ciężarówce, która była wcześniej chlubą i chwałą rodziny Maciachów, a którą rzeczony dziadunio zajebał jakiemuś ruskiemu batalionowi. Niedowidzący dziadunio wystrzelał cały magazynek wiekowej pepeszki w stronę ciężarówki, po czym padł trafiony niemal z przyłożenia w głowę, gdy z boku zaszedł go uzbrojony w pistolet buc w bieli.
Tym razem to ja się wkurwiłem. Lubiłem tego dziadunia. Kleo wysunęła nos zza winkla, więc wreszcie widziałem, ze żyje i nic jej właściwie nie jest, na szczęście. Przyłożyłem do oka granatnik, i właściwie nie celując nacisnąłem spust. Pocisk poleciał i było "bum".
Van, który kiedyś należał do komandosów katolickiego ugrupowania, podskoczył w miejscu, gdy trafiłem granatem z RPG prosto w tylne koło. Facet stojący tuż obok, ubezpieczający faceta w bieli, rozerwał się nieco. Biegnący facet w bieli stał się leżącym facetem w czerwieni, a pozostali przytomni komandosi już skradali się w moim kierunku. Odrzuciłem granatnik i mówiąc językiem taktycznym, wykonałem manewr oskrzydlający, czyli, mówiąc językiem gminu, zacząłem spierdalać. Biegłem w prawo, nie czekając, aż mnie dopadną, a potem wpadłem między domy.
Kleo, pst! Powiedziałem, gdy znalazłem się za ścianą, po drugiej stronie której była Kleo Sewittz.
Doktorze? Na własne oczy widziałam, jak doktor dostaje kulę w głowę i pada bez tchu! Doktor żyje?
Tak by wychodziło. Masz jakąś broń? Spytałem.
Wystrzelałam prawie całą amunicję, a tutaj nie mam jak..., powiedziała smutno. Próbowałam ich zatrzymać!
Dobra, rzucam ci teraz pistolet i karabin. Na mój znak - wal we wszystko, co się rusza a co nie będzie mną, okej? Przerzuciłem przez mur glocka, snajperkę i wszystkie do nich magazynki. Od razu lżej.
Doktorze? Usłyszałem zza ściany.
Tak?
Oni odjeżdżają!
Niedoczekanie...
Osłaniaj mnie! Krzyknąłem.
***
Wyskoczyłem zza winkla i sprintem pobiegłem wzdłuż płotu. Faktycznie, ciężarówka powoli kulała się do przodu. W środku był tylko facet w bieli, a na pace dwóch pozostałych przy życiu buców w czerni. Reszta osłaniała przejazd z różnych zakamarków. Ciężarówka się rozkulała i zbliżała do zakrętu, za którym było z górki i mogli nam uciec.
Kleo Sewittz zdjęła ze snajperki jednego z nich, a drugi przekradając się między domami, potknął się o kabel pod furtką Borowiakowej i poleciał głową naprzód prosto na mnie. Uzi snajpera zaterkotało, ja się lekko odsunąłem i facet na ziemię doleciał już martwy. Wyrzuciłem bezużyteczny już automat i wyciągnąłem glocka. Biegłem zygzakiem za ciężarówką. Patafiany z paki ostrzeliwały mnie oszczędnie, pewnie też kończyła im się amunicja. Przedpotopowa ruska ciężarówka przyspieszyła i prawie znikła za zakrętem. Miałem dość. Zrobiłem wszystko, co mogłem, uznałem i padłem wyczerpany. Z daleka usłyszałem tylko strzały, zgrzyty i trzaski, ale uznałem, że to jakiś miejscowy geriatryk się obudził i postanowił skosić trawę czy coś.
Usłyszałem kroki na zapiaszczonym asfalcie. To Kleo szła do mnie, żeby mi pomóc wstać. Uklękła przy mnie, zajrzała mi w oczy i powiedziała:
Już dobrze, doktorze. I dała mi buzi w policzek.
Jak "dobrze"? Te skurwysyny zabiły Maciachów, rozkurwiły pół wsi i zabrały jajka! I uciekły! To podpada pod "niedobrze", co nie? Rozemocjonowałem się, wstając.
Kleo zaś uśmiechnęła się słabo i z pistoletem w ręce, prawie naga i w butach "taktycznych" poszła drogą w stronę domu. A ja za nią.
Podszedłem kawałek w stronę zakrętu, żeby coś ze sobą zrobić, popatrzeć na moją porażkę jako opiekuna czyichś jajek. A tam pośrodku drogi leżała ciężarówka z wyrwanym przednim kołem, roztrzaskanymi pozostałymi, dymiąca i podziurawiona jak sito.
Podchodzi do nas jakiś siwy dziadunio, zdaje się Herman czy inny Heinrich, i mówi:
Myśleliśmy, że to ruskie nas znowu najechały, więc nie chcieliśmy powtórki z rozrywki, powiedział, dumnie demonstrując Stg44, takie samo, jakie miała Kleo w kuchni pod podłogą. Usiłował się wyprężyć i strzelić obcasami, ale coś mu łupnęło w krzyżu i sobie darował. Zasalutował tylko i uśmiechnął się smutno.
Z ganków, okien, sieni i kurników wychynęły stare oblicza prawie stuletnich dziadków, którzy udaremnili ruski zwiad i teraz był czas najwyższy schować wiekowe gewehry i mauzery, a wyciągnąć najlepsze odzienia i iść do kościoła na górce. Nawet nie zauważyłem, jak się rozdzwoniły dzwony wzywające na mszę na ósmą.
Jakiś skacowany dzieciak podjechał starym bmw i zaoferował podwózkę, ale Kleo poprosiła, żeby tamten wsadził jajka do auta i zawiózł je do domu doktora Okropnego. Jak usłyszał "Okropnego" to nagle wytrzeźwiał i zagęścił ruchy. Powkładał jaja do auta i pojechał.
Kleo?
Mmhm?
Nie widziałaś białego kutasiarza? Mam do niego sprawę, a jakoś mi zniknął z pola widzenia.
Chyba widziałam, jak Ślepnirek się z nim bawi w ogródku pani Reiss, powiedziała umorusana blondwłosa piękność o niebieskich oczach i krągłościach, od których pan Bezier by się popłakał. Chce doktor zobaczyć?
Chciałem. Miło było widzieć, że koniec końców mój kochany piesek udaremnił ucieczkę panu kutasiarzowi... Czyli zatrzymał zlodziei. Chyba zainstaluję w nim jakąś bazookę czy coś, będzie na przyszłość mniej roboty.
A wieczorem przyjechał autobusem Jajkovich po głowę Amandy, a przywiezione przez niego zastępy remontowe złożone z nieludzi rozbiegły się po całej okolicy i pozbierały wszystkie dowody, broń, trupy i zaczęły łatać wszystkie dziury po kulach i malować elewacje, tak żeby jak gliny przyjadą, wszystko było cacy.
Jak przyjechały gliny na sygnale o dwudziestej, właściwie tylko połamane płotki i plamy oleju świadczyły o tym, że coś się działo. Wszystkie dziadki nagle nicht polnische i ataki głuchoty, kaszlu i demencji, a kordyt?, jaki kordyt? to oni w piecach palą, tak, w lipcu, zimno dziadkom po kościach nawet w upały, tłumaczyli wszyscy pakujący się na arbajt.
A następnego dnia banshee wróciły po jajka, zabrały każdy po jednym i odleciały. Usiłowałem wrócić do mojego poprzedniego zajęcia, ale ta akurat ściana mojego domu była odbudowywana przez ghuli z kielniami. I dobrze.
Spytałem więc Kleo, czy mogę u niej pomieszkać jakiś czas, ale niewiele wywnioskowałem z jej odpowiedzi, kiedy złapała mnie za rękę i poprowadziła do sypialni. Muszę chyba kupić jakiś poradnik.
09:02

Penny Pulp #14 - Butiki na promenadzie


(jak chcecie ten tekst w innej, ponoć lepszej odsłonie, zacznijcie od "#")

Ciąg dalszy naszego urlopu. Kleo i ja podróżujemy kradzionym vanem chrześcijańskiej organizacji pokojowej "Nieludzie do piachu", który sobie wziąłem, razem z wyposażeniem i bronią komandosów, po mojej ostatniej wpadce towarzyskiej, gdy szukałem sposobu na pozbycie się banshee... Tak, wiem, że troszkę zamotane, ale naprawdę się staram być przejrzystym. Serio.
***
Siedzimy przy stoliku na dworze w "Caro", knajpie nad morzem, która nie zmieniła się od czasów, gdy Edward Gierek siedział na tronie. Kleo, oczywiście przyciągająca setki spojrzeń, siedziała w cieniu parasola i uśmiechała się figlarnie, gdy kolejni faceci robili jej fotki smartfonami. Jak wstała, żeby podejść do baru po menu, jeden z gości zadławił się obwarzankiem i trzeba go było ratować. Innemu, chamsko się przystawiającemu do Kleo mięśniakowi, Ślepnir nasikał na zderzak jego przyciemnionego, nabłyszczonego kabrioletu... A potem nie dowierzał, że tylko jemu się stopił. Ślepnir był niezastąpiony w takich chwilach, pod warunkiem, że nie zrywał się z elektronicznej smyczy tylko po to, żeby dawać się głaskać małolatom po jajach... Albo gwałcić te stworzenia, które swym szczekaniem uniemożliwiały nam, czyli jemu, Kleo i mnie, wypoczynek. Jak przymierzał się do zerżnięcia wydzierającej się na promenadzie przekupy, to musiałem zareagować. Po co mają próbować go uśpić... Pani, zachęcona przez Ślepnira, zwiała i zostawiła kasetkę z kilkoma stówami w dychach i dwudziechach. Wiem, bo mój wspaniały, najlepszy zmutowany przyjaciel człowieka, raczył był ją połknąć w całości.
I tak sobie siedzieliśmy, relaksując się na tyle, na ile możliwe jest relaksowanie się, gdy co chwilę ktoś się dławi na twój widok, albo usiłuje z partyzanta zrobić ci fotkę. W sensie, Kleo. Ona i mój pies zbierali całą atencję, a ja mogłem wypoczywać i obserwować okolicę, przyrodę i ludzi na promenadzie.
Zaobserwowałem śmieszną sytuację: Idzie facet, dresik brzuchaty, w dziarach i podtatusiały, z młodziutką lalunią w mini za rękę. Ona podchodzi do stoiska z pamiątkami, odwraca się do niego, szczebiocze błyskając zębami i trzepocząc rzęsami, a on wyciąga opasłe portfelisko, odlicza banknoty i wręcza sprzedawcy. I tak w co drugim stoisku. Po dziesięciu minutach, on ma w rękach kilkanaście siateczek i woreczków pełnych bursztynowych piramidek, muszelek i kamiennych rybek, suszonych rozgwiazd i tym podobnych gówienek, a ona w drobnych dłońkach trzyma wielkiego gofra z toną bitej śmietany i co chwilę pyta go, czy chce, a on co chwilę odpowiada, że nie. I tak się kręcą po promenadzie i zaglądają do sklepików, na których modnymi czcionkami mienią się kolorowe napisy informujące o promocjach, wyprzedażach i hitach sezonu... Poza jednym, który odpycha swoim wyglądem. Oto centralnie, jak się przyjrzeć, vis-a-vis ogromnej palmy, stał wcześniej niezauważony przeze mnie sklep, wyglądający jak wejście do przedwojennego radzieckiego domu towarowego. Wielkie, solidne szklano-stalowe drzwi, z obłażącą, starą farbą, gdzieniegdzie całkiem odrapaną i zdartą, z pajęczynką utłuczonego w rogu drzwi, przeraźliwie brudnego szkła... Cudo!
Patrzyłem z fascynacją, jak zdawałoby się opuszczony budynek, ba! Gmach! prezentował się na tle tych wszystkich sklepiczków i butików. Pod warstwą brudu i pajęczyn, było widać stare, pokryte patyną litery, które układały się w Luksusowy Dom Towarowy, a pod nimi była plastikowa tablica z wyblakłym napisem "Niep wta rzalnc Przez ie" a niżej "czyn c codz. 12-1 ". Z ciekawości zerknąłem na zegarek, była, oczywiście, 11.57.
Myślisz, że otworzą? Kleo wyrwała mnie z transu, bo najwyraźniej podążała wzrokiem za mną i gdy się najbardziej zamyśliłem, szepnęła mi uwodzicielsko prosto w ucho. Aż podskoczyłem.
Co? Co? Jak? Zapytałem, jak idiota robiąc raban i ściągając niepotrzebnie uwagę gawiedzi przy stolikach. Zerknąłem podejrzliwie na Kleo - znowu usiadła naprzeciwko i patrzyła na mnie wesoło znad ciemnych okularów, sącząc niewinnie drinka przez grubą słomkę koktajlową, na którą patrzyła chyba każda para oczu w promieniu rzutu klapkiem basenowym.
Ciekawe czy otworzą, prawda, doktorze?
Barrrdzo ciekawe... Odpowiedziałem zamyślony.
Kilka chwil później potężne, zakurzone i brudne drzwi otwarły się na oścież, zgrzytając i skrzypiąc zawiasami. W środku zaczęła migotać nieprawdopodobna feeria barw i kolorów, przypominająca jedynie Las Vegas zamknięte we wnętrzu japońskiego centrum rozrywki. Popłynęła rytmiczna i chwytliwa muzyka, przypominająca melodyjkę vana z lodami, a na całej promenadzie nagle zapachniało popcornem, lodami, sorbetami, ciastkami i czym jeszcze.
Woow! Zakrzyknęła Kleo, niemal wstając. Doktorze, widział pan? Idziemy?
Byłem sceptycznie nastawiony do tego pomysłu - coś mi nie grało.
Poobserwuję to trochę z zewnątrz, jeśli nie masz nic przeciwko, moja droga, odpowiedziałem Kleo. Ale jak chcesz, to idź, dodałem z uśmiechem. Kleo odpowiedziała, że zatem poczeka na mnie. Nie byłem w stanie powiedzieć, co mi nie pasowało... Ale musiałem wyglądać bardzo poważnie, jeśli zawsze skora do figli Kleo Sewittz uznała, że warto poczekać.
Obserwowałem to wejście od kilku dobrych minut. Żadna z dziewczyn, które tam weszły, jeszcze nie wyszła... Ale to jeszcze żaden powód do histerii, pewnie oglądają wymyślne żółwiki z bursztynami zatopionymi w plastiku. Co mi się wydało dziwaczne, nagle ulicą przeszła bardzo spiesznie kilkuosobowa grupka młodych ludzi, każdy z wielgachną walizą na kółkach, którzy byli dla mnie tak podejrzanie wyglądający, że aż coś burknąłem. Kleo, zdziwiona, spytała, co mi jest, że tak fuczę na widok zwykłych, standardowo jak na wakacje objuczonych młodych ludzi z tobołami. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć... Coś mi nie pasowało. Postanowiłem iść się przejść, zbadać teren, i poprosiłem Kleo, żeby się nie oddalała, pod żadnym pozorem. Kleo pokiwała głową, więc wstałem i poszedłem. Kupilem paczkę papierosów, choć nie palę, i szedłem niespiesznie za tymi walizkarzami. Te toboły wyglądały na naprawdę ciężkie, a oni pojawili się jak spod ziemi, to mogli być terroryści. Moje podejrzenia były uzasadnione, trzy dni temu zabiłem ze zdobycznego automatu księdza, który usiłował zatłuc łopatą bogu ducha winnego, zagubionego ghula, który przyjechał nad morze pierwszy raz w życiu pozagrobowym. Świat stawał na głowie, a ja na ułamek sekundy się zamyśliłem. I straciłem tych walizkowych ludzi z oczu za winklem i tyle ich widziałem.
Jak można zgubić tylu ludzi?
***
Po dłuższej analizie i wypalonych pięciu papierosach, doszedłem do wniosku, że musieli wskoczyć do zaparkowanego obok samochodu dostawczego. Obszedłem go dookoła, ale było to najzwyklejsze białe ducato, z którego nie wydobywały się żadne dźwięki. Nic to, pomyślałem, pewnie coś mi się przywidziało. I już miałem odchodzić, gdy usłyszałem ze środka: Mamy je! I dźwięk dzwoniącego telefonu. Co? Aha. Mamy problem. Pałętał się za nami jakiś kloc, teraz podjeżdżamy na tyły po następną partię. Otworzyły się drzwi, więc padłem i wturlałem się pod auto obok, pod jakiegoś jeepa. Ducato odpaliło i ruszyło, a ja miałem przeczucie. Wygramoliłem się spod auta i sprintem pobiegłem do stolika, przy którym zostawiłem Kleo Sewittz. Oczywiście nie było jej.
***
Ślepnira znalazłem, gdy podjechałem vanem pod tyły odrapanego budynku. Stało tam już ducato, puste, bez chłopaków, z jednym tylko, udającym ochroniarza, który teraz bawił się radiem. Czas był bardzo cenny, więc posłałem Ślepnira z zadaniem uniemożliwienia odjazdu, czyli trwałego uziemienia białego vana.
Wyobraźcie sobie minę faceta, któremu ośmionożny pies wyrywa stalowymi zębami drzwi, a potem włazi jak do siebie i odgryza kierownicę... Razem z kolumną. Facet sięgnął po pistolet, ale na widok luf z M4 Masterkeya (karabinek z podwieszoną strzelbą) należącego jeszcze niedawno do kato-komandosa trochę zwątpił. Opróżniłem z naboi jego giwerę i obszukałem kabinę. Związałem go trytytkami, których zawsze mam trochę w schowku w psie. Ślepnir usiadł mu na głowie, jak gdyby nigdy nic. Facet chyba zemdlał, ale nie przejmowałem się nim na tyle, żeby sprawdzić.
Nie było klamek, kamer, drzwi ani zawiasów. W ducato były cztery walizy, które po otworzeniu okazały się czterema walizami ze śpiącymi kobietami w środku... Tak, jak podejrzewałem. Same dupeczki prima sort, pewnie na eksport, do piwnicy albo na części. Zamknąłem je z powrotem, na wszelki wypadek. Myślałem o tym chwilę, obserwując okolicę. Stałem tak, żeby mieć wszystko na oku - czego ja nie miałem, to miał Ślepnir.

#
Opierałem się o ścianę, nonszalancko paląc papierosa, z karabinkiem opartym o śmietnik. Nagle, jak w filmie, ze ściany naprzeciwko mnie odpada kawał dykty z namalowanymi cegłami, ale jak! Dałem się nabrać! I wychodzi dwóch facetów o wyglądzie studentów z Erasmusa i niosą... Tą laskę, którą obserwowałem wcześniej, a która wykupiła chyba wszystko z okolicznych kramików. I niosą ją, za ręce i nogi, dwaj debile do vana. Otwierają sobie drzwiczki, wnoszą tą lasencję do środka, po czym zeskakują i włażą z powrotem do budynku przez nieceglane drzwi. Usłyszałem chrobotanie, i aż zaniemówiłem, gdy te dwa farfocle wyniosły moją ulubioną sąsiadkę, Kleo Sewittz. Ślepnir odwrócił się do mnie i pytająco zamerdał ogonem. Pokazałem, że ma czekać, aż udupy wsiądą do ducato.
A tu nagle wychodzi, skradając się, kolejny udup, i przez okno bierze tą giwerę z siedzenia. I wtedy Ślepnir szczeknął, gdy facet z ziemi się ocknął i usiłował ostrzec swoich kolegów, ale było już za późno. Już byłem za blisko, mogli co najwyżej patrzyć w podwójną lufę...
Zastanawiacie się pewnie, czy prawdziwe... Zacząłem. Dałem im chwilę na oswojenie się z sytuacją.
Co?
Gówno. Proszę tą panią zostawić w spokoju.
Ale my... Zaczął jeden, ale drugi syknął na niego. Wycelowałem w tego właśnie.
Teraz się pobawimy w grę: Ty, wskazałem na ofukniętego, będziesz mówił, a gdzie się pomylisz, to ten dostanie kulkę. Lecimy: Ilu was jest?
Dwóch, wypalił ten głupszy, a ja się ucieszyłem, że pamiętałem o tłumiku. Bzt! Pan fuczący dostał lekko po skórze na udzie, nic groźnego.
Cztereeeech! Zakrzyknęli unisono obaj debile. Czterech! Ja, on, kierowca i ochroniarz, ale co to za ochroniarz, dupa, nie ochroniarz!
Racja, przytaknąłem. Dał się podejść wczasowiczowi. Po co wam te panienki?
Spojrzeli po sobie. No jak to, po co? Do ruchania, oznajmili, jakby to było takie oczywiste.
To czemu je porywacie nad morzem? Pojebało was?
Statystycznie rzecz ujmując, te są najładniejsze, najświeższe i najlepsze, nie mówiąc, że najbogatsze, najgłupsze i najłatwiejsze... Zaczął wyliczać ten bez rany postrzałowej.
Wszystko było jasne. Studenci politechniki? Samotność doskwiera? Algorytm mediofoniczny, tak? I to wszystko opracowaliście, żeby wyruchać parę super panienek?
Pokiwali głowami. Udawałem, że jestem ślepy, głuchy i głupi, nie widzę i nie słyszę tego debila z pistoletem, który obchodził ducato i usiłował mnie zajść od tyłu... Ślepnir też. I nagle...
Rzuć broń skurwysynie! Ryknął, wyskakując zza pojazdu i stając naprzeciwko mnie. Celował do mnie z tego samego pistoletu, który przedtem opróżniłem i specjalnie w kabinie zostawiłem, żeby taki jełop właśnie mógł go znaleźć.
Właśnie! Rzuć broń! Bo...
Bo co? Spytałem, ziewając.
Spojrzeli po sobie. Bo my teraz mamy przewagę! Powiedział ten z pistoletem, wymachując nim teatralnie.
I pewnie mam wam pozwolić odjechać, tak?
Tak! Krzyknął ten z bronią... Najwyraźniej wczuł się w rolę. Poddam się i odłożę broń pod jednym warunkiem: Obudzicie i zostawicie tą panią, co ją ostatnią przynieśliście.
Spojrzeli po sobie. Podyskutowali szeptem. W końcu pokiwali głowami, jeden uszczypnął Kleo pod brodą jakoś, a ona otworzyła oczy.
Doktorze? Ale... Co, co...? Pytała, rozglądając się.
Zaufaj mi Kleo, będzie dobrze. Spierdalajcie, powiedziałem, a tamci wycofali się i wskoczyli do ducata od strony pasażera tak ostro, że jeden z nich wypadł głową w dół przez wyrwane drzwi kierowcy i stracił przytomność. Wstrząs mózgu, oceniłem fachowo. W kabinie ducata najpierw zrobiło się cicho, a potem ten z pistoletem i ten postrzelony chcieli uciec. Ale na drodze stał im Ślepnir. Więc się odwrócili. I zamarli.
Widzieliście kiedyś wściekłą Kleo Sewittz, w pogniecionej sukience, w brudnych i otartych od wleczenia butach, z lekko zwichrowaną fryzurą i ze starym coltem? Nie? To mógł być ostatni widok w ich życiu. Kleo pstryknęła kurkiem, a oni zaczęli błagać. To znaczy dwóch z nich błagało, bo pozostali stracili przytomność i dotąd jej nie odzyskali.
Zabijesz ich? Spytałem cicho.
Jeszcze nie wiem, odpowiedziała ona. Niby powinnam, prawda? Ale myślę, że w ich przypadku powinniśmy raczej wykręcić im... Psikusa. Wiesz, jak... Joker.
Wyciągnąłem telefon. Amanda? Okropny z tej strony... Jest tam Jajkovich? Poproszę. Jajko? Słuchaj, jest taka sprawa...
***
Doktorze, z panem zawsze jakieś dziwne przygody... Powiedziała Kleo, gdy patrzyliśmy na zachód słońca.
Doprawdy? Nie zauważyłem, odpowiedziałem nieco przekornie.
No przecież gdyby doktor nie spostrzegł w porę, że to porywacze, to skończyłabym... Urwała.
No? Powiedz, jak to sobie wyobrażasz, zachęciłem.
Pewnie przykuta brudnym łańcuchem do ściany, w zasyfionym akademiku, biorąc dziennie do ust zastępy niemytych... Fuj! Powiedziała z obrzydzeniem.
Mówisz, jakbyś tego nie lubiła, Kleo. Nie wiem, co mam o tym myśleć. Powiedziałem, zamyślony, patrząc w jej zaiste hipnotyzujący dekolt. Popatrzyła na mnie, a w jej oczach błyskały ogniki. Poskakała nimi trochę, żebym popatrzył w te jej błękitne studnie pod brwiami.
Gdy Kleo zajęła się tym, co oboje lubimy najbardziej, zerknąłem na leżaki tuż obok, gdzie Jajkovich oddawał się tym samym rozkoszom, co ja, tylko że z dwoma, świeżo upieczonymi dziewczynami. Obie miały krótkie włosy i nie miały makijażu. I były rozmiarów koszykarek.
Dziewczyny, Jajko? Serio? Tst, tst, cmoknąłem, że niby przyłapałem go na jedzeniu pączka w ramadan, ale dobrotliwie wybaczam.
Do tego każda głowa się nada, doktorze, powiedział uśmiechnięty, a ja nie drążyłem tematu. Wsłuchałem się w szum fal, mlaskanie i mruczenie Kleo, usiłując wyłączyć w głowie siorbiąco-mlaszczące odgłosy wydawane przez dziękujące Ślepnirowi za ratunek dziewczyny.
09:01

Penny Pulp #12 - Hotel


Pani Sewittz? Powiedział głośno głos, który zapukał do drzwi apartamentu hotelowego, który zajmowaliśmy. Kleo miała ważniejsze sprawy na głowie, niż się przejmować boyami hotelowymi... A właściwie nie, ale chyba nie chciała przerywać. Gdy skończyła/łem/liśmy, posłała mi cudowny uśmiech oczami, pokazała mi palcem gest znany na całym świecie, jako "czekaj", a potem podeszła do drzwi w głębi apartamentu i otworzyła je.
***
Chłopak miał najwyżej osiemnaście lat, rękawiczki z bawełny, kostium boya z poliestru i ważną wiadomość. Kleo miała na sobie tylko majtki, buty, makijaż i biżuterię. Chłopak zatchnął się, zazezował i zaczął kaszleć. Kleo odwróciła się do mnie, oblizała usta i uśmiechnęła się. Jeśli nie filuternie, to nie wiem jak.
Taak? Spytała Kleo boya.
Pani Klaudio Sewittz, zostawiono pilną wiadomość do pani w recepcji, powiedział chłopak, wręczając jej kopertę i oddalając się. Kleo podziękowała mu i zamknęła drzwi.
Co tam? Spytałem. Kleo stała na środku pokoju i wpatrywała się w papeterię. Podeszła, podając mi arkusik. Był to gruby papier, ze staromodnym wzorem wytłoczonym na nagłówku i delikatnie nadrukowanym na tle. Na arkusiku było kilka słów, skreślonych zamaszyście piórem.
"Płoń. Południe. Parking."
Która godzina? Spytałem, patrząc przez okno. Kleo zerknęła na mój smartfon. Jedenasta pięćdziesiąt osiem... Pięćdziesiąt dziewięć, poprawiła się.
Czterdzieści osiem sekund później, biały SUV Kleo wybuchł, a ja wiedziałem, że ktokolwiek jest odpowiedzialny za to, już ma przejebane. Kleo stała, zmrożona strachem. Ja stałem, obejmując ją lekko i wzywając Ślepnira do siebie za pomocą chipu sygnałowego, który zainstalowałem sobie w przedramieniu. Przynajmniej nie zgubię. Kleo też ma. Ślepnir wypoczywał na tarasie, dwadzieścia pięter niżej, otoczony, przysięgam, wianuszkiem lasek, które, jakby nie było świadków, pewnie zrobiłyby mu bułgarską pralkę. Na bank. Nie wiem, jak to się dzieje, przysięgam! W każdym razie przybiegł.
Dałem mu do poniuchania papier. Wiatrak zintegrowanych procesorów na chwilę pobrał całą moc z psa, to znaczy Ślepnir padł na dywan, żeby pomyśleć.
Kleo, czy masz jakichś wrogów? Spytałem, gładząc jej ramiona, gdy patrzyliśmy, jak kelnerzy i inni z obsługi hotelowej uwijali się z gaśnicami. Wkrótce ugaszono, więc wezwano nas na dół. Ubraliśmy się, przyjechała policja, pogadali, pomiziali się z ochroną, zapytali o nasze alibi i pojechali. Jak gliny dowiedziały się o liście, rozpoczęła się sraczka i panika, wzywanie grafologów ze stolicy, próbki pisma i przeszukiwanie gratów. Oficjalnie byliśmy tu tylko jej autem, z psem i dwoma walizkami; przyczepę podstawiliśmy na strzeżony parking. Gliny nie mieli powodów szukać broni u nas, więc nie szukali i dobrze - tego tylko brakowało, żeby się mieli naszym mini arsenałem zainteresować. Na całe szczęście nie przyszło im do głowy przeszukiwać Ślepnira. Jakby go wzięli na prześwietlenie, to najprawdopodobniej by wybuchł - ale nie wiem, nie sprawdzałem. Szkoda tylko, ze razem z autem poszła się jebać połowa garderoby mojej współtowarzyszki. Szkoda. Dobrze, że garderoby, a nie butów czy bielizny - te rzeczy były bezpieczne razem z nami w pokoju hotelowym. Tyle dobrze.
Gdy panowie mundurowi poprosili, żebyśmy nie opuszczali miasta, Kleo zdecydowanie poprosiła, żebyśmy to jednak my odnaleźli sprawców. Nie mogłem się nie zgodzić. Na policję tylko naiwniak by liczył... A szkoda.
Kleo zadzwoniła do swoich rodziców. Rosalie i Al najpierw zapowiedzieli, że przyjadą natychmiast. Potem, że dzwonią do mnie i po kawalerię, a gdy Kleo im wyjaśniła, jak się ostatnio sprawy mają, zapowiedzieli, że mamy się autem nie martwić i że zorganizują nam jakieś cztery kółka, "żebyśmy mieli czym choć na zakupy podjechać". Gdy dwie godziny później obmyślaliśmy plan dopadnięcia tajemniczego nadawcy listu, znowu ktoś zapukał do drzwi. Tym razem wyciągnąłem pistolet ze Ślepnira, nigdy nic nie wiadomo.
Kto tam? Zapytałem przez drzwi. Zamiast odpowiedzi usłyszałem jakże znajomy trzask i zdążyłem jedynie odsunąć się od drzwi, zanim ktoś nie zamienił ich w sito. Ciekawe, że ci kilerzy zawsze przeładowują przed samym strzałem, jakby nie mogli, cholera, po cichu i bez uprzedzenia wejść do domu komuś i go zastrzelić... Ktoś władował w nasze drzwi hotelowe jakieś sto pocisków, więc albo było ich więcej, albo... Poczułem ból w plecach. Postrzał? Nie...
Doktorze! Doktorze! Słyszałem ją, jakby z oddali. Zaraz pochyliła się nade mną. Leżałem w powiększającej się kałuży, a Kleo rozmywała się...
***
Doktorze! Doktorze! Kleo zawołała wesoło i musnęła mnie po ramieniu. Uchyliłem oko: Drzwi były całe, Kleo dalej w samej bieliźnie i na obcasach, dalej pogodna i uśmiechnięta. Ja nie miałem rany postrzałowej, a kałuża pode mną i ból pleców były efektem przypadkowego wylania sobie zostawionej niedbale na stoliku herbaty... I całej nocy na miękkim materacu.
Room service, powiedziała Kleo, wracając do drugiego pomieszczenia po wózek nakryty obrusem.
Doktorze? Dobrze się pan czuje? Spytała Kleo, nachylając się, dotykając mojego brzucha i jadąc niżej.
A, tak mi błogo, że chyba zmrużyłem oko na moment i popuściłem wodzę fantazji... Odpowiedziałem leniwie, zerkając na nią. Usiadła obok mnie i podparła głowę dłonią, patrząc na mnie tymi wielkimi oczami koloru błękitu i trzepocąc rzęsami.
To może doktor opowie, a ja będę kontynuowała? Czy może podrzemie sobie doktor jeszcze momencik? Anioł z nieba, ta Kleo.
I opowiedziałem. A potem położyliśmy się z powrotem do wielkiego łoża, gdzie różne rzeczy się działy... Mrau!
Ale to opowieść na inny termin.
09:01

Penny Pulp #13 - Knajpa dla nieludzi


Siedziałem w barze i czekałem na Kleo. Tak się jakoś złożyło, że spacerowaliśmy po mieście, ona spotkała jakąś przyjaciółkę, no i, wiadomo, one swoje, ja swoje. Kleo poprosiła tylko, abym się nie gniewał i nie czekał, bo może być tak, jak zapewniła mnie Andżela czy też Andrea, że wróci nad ranem, z flaszką tequili w ręce i majtkami w drugiej. Odparłem, że pójdę do pobliskiej spelunki szukać natchnienia na nowe wynalazki i może, może! Uda się znaleźć chłopaka dla mojej banshee. Bo teraz to już moja banshee, więc żeby uniknąć szkód, pomyślałem że zaaranżuję jakieś nadprzyrodzone tete-a-tete, niech żyją długo i szczęśliwie na poddaszu mojej stodoły, no chuj, niech stracę. Dałem Kleo mój lokalizator i jak chce, niech mnie znajduje, idę w tango. Zostawiłem jej mój telefon, bo mi jest na chuj, a po co mam zgubić. Do mnie i tak nikt nie dzwoni.
***
Knajpy dla nieludzi poznajemy po tym, że barmanki są super gorące, prawie zawsze otwarte, i... I serwują kawę z wódką o każdej porze dnia i nocy. Może się to wydawać jak każda knajpa, w której kiedykolwiek byliście, ale to kwestia postrzegania tych drobnych detali...
Wszedłem do lokalu.
Hajduszloboszlo, zawołałem, świadom dobrych manier mile widzianych w takich miejscówkach.
Dobrodoszli, powiedziała barmanka, popatrując na mnie dziwnie. Zrobiła dziwny gest ręką, pewnie mnie sprawdzała, ale ja udałem, że nie wiem o co chodzi i nowy w mieście. Owca w wielkim mieście. Turysta w knajpie IRA. Prawie.
Jedną zimną żółtą z pianką ciecz chmielową, pasteryzowaną, beczkowaną, z kija laną, poproszę, powiedziałem, robiąc przyjazny gest. Usiadłem na hokerze i czekam. W takich lokalach wrażenie to podstawa, więc nie zmieniałem pozy debila i nie reagowałem na wąchnięcia, chrząki, pomruki i chroboty. Jebać. Show must go on.
Mamy tylko kurwie jasne pełne, powiedziała żując gumę barmanka.
To moje ulubione, zapewniłem. Ona zerknęła za moimi plecami, ktoś coś mruknął, więc nalała żółtej cieczy z kija do wysokiej szklanki i podała mi na tekturowy "wafel".
Szesnaście, powiedziała. Spoko, jak szesnaście, to szesnaście, odpowiedziałem, spokojnie pijąc specjalność zakładu... Kurwie jasne pełne. Uszło nawet, mogło być. Nie piwo bylo najważniejsze, tylko cała reszta.
W kwestii moich kwalifikacji, niech siostra zadzwoni do Jakuba z Koźla. On poręczy za mnie, żebyście mogli się wyluzować, dodałem. Ona wyciągnęła, jak w "Desperado" staromodny telefon, zajrzała do kajetu, wykręciła znany mi numer i czeka, aż ten kutas odbierze... Jebany Jakub z Koźla, ojciec-przechodzień połowy miotów z Dolnego Pogranicza. Pewnie coś rucha. Albo żre. Jebany kutas. Ale barmanka czekała cierpliwie. Aż w końcu odebrał. Jakub, tu Amanda z Katowickiej. No. A, dzięki. Przyszedł tu taki pętak, powołuje się na ciebie. Ta, człowiek. Ta, w okularach. Yhy. Yhy. Doktor? No co ty gadasz... Yhy. No. Poważnie? Banshee? A, pierdolisz. No. Aha, zapomnij. Nie. No, narka. Ave ci też... Odłożyła słuchawkę. ...ci w dupę, powiedziała barmanka, robiąc mi jakieś gesty. Pewnie coś z aurą.
Na koszt firmy, powiedziała barmanka, rozchmurzywszy się. Cały bar nagle jakby odetchnął, przysięgam, że słyszałem pstryknięcia bezpieczników w co najmniej dwóch giwerach. Ludzie się znowu rozgadali, jak to zwykle bywa w tych sytuacjach: no i ja mu wtedy mówię... Ty kurwiu... A Aneta i Lilith się wyjebały na podłogę, hahaha... Marcin mi pomógł... Żebyś ty widział te cielęce oczy... I tak dalej. Ja nic, siedzę przy barze dalej, sączę. Piwo jak piwo, coś między najtańszym szczochem z biedronki a najtańszym sikiem z lidla. Bez rewelacji.
To co pana przywiało w te nasze skromne progi... Doktorze Okropny?, skończyła głośniej, żeby wszyscy słyszeli. W knajpie zaszurało i zaszemrało.
Mam jeden dzień wolny, gdyż moja towarzyszka, Kleo Sewittz, spotkała przyjaciółkę i diabli wzięli moje dzisiejsze plany, skończyłem, by nie wdawać się w szczegóły.
A, powiedziała barmanka. To prawda, co o panu mówią? Spytała, a ja uśmiechnąłem się krzywo. A co mówią? I usłyszałem głęboki bas.
A, na przykład to, że rzucałeś pan granatami w zmotoryzowanych kutafonów z ruchu tępienia plugastwa, jak mówią. Albo, że masz ośmionogiego psa, co go żeś pan uratował z pożaru. I że stajesz pan w obronie nieludzi, powiedział wielgaśny facet, przysiadając się do mnie. Wielgaśny, bo miał lekko dwa metry, a zbudowany był jak Wolverine.
Amanda, mnie i doktorkowi polej czegoś lepszego, niż te przeterminowane popłuczyny, powiedział, po czym odstawił nasze kufle na koniec kontuaru, w pobliże barmanki. Ta popatrzyła na mnie, uniosła jedną brew, Amanda jestem, mlasnęła gumą do żucia i odwróciła się, żeby zlać ze szklanek piwo do wiadra. Gdy odwróciła się z powrotem, jej dekolt był zdecydowanie głębszy i bardziej zachęcający. Podała nam po normalnym, butelkowym. Rotmistrz Kurwikson, głosił napis na etykiecie. Smakowało dużo lepiej niż poprzednie. Chwilę pogawędziliśmy o tym i owym, głównie ja opowiadałem, że szukam inspiracji na nowe wynalazki i byłoby bardziej niż spoko dowiedzieć się też, jak sprawić, żeby banshee było mniej wkurwiające.
Jajkovich jestem, powiedział olbrzym i wyciągnął do mnie dłoń. Podałem mu swoją, a on bardzo ostrożnie ją uścisnął. Doktorze, jest pan mile widziany w Katowickiej. Pójdę po taki gadżet, pokażę panu coś, co pana z pewnością zainteresuje... Choć może nie powinienem, rzucił pod nosem. Po chwiluni wrócił, niosąc coś, co wyglądało jak dwa metalowe półmiski z pajęczymi nóżkami. Poprowadził mnie do loży, czyli osłoniętej, prywatnej części lokalu. Amanda podkręciła muzykę.
To to, jest najskuteczniejsza broń przeciwko wrogom, jaką doktor może sobie wyobrazić, rzekł, kładąc to na stole. Proszę, może doktor obejrzeć.
Podniosłem to delikatnie. Do czego to służy? Spytałem, oglądając te dziwne miski z dziwnymi... Gwoździami? Nogami pająka?
Jak chcesz się pozbyć kogoś, ale nie chcesz go zabijać, chcesz upokorzyć, a w końcu móc go używać do swoich celów, to używasz tego właśnie. To działa tak: Musisz kogoś złapać, a on musi cię błagać, żebyś go nie zabijał. Jego potrzeba, wola życia będzie tak wielka, że miska zrobi się ciepła, a potem gorąca. Nóżki zaczną się ruszać. Wtedy... Urwał, poruszył oczami i uszami, ponasłuchiwał chwilę.
Wtedy musisz jedną połówkę nałożyć delikwentowi na głowę, a drugą wypełnić jego genitaliami. Poplułem się piwem. Co?
Musisz mu odciąć jajca. Obie połówki, oba naczynia chwilę pojęczą, a potem osoba, tak jakby zacznie się kręcić. Jak skończy się kręcić, będzie wyglądała tak, jak chcesz, żeby wyglądała, robić to, co chcesz, żeby robiła i tak dalej, i tak dalej. Iii wteedyyy... Będziesz miał służącą. Kochankę. Sprzątaczkę. Barmankę, na przykład. Dziwkę. Ochroniarza. Albo wszystko na raz.
No, dobra... Powiedziałem, gdy olbrzym skończył i łyknął piwa, po czym Amanda przyszła i przyniosła następne kufle.
Dobra... Coś czuję, że są jakieś wady tego przedsięwzięcia, rzekłem, a olbrzym pokiwał głową.
Wiesz, wady-nie wady, ale nie każdemu musi takie coś pasować, nieprawdaż? Jebaniec chyba specjalnie budował napięcie.
Ale jakie coś? Spytałem, podekscytowany.
Ale nie będziesz się śmiał?
Spróbuję, obiecałem solennie, unosząc trzy palce, jak w jakimś salucie z Hunger Games. Spróbuję. Nie mogę obiecać, że nie będę, sorry.
Popatrzył na mnie chwilę, a potem otworzył usta i niemal od razu je zamknął. Potem uznał chyba, że można mi powiedzieć, i półszeptem rzekł: Musisz te obcięte jaja i fiuta zjeść.
Trochę mnie siekło to piwo, więc najpierw się roześmiałem głupio, a potem zacząłem mu mówić, że się ze mnie napierdala, a jeszcze potem przeprosiłem za swoje karygodne zachowanie.
Jak to, zjeść?
No, normalnie, musisz je zjeść, powiedział. Włożyć do ust, pogryźć, połknąć... Wszedłem mu w słowo: I wysrać! A jak stanie akurat, jak będę srał? Byłem tym naprawdę skonsternowany, problem wydał mi się naprawdę przerażający.
Olbrzym roześmiał się i poklepał mnie po plecach tak, że jutro będę chyba montował pancerz i egzoszkielet. Plecy do gipsu.
Nie no, powiedział grzmiącym głosem. Musisz je tylko zjeść, pochłonąć, a wtenczas te miseczki zadziałają. Jest tylko mały problem, niestety.
Inny niż wzięcie do ust czyjegoś okrwawionego kutasa z jajami, jak rozumiem?
Popatrzył na mnie dziwnie, jakbym był jedynym z jego znajomych, który gardzi świeżo oderżniętymi męskimi genitaliami.
No, powiedział. Jedyny problem to taki, że im więcej oderżniętych kutasów zjesz, tym bardziej masz ochotę na nieoderżnięte.
Więc pewnie jesteś homo, co? Spytałem go, a on z oksfordzkim akcentem rzekł: You have no idea. Po pierwszej piątce odechciało mi się walczyć z wrogami, ale the more gay sex, the better, doktorze, dokończył smutno, zwiesiwszy głowę.
Plis, obiecaj mi, że mnie nie zgwałcisz w tej loży, przecież kurwa mać, to głupi pomysł, rozerwiesz mi dupę i tyle będzie z życia, ja wiem, co to krwotok wewnętrzny... Lamentowałem trochę mocno, ale może nie nazbyt, bo jednak bardzo byłem przerażony perspektywą nadziania mnie na coś, co najprawdopodobniej było rozmiarów gaśnicy.
Spoko spoko, doktorku. Wyluzuj. Pokazałem ci tylko mój sprytny magiczny przedmiot. Możesz o nim komuś powiedzieć, jeśli chcesz, ale nigdy nie mów nikomu, skąd to wiesz i gdzie tego szukać, dobra? Bo i ciebie przepuszczę przez maszynkę, pogroził palcem, uśmiechnął się i schował połówki do kieszeni.
Jasne, powiedziałem. Spróbowałem też wstać, ale średnio mi wyszło.
Jajkovich... Możesz mnie zanieść do baru i posadzić na krzesełku?
***
A potem prawie cały wieczór usiłowałem dowiedzieć się czegokolwiek o zwyczajach banshee, usiłując opierać się Amandzie, jak tylko potrafiłem. A łatwo nie było... Wierzcie mi.
***
Doktorze, powiedziały do , nie wiedzieć czemu bardzo mi przychylne cycki Amandy z głębokiego dekoltu, proszę mi teraz powiedzieć o swoim stopniu naukowym, dobrzee? Jej gadające, zdawałoby się, cycki miały tendencje do przeciągania sylab w bardzo atrakcyjny sposób, a Amanda patrzyła wprost w moje oczy, i miałem wrażenie, że się w nie zapadam. I ssała drinka przez słomkę. Byłem coraz bardziej pijany, Jajkovich gdzieś polazł, a mało który zagadnięty bywalec w ogóle słyszał o banshee. Porażka.
W pewnym momencie przyszła jakaś blada, białowłosa mimoza topless z czarnymi iksami w miejsce sutków, z białymi białkami i tęczówkami, i przejęła bar od Amandy ku uciesze gawiedzi, która najwyraźniej lubiła takie rzeczy. W końcu knajpa dziwolągów, nie powinienem się dziwić.
Amanda już siedziała na hokerze koło mnie, a ja widziałem te gładkie, kształtne uda, te specjalne, gotycko-baletowe buty na porażającej szpilce i... Gorset, który dosłownie wyciskał ją w górę. Wcześniej, przysięgam, miała na sobie zwykłe dżinsy i koszulę. I miała mnie w dupie. Przebrała się? W każdym razie... Było wciąż dość wcześnie, a ja już wiedziałem, że jak przyjdzie co do czego, to jestem zbyt naprany, żeby cokolwiek powiedzieć. Cokolwiek. A zwłaszcza "nie". Najtrudniej powiedzieć "nie", naprawdę.
Przez dłuższą chwilę rozmawialiśmy o moich mutantach: O turbojeżotrzmielach, które zbierają miód i mogą wybuchnąć, jeśli coś je ugryzie. O moim psie, Ślepnirze. O megamrówniku, który spał od czterech miesięcy w inkubatorze. Co skończyłem jakiś wątek, zasypywała mnie mnóstwem ciekawych pytań, jak na przykład: Czym się te mutanty żywi? Czy panu smakuje miejscowe piwo? Czy doktor mieszka sam? Jak to możliwe, że mieszka pan z banshee? Czy można doktorowi obciągnąć? Jako, że próbowałem jednego miejscowego browara za drugim, "Kurwie Szczyny", "Major Kurwica" i tym podobne, byłem już tęgo urżnięty. Odpowiadałem więc bardzo elokwentnie, że owszem Kurwie Szczyny nazwę mają odpowiednią, ale mieszkam sam. I że mutanty żywią się same, czym popadnie, a jak padną, to wracają na automacie do domu... Zazwyczaj, bo mieszkam sam. Mieszkam sam, zazwyczaj, bo oprócz mnie mieszkają tylko strachy, dwa, na strychu pozwalam mieszkać wilkołakowi, w garażu czasem ciotowaty wampir gra na pianinie, a że mieszkam sam, to proszę śmiało brać do buzi, bardzo chętnie, tutaj czy w loży, czy w kiblu. Czy na zapleczu.
Amanda przytuliła swoje czoło do mojego i w mig znaleźliśmy się na zapleczu. Chciałoby się wierzyć, że to był teleport, zapadnia albo skomplikowany system dźwigienek... Ale nie, przeszliśmy za kontuarem, i w śnieżnobiałym pokoju socjalnym, który aż raził w oczy, oparła mnie, napitego w trzy dupy o ścianę i w niewyjaśniony dla mnie do teraz sposób płynnie ześlizgnęła się po mnie do klęknięcia. Przygotowałem się na fegelein, pierdolnięcie. Rozpięła mi rozporek, tego szmego wiadomo co i skąd wyciągnęła...
A tu nagle faktycznie! Było pierdolnięcie, bo coś tak pierdolnęło, że straciłem równowagę i wywróciłem się na nią, innymi słowy poleciałem do przodu. Ona akurat w tym momencie była na etapie pobudzania moich zmysłów za pomocą zwinnego języka, a po tym, jak pierdolnęło właściwie leżałem na glebie, przygniatając własnym ciężarem jej głowę do ziemi, wpychając jej aż po migdałki. I może nawet lepiej, bo zaraz potem wpadła druga ściana, ta obok, do środka... I przez powstałą dziurę weszło na pełnej piździe trzech facetów z, na ile po pijaku mogłem określić, karabinkami szturmowymi z laserami. Rozstawili się, rozciągnęli mnie i Amandę na podłodze i poszli dalej. Po chwili usłyszałem strzały, ale byłem tak pijany, że chyba odleciałem i pewności mieć nie mogę.
***
Gdy się ocknąłem, leżałem na jakiejś starej wyleżanej leżance, obok mnie leżała Amanda, a ta biała dziwna istota właśnie wstawała i wychodziła.
Hej, zawołałem. Co się dzieje? Co się stało? Nic nie pamiętam!
Śnieżnobiała istota rozciągnęła usta w uśmiechu, który byłby może uznany za pociągający w pewnych kulturach, gdzie setki ostrych jak brzytwy zębów i wnętrze ust ciemnoczerwone jak sok z buraka uznaje się za szczyt seksapilu. Mało nie sikłem ze strachu. I jeszcze te wielkie uszy, jak u gacka. Oniemiałem.
Alp, powiedziała istota.
Co?
Alp. Gatunek nieludzia, powiedziało to smukło-wyniosłe coś i wyszło. Ku mojemu zaskoczeniu, to coś, ta istota nie miała ponętnego tyłeczka, tylko taki raczej płaski, mały, nieciekawy.
Zaskrzeczałem. Czasem skrzeczę, jak jakiś głuptak czy inne ptaszysko. To z frustracji, nerwów, czy czegoś tam. Amanda położyła mi dłoń na twarzy.
Hej, ej ej ej, Amanda, weź mi powiedz, co się wczoraj stało! Powiedziałem trzeźwo i skrzekliwie, szarpiąc Amandę za ramię.
Nie pamiętasz, doktorku? Poszliśmy na zaplecze, jakieś skurwysyny wpadły przez ścianę, a ty rzuciłeś się mnie ratować i przykryłeś mnie własnym ciałem! Na to przybiegł twój pies z eskortą, nasi zaczęli strzelać do tamtych, long story short - padłeś z wycieńczenia, a może szoku, dopiero jak zdekapitowałeś łopatą ostatniego komandosa.
Wstałem. Miałem na sobie te same szmaty co wczoraj, tylko ufifrane z krwi, gipsu, tynku i tuzina innych, niezidentyfikowanych rzeczy i substancji. Na mojej lewej ręce była blizna, której wczoraj nie było. Odwróciłem się do Amandy.
A to? Spytałem.
A, fakt. Zaliczyłeś postrzał w dłoń, ale alp cię uleczyła. Blizna zostanie, niestety.
Chuj z tym. Jak mnie uleczyła?
Naprawdę chcesz wiedzieć?
Przypomniałem sobie ten uśmiech, który będzie mi się śnił i te pośladki, które przeczą idei pośladków.
A, wiesz, może jednak sobie daruję. Tym razem. Pomyślałem chwilę o spytałem: A co się stało z tymi komandosami? Gliny nie przyjechały?
Amanda zrobiła wielkie oczy. Gliny? Tutaj? Ha! Poklepała mnie po ramieniu, jak poklepuje się dziecko, gdy zbije szybę. Jak kuria wysyła komandosów, to potem policja i wszystkie służby udają, że nic się nie stało, budynek się nie pali, a te trupy... Wzruszyła ramionami.
Trupy można przecież kupić w każdym sklepie z trupami, mruknąłem bardziej do siebie.
Co?
Nic, nic. Jak przejdę przez te drzwi, to będzie krew, flaki i ogólny rozpierdol?
Raczej ogólny rozpierdol. Krew już... Urwała, patrząc na mnie.
Zlizano z podłogi? Spytałem zapobiegawczo.
Rozchmurzyła się. Właśnie tak, westchnęła.
Ty też zlizywałaś? Spytałem najspokojniej jak potrafiłem, ale głos i tak mi trochę zadrżał.
To coś zmienia, doktorku? Spytała, wstając z leżanki. Też była okrwawiona i pokryta pyłem, ale seksowna jak cholera. Zastanowiłem się chwilę.
Nie, właściwie nie. Jestem człowiekiem w knajpie nieludzi, nie powinienem się dziwić. Coś jednak nie dawało mi spokoju.
Powiedziałaś: Mój pies z eskortą? Jaką eskortą? Spytałem, otwierając drzwi. A za nimi, trzymając się stalowego nadproża, niczym ogromny, skórzasty, pancerny nietoperz, wisiało głową w dół to skurwiałe banshee.
O, z nią właśnie. Powiedziała Amanda. Obróciłem się, wkurwiony.
Zrobiłaś mi w końcu wczoraj loda, czy nie? Spytałem, wyciągając palec wskazujący przed siebie oskarżycielsko.
Yyy, no, nie skończyliśmy, bo to wszystko się zaczęło i...
Nie dałem jej dokończyć. To kurwa kończ, bo inaczej spalę ten, kurwa, kurnik.
Doktorku... Powiedziała, robiąc ten sam ślizg w zwolnionym tempie, co wczoraj. Pogroziłem palcem i umilkła, co nie znaczy, że miała zamknięte usta.
A potem wyszedłem z pomieszczenia, odświeżony i uśmiechnięty. Ominąłem to skurwiałe banshee i podszedłem do hordy, przysięgam, hordy półnagich panienek. Mój pies miał harem.
Ekhem, powiedziałem. Zwróciły na mnie swoje oblicza. Wszystkie poza tą jedną, która akurat leżała twarzą pod moim głaskanym na potęgę przez nie wszystkie psem, i wykonywała numer o nazwie Katarzyna Druga, po którym następnym razem zastanowię się przed pocałowaniem przypadkowej kobiety. Ślepnir, powiedziałem, a mutant zatelepał ogonem na znak, że mnie słyszy. Jak skończysz... To chodź na dwór. A, i dzięki. Odwróciłem się i poszedłem.
Jako, że drzwi frontowe przykryto/zabito płytą budowlaną, musiałem poszukać innego wyjścia. Gdy je znalazłem, okazało się, że na tyłach jest ogródek z dołem, do którego trafiają wszystkie graty, których towarzystwo nieludzi nie jest w stanie zjeść lub wykorzystać. Obok stały karabinki, amunicja i reszta gratów, które przezornie ktoś powyciągał z komandoskich kieszeni i ładownic.
Mogę? Spytałem, a dwóch facetów o wyglądzie drakuli ze starych filmów, opierając się o szpadle wykonali gesty w stylu "chcesz-bierz, nie moje, ja mam wyjebane". Ułożyłem kupkę z tego, co chciałem wziąć. Jeden z kopaczy rzucił we mnie kluczykami od samochodu, który, jak się okazało, był starym vw transporterem z przyciemnionymi szybami, stojącym za lokalem.
Ich? Spytałem, wskazując na głowy w kącie. Hrabiostwo wzruszyło ramionami. Przerzuciłem graty do nowego auta, po czym wróciłem do lokalu, by pożegnać się z Jajkovichem. Olbrzym zrobił mi fotkę i obiecał, że będzie wisiała nad barem, na ścianie zasłużonych dla sprawy, czy coś, pomiędzy portretami z autografami J.K. Rowling i Heatha Ledgera.
Czemu akurat ich zdjęcia tu są? Spytałem na odchodnym, gdy już dziękowałem za miły wieczór, żegnałem się z wszystkimi i usiłowałem nie patrzyć na to skurwiałe, łopoczące banshee.
Jak to czemu? Przecież ona napisała Harry'ego Pottera, a on... Cóż, powiedział, wskazując na Amandę, która zamiatała gruz maluteńką łopatką.
Co, "cóż"?
Pamiętasz, co ci mówiłem o wrogach i miseczkach? Zrobił kilka gestów palcami, a na końcu wskazał Amandę.
Kurwa mać, powiedziałem. Urwałeś jajca Heathowi Ledgerowi, zjadłeś je a potem upozorowaliście jego przedawkowanie? W imię czego?
Olbrzym westchnął, sięgnął do majtek i wyciągnął największego kutasa jakiego można sobie wyobrazić. Oniemiałem. Gdy po chwili odzyskałem mowę, spytałem, niby to na luzie, że niby mnie nie ruszyło: No i?
No co, no i? Włożyłem mu do połowy, a ten zaczął mnie błagać, żebym go nie zabijał, i tak jakoś z przyzwyczajenia go przemieniłem.
A umarłby?
A, gdzie tam.
***
Kleo dosyć się zdziwiła, że aż tak udało mi się się wyświnić i zazdrościła mi udanego wieczoru... Choć właściwie nic jej nie powiedziałem. Za to jej fantastyczna koleżanka w połowie imprezy się nachlała, olała ją i puściła jak szmata z trzecioligową drużyną piłkarską Motor Skorogoszcz, ale na szczęście Kleo w obawie o jej zdrowie i cześć, w porę przerwała i zabrała ją do domu.
Siedzi Kleo w pokoju hotelowym i uśmiecha się diabelsko.
Kiedy to było, to "w porę"?, spytałem przezornie, patrząc wnikliwie na moją rozmówczynię.
Aaa, wiesz, doktorze... Jakoś w połowie drugiej kolejki. Chcesz zobaczyć zdjęcia?
09:00

Penny Pulp #11 - Urlop


Kleo i ja wybraliśmy się na kilka dni na kemping, żeby odpocząć i się zrelaksować w doborowym towarzystwie mojego zmutowanego psa Ślepnira i siebie nawzajem. Wzięliśmy moją prototypową przyczepę kempingową, podpięliśmy do SUVa Kleo i pojechaliśmy.
Dla tych, którzy nie są obeznani z moimi przygodami, spieszę wyjaśnić: Mój pies Ślepnir ma osiem nóg. Cztery normalne, swoje własne, a cztery bioniczne, czyli wyglądające jak normalne, ale posiadające szereg dodatkowych funkcji... O których nie będę się teraz rozpisywać. Poza tym, mój pies ma grzywkę, jak to psy z jego rasy, ale nie ma... No, dla przyzwoitości powiem tylko, że nieco go zmodyfikowałem przez ostatnich kilka lat. Sam się przybłąkał do mnie, kulejąc i niedowidząc. Żal mi się go wtedy zrobiło. Ma więc, zamiast oczu porządny, japoński przetwornik echolokacyjny z biokamerą - i tak właściwie nie są mu potrzebne. A że jest przy tym straszną fleją, miewa różne pasożyty. Tyle o psie.
Pani Kleo Sewittz ma jakieś trzydzieści pięć-czterdzieści pięć lat. Ma ciało modelki, gwiazdy porno, nazwij to jak chcesz; jest bujna, biuściasta, dupiasta i ma gęste i długie blond włosy. Jest doskonale, perfekcyjnie wręcz zadbana i ubrana, a do tego, wbrew pozorom, przesympatyczna i świadczy przeróżne usługi z zakresu... jakiegoś tam. Właściwie nie pytam, z czego żyje, dość, że stać ją na nowe buty za tysiąc dolarów, w których zdarza jej się chodzić do warzywniaka za zakrętem. Ale nie wiem, bo przyjaźnimy się niezobowiązująco. W zeszłym tygodniu motocykliści usiłowali mnie zabić, wczoraj banshee pomieszkujące u mnie zapowiedziało, że zostaje jeszcze na co najmniej tydzień, więc dzisiaj wyjeżdżamy na kilka dni. Nie mogę już patrzeć na to banshee.
Kleo uparła się, że chce być kierowcą wycieczki, a Ślepnir, że będzie jechał w przyczepie, więc ja musiałem zadowolić się fotelem pasażera i stanowiskiem pilota. Nie wiem, jak można prowadzić w takim obuwiu, ale Kleo daje radę, i robi to, czyli jeździ, bardzo bezpiecznie. I cierpliwie. Dla porównania: Ja krzyczę za kierownicą, rzucam się, wygrażam pięściami... A czasem strzelam promieniem magnetycznym w zawalidrogi, ale nie mówcie nikomu. A Kleo obiema rękami trzyma kierownicę, uśmiecha się, puszcza innych i nadrabia kulturą za tysiąc kierowców. I nuci ładne piosenki. I jak się gubi, to nie płacze... Czasami się zastanawiam, czy jej nie zrobiłem i nie zmodyfikowałem swojej pamięci, żeby tego nie pamiętać.
I tak nam mijała droga: Kleo prowadziła, ja patrzyłem na nią w pół-zachwycie, pół-przerażeniu, a ona czasem zerkała w moją stronę i zachowywała się przy tym bardzo ponętnie.
Czy miałby pan, miałbyś, doktorze, ochotę na jakieś jedzenie? Konam z głodu, a w pobliskim miasteczku podobno serwują wyśmienitą pizzę, powiedziała Kleo, a ja zachodziłem w głowę, czy ma jakiś komputer nowej generacji w głowie i skąd wie, że jestem głodny.
Doktorze? Dobrze się pan czuje? Kleo zwolniła i włączyła awaryjne. Stanęliśmy.
Doktorze? Z zamyślenia wyrwał mnie jej zatrwożony głos. Ocknąłem się.
Skąd pani wie, Kleo, że ta pizza i w ogóle? Wypaliłem trochę zbyt niekontrolowanym głosem.
Ach, doktorze Okropny, przecież nie mogłam zostawić losowi naszych posiłków! Zwłaszcza, że pański pieszczoch pewnie już pożarł większość naszych zapasów, dodała z udawanym smutkiem, puszczając do mnie oko. Nic nie odpowiadałem, więc ujęła moją twarz w dłonie, ciepłe i miękkie, i powiedziała, sprawdziłam. Zawsze sprawdzam, gdzie po drodze jest najlepsze jedzenie, doktorze. I pocałowała mnie w nos.
Tego się nie spodziewałem, a przez to się i rozchmurzyłem; moje twory nie całują w nos. Tego im nie zaprogramowałem, bo to zbyt mało erotyczne. Poza tym, nos? Serio? Mało stref erogennych? Ja bym na to nie wpadł. To było miłe. Tym bardziej bym na to nie wpadł.
Kleo, niech mi pani wybaczy ten zastój. Oczywiście, jedźmy na tą pizzę, ja stawiam.
Dobrze, ale tylko pod warunkiem, że ja potem stawiam lody, powiedziała, nie patrząc na mnie.
Dobrze, zgodziłem się.
Zostawiliśmy Ślepnira na straży dobytku i udaliśmy się do wspomnianej wcześniej pizzerii. Na mnie nie zwrócono uwagi. Kilku facetów o wyglądzie bokserów robiło ewidentne i chamskie awanse do mojej kierowczyni, co poskutkowało tylko tym, że usiadła na mnie okrakiem i zaczęła mnie całować tak, jakby miała płacone od przekonywalności. Kolesie znudzili się po dziesięciu minutach i wyszli, aczkolwiek nie wiem, jak to możliwe - mieli przecież widok na jej tyłeczek.
Myślę, że już jesteśmy bezpieczni, powiedziałem między pocałunkami.
Nie zrobiłam tego bo groziło mi niebezpieczeństwo, odpowiedziała ona
Lubię ją, tą Kleo Sewittz.
***
Później kwaterowaliśmy się, to jest ja sterowałem rozkładaniem przyczepy, Kleo przygotowywała się do spaceru, a mój ośmionóg gdzieś się zawieruszył. Po chwili moja towarzyszka pojawiła się, już nie w wysokich obcasach, tylko w dobrze mi znanych kowbojkach i białych szortach. Miała też kusą skórzaną kamizelkę i ogromny kowbojski kapelusz. I, oczywiście, lustrzanki.
Jest pan gotowy, doktorze? Spytała, obserwując, jak sprawdzam wytrzymałość zamków i kotew pneumatycznych na kołach naszych pojazdów.
Kleo, rozmawialiśmy o tym, nie musi być "pan", nawet nie musi być "doktor". Uśmiechnęła się, a ja już wiem, że chyba mogę sobie wsadzić te prośby. Dla niej jestem szalonym naukowcem, i tak już, zdaje się, zostanie. Westchnąłem.
Jestem gotowy. Pójdziemy na długi spacer czy krótki? Spytałem, patrząc dookoła w poszukiwaniu mojego psa.
Ustalimy po drodze? Spytała. Szuka pan czegoś?
Psa już dobrą chwilę nie widziałem, powiedziałem, patrząc pod przyczepę.
Och, doktorze, zapomniałam panu powiedzieć... Wzięła mnie pod ramię i ruszyliśmy drogą. Ślepnir pobiegł dróżką, bo chyba coś zobaczył.
A, znajdzie się. A jak nie, to go namierzę i zresetuję, to automatycznie do nas wróci.
Och, doktorze... Pan o wszystkim pomyśli, powiedziała. Nie o wszystkim, bo nie pomyślałem o bionicznym hamulcu, który by pilnował, żeby ten futrzak na sterydach się nie oddalał za daleko. Ale wszystko przed nami.
Szliśmy powoli drogą. Środkiem, bo nic nie jechało. Z daleka słyszałem jakieś szelesty, chrobot kół na leśnej drodze, ale w sumie co mnie to. Co jakiś czas patrzyliśmy na siebie z Kleo i uśmiechaliśmy się. Nagle usłyszeliśmy dziwne dźwięki, jakby warkot. Dziwnie ludzki... Jakby growl.
Cichutko zbliżyliśmy się do źródła dziwnych dźwięków, to jest do wielkiego kamienia. Obeszliśmy go powolutku i naszym oczom ukazał się niespotykany widoczek.
Oto stał facet, stanowczo po pięćdziesiątce, łysiejący i spocony, w białej podkoszulce żonobijce i w brązowych spodniach na szelkach. A przed nim klęczała jakaś dziewczyna wyglądająca na małolatę i brała go po same jaja do buzi. On trzymał ją za głowę i podrygiwał, wydając dźwięki jak stado rannych dzikich zwierząt. Wycofaliśmy się, gdy nawiązał się między mną a małolatą kontakt wzrokowy.
Myślisz, że ją gwałcił ten rzeźnik? Spytałem Kleo. Kto jak kto, ale ona ma doświadczenie w tych sprawach. Wróciliśmy po cichu na drogę.
Nie wyglądała na zmuszaną, może to takie ich miejsce, punkt schadzek? Jedyne, co mnie martwi, to to, że wyglądała na bardzo młodą, widziałeś... Doktorze?
Też to zauważyłem. No cóż, pozostaje mieć nadzieję, że jednak było to dobrowolne. Kleo nie miała nic do dodania. Trochę się martwiłem, że Ślepnirowi coś się stało, więc szedłem zamyślony dobry kwadrans, albo i dwa i nawet nie zauważyłem, że znaleźliśmy się w opłotkach pobliskiej miejscowości.
Doktorze Okropny! Uniosła nagle głos Kleo. Aż podskoczyłem, wyrwany z zamyślenia.
Tak, Kleo? Kleo wskazała palcem. Opodal stała na rowerze ta sama dziewczyna, którą widzieliśmy niedawno na kolanach w lesie. Miała wciąż resztki igieł przyczepione do postrzępionych dżinsów. Stała przy bramie wjazdowej do jakiegoś punktu usługowego i krzyczała na kogoś. Potem wsiadła na rower i odjechała w tym samym kierunku, w którym szliśmy my.
Podeszliśmy do bramy. "Józef & Andrzej Cieślak, złomowanie pojazdów, skup złomu, używane narzędzia elektroniczne", głosił napis na banerze nad przesuwną bramą z blachy, teraz odsuniętą. Obok stał stary trup, toyota celica, a od niego w stronę zabudowań za bramą szedł facet. Miał na sobie biały podkoszulek i szelki. Spojrzeliśmy na siebie z Kleo.
I ten moment wybrał sobie Ślepnir, żeby z partyzanta skoczyć mi na plecy i przewrócić mnie na drogę. Wzbiłem tuman kurzu, który zaprzeczył prawom fizyki i ominął Kleo, która, nieskazitelnie czysta, czochrała teraz Ślepnira za uszami i obserwowała z uśmiechem, jak zbieram się z ziemi i otrzepuję z jasnobrązowego pyłu.
Masz jakieś nowe robaki, stary druhu? Spytałem go niezobowiązująco, a jedna z ośmiu nóg zaklekotała. Na całe moje szczęście i jego też, nie wychodzę z domu bez śrubokręta. I ostatnio też bez pistoletu, ale to po cichu, nikt nie musi wiedzieć... Zwłaszcza wymiar sprawiedliwości. Nie dam się więcej zaskoczyć jakimś żłobom na motorkach. Dokręciłem obluzowany zacisk i uruchomiłem procedurę uzupełnienia oleju w stawach, ale Ślepnir nie dotrzymał do końca i wyrwał do przodu jak szczeniak za piłką i tyle go widzieli.
Ych kurwa, powiedziałem pod nosem, wstając z kucków. Kleo otrzepała moje plecy z chmury pyłu. Poszliśmy dalej, a ja zdałem sobie sprawę, że wyczerpały się baterie w module śledzenia psa, który informował mnie, gdy oddalił się zbyt daleko, i nie wiem, gdzie się ten mutant teraz znajduje.
Kleo?
Mmm?
Musimy udać się do sklepu, celem nabycia drogą kupna kilku baterii AAA, bo inaczej zgubimy psa na dobre.
Dobrze, doktorze, idźmy. Powiedziała sympatycznie ona, więc podeszliśmy najpierw do jednego sklepu, gdzie kupiliśmy od razu dziesięć baterii, potem do drugiego, gdzie Kleo kupiła jakieś drobiazgi, które nie wiem, gdzie schowała.
Gdy wymieniłem baterie, poszliśmy na kawę i świeżo wyciskany sok pomarańczowy. Trochę trwało, zanim moduł wskazał mi coś, co najwyraźniej moja współspacerowiczka od kilku chwil obserwowała i wskazywała mi palcem, zachowując się jednak bardzo grzecznie i nie przeszkadzając mi w dostrajaniu urządzenia. Kiedy spojrzałem w kierunku wskazywanym przez Kleo, ujrzałem mojego zmutowanego psa, który na czterech jedynie nogach usiłuje udawać, że jest zwykłym psem i łasi się do nikogo innego, tylko już nam znajomej dziewczynki na rowerze.
To chyba znak, żebyśmy się zapoznali, nie sądzi pan, doktorze? Kleo Sewittz dotknęła mojego ramienia i uśmiechnęła się przemiło, ściągając okulary i chowając je do maciupeńkiej kieszonki na piersi kamizelki.
Chodźmy, powiedziałem wstając i zostawiając należność za nasze napoje powiększoną o sowity napiwek. Kleo nie udawała, że chce zapłacić, co mi się podobało - aczkolwiek przypuszczałem, że znajdzie sposób, żeby mi wynagrodzić te drobniaki.
Podeszliśmy do dziewczyny, która wyciągała Ślepnirowi coś z sierści i głaskała go. Przysięgam, on to chyba robi specjalnie, utytła się w czymś i idzie podrywać panienki. Mutant wyrzucił jęzor na zewnątrz, dyszał i machał ogonem tak energicznie, że z kilkunastu metrów słyszałem, jak serwomotor jęczy na wysokich obrotach. Podeszliśmy i Ślepnir zrobił głupią minę.
Yyy, cześć, powiedziałem, machając przyjaźnie do dziewczynki.
Uniosła lekko głowę. Spojrzała na mnie, potem na Kleo, potem znowu na mnie i pokręciła głową.
To chyba bez sensu, nie? Spytała.
Co bez sensu? Odpowiedziałem pytaniem, nie rozumiejąc.
No, a co byś chciał? Widziałam, jak patrzyłeś w lesie... Masz taką laskę, wskazała na Kleo, to czego chcesz ode mnie?
Doktorowi Okropnemu chodziło o to, że głaskasz jego psa, a że to trzeci raz, jak się widzimy, to przyszliśmy się przywitać! Powiedziała radośnie Kleo, wyraźnie uradowana tą "laską".
Aha... No, dobra. Jak się wabi?
Ślepnir.
Jak ten koń Zeusa?
Odyna, poprawiła Kleo ku mojemu zdziwieniu.
No, właśnie. Słuchaj, bo widzieliśmy w lesie ciebie i tego, no... Pstryknąłem palcami.
Józka.
Właśnie, Józka. A potem widzieliśmy, jak na niego krzyczysz, wszystko ok?
Kłótnia kochanków...? A może potrzebujesz pomocy? Spytała Kleo, bawiąc się włosami.
Nie wasza sprawa! A zresztą, i tak nic nie zrobicie.
Ślepnir zawarczał i wyprężył się. Po drugiej stronie placu szedł klon rzeźnika w szelkach, tylko ten miał wąsy, brodę, długie włosy i ubrany był jak stary hipis, w koszulę i dżinsy.
O, kurwa, powiedziała ta mała i schowała się za Kleo. Hipis przeszedł drugą stroną drogi, chwiejnym krokiem wszedł do monopolowego i zniknął tam.
Co to za menel? Spytałem, choć jasnym było, że to Andrzej z duetu braci Cieślaków.
To, on... On, yy... Zaczęła, ale na jej twarzy tańczył strach. Kleo wzięła się za uspokajanie tej drobinki, więc zrozumieliśmy tylko tyle, że w poszukiwaniu swojej koleżanki wpadła jak śliwka w kompot, a tych dwóch trzęsło miejscowością, bo mieli haki na każdego i byli podejrzani o porwania i zabójstwa młodych dziewczyn w okolicy, ale nigdy nie było świadków ani niczego im nie udowodniono.
Gdy udało się jej pozostać niezauważoną, gdy hipis wychodził ze sklepu z kilkoma flaszkami w siatce i zniknął za rogiem, zapytałem, jak niby trafiła na kolana z tym chlorem w szelkach w gardle.
Usiłowałam podjąć jakiekolwiek kroki żeby ich wybadać, i jedyne, co odkryłam, to jakąś dziwną polanę, na którą jeździ Józek tym swoim gratem. A że przyłapał mnie na podglądaniu, to musiałam być przekonywająca. Stąd akcja w lesie.
Nie uwierzyłem w ani jedno słowo, ale nie dałem po sobie poznać. Ślepnir też nie. To znaczy on dał po sobie poznać, ale nie w sposób oczywisty dla obserwatorów.
Spytałem, czy możemy jeszcze w czymś pomóc, ale dziewczyna wsiadła na rower i pojechała, niby to spiesząc się na obiad.
Nie podobało mi się to ani trochę. Podzieliłem się tym z Kleo.
Nie podoba mi się to, powiedziałem do Kleo. Ona spojrzała na mnie swoimi wielkimi, niebieskimi oczami. Czy może doktor coś zrobić? Czy możemy coś zrobić?
Możemy iść i ich wybadać. Najwyżej nas opierdolą i wyrzucą za bramę. Zerknąłem na zegarek, który oprócz odczytu godziny, dnia, pory roku, pulsu i nawigacji satelitarnej, miał staromodne pokrętło, staromodny pasek i wygląd nagrody dla przodownika pracy w dziesięciolecie otwarcia zakładu.
Kleo, kochanie... Powiedziałem spokojnie, delikatnie i cicho, a ona zwróciła na mnie swoje oczy, swój biust w trzeszczącym od naprężeń staniku i swoje lekko rozchylone usta. Uniosła lekko brew. Taak? Spytała.
Może zrelaksujmy się trochę...? Po coś tu jednak przyjechaliśmy, dodałem. Miałem ochotę na intrygę i kryminał, jednak wolałem odpocząć choć jeden wieczór. Pójdźmy na kolację, na drinka, na romantyczny film, i spędźmy miło czas, dodałem, a Kleo... W takiej sytuacji pewnie powinno się powiedzieć, że promieniała ze szczęścia, ale ona jakoś zazwyczaj promieniuje uśmiechem, seksem i magnetyzmem, więc to, co się działo teraz, możecie sobie jedynie wyobrazić. Zadzwoniłem do jedynej w mieście restauracji "Magnolia", która to nazwa raczej, bardziej pasowała do kwiaciarni, ale co tam. Zamówiłem stolik na osiemnastą. Było jeszcze mnóstwo czasu, Kleo mogła się przygotować wedle uznania, a ja mogłem odpocząć. Wyciągnąłem więc skrzynkę z narzędziami, prototyp turbojeżotrzmiela v.2.0 i zacząłem grzebać. Ślepnir wałęsał się po okolicy.
Gdy turbojeżotrzmiel, pionowego startu zdanie sterowany mutant wystartował, polatał chwilę i wylądował na mojej dłoni, poczułem dumę z samego siebie. Zupełnie jak wtedy, kiedy organizm Ślepnira przestał walczyć z modyfikacjami, a Ślepnir zaczął radośnie biegać po podwórku i zręcznie omijać przeszkody, ściany i ludzi. Wtedy też odkryłem, że w chwilach, w których się nim nie steruje, wraca do psich przyzwyczajeń. Co jest bardzo dobre, nawiasem mówiąc, i co od wtedy praktykuję we wszystkich moich potworach. Tak samo było i teraz, gdy usłyszałem, jak Kleo mnie woła. Odwróciłem się, i turbojeżotrzmiel wypadł mi z ręki. Zwinął się w bzyczącą gniewnie kulkę najeżoną kolcami. A ja stałem i patrzyłem, z otwartymi ustami.
Oto stała przede mną Kleo Sewittz w małej czarnej, gwiazda poranka, południa i wieczora, wamp, żyleta, nieślubna córka Pam Anderson i Sharon Stone, diament wśród pereł. I pewnie jeszcze coś. Każdy facet na Ziemi popłakałby się ze szczęścia i wzruszenia.
Wyprasowałam panu koszulę, doktorze, powiedział ten anioł w szpilkach.
***
Kolacja udała się znakomicie. Choć nie było zbyt wielkiego wyboru dań, to Kleo udało się zamówić pyszną sałatkę ze świeżych warzyw, a ja zjadłem specjalność zakładu, placek po węgiersku. Kleo robiła furorę wśród kelnerów i nielicznych klientów, aż sam kucharz przyszedł zobaczyć to długonogie cudo. Oczywiście wtedy już siedzieliśmy przy barze, gdzie na wysokim stołku założone jedna na drugą nogi nowej w mieście blondynki prezentowały się niezwykle apetycznie. Chyba nigdy nie mieli tu takiego gościa, biedaki. Założę się, że każdy z nich wrócił potem do domu i łoił żonie dupsko (lub własną prawicę) aż miło, raz po raz w myślach odgrywając coraz to bardziej wymyślne sceny z Kleo i sobą w rolach głównych. Na pewno, bo gdy ja zaszedłem pierwszy raz do miejscowego sklepiku i wracając, zobaczyłem Kleo Sewittz leżącą na leżaku i jedzącą loda na patyku, mało nie dostałem udaru. Wtedy to właśnie wróciłem do TurboObciągatorów, nad którymi zarzuciłem prace jeszcze w szkole średniej.
A potem przynieśli maszynkę do karaoke i okazało się, że Kleo odważy się zaśpiewać tylko jedną piosenkę - I will survive - więc oczywiście, żeby zgromadzone towarzystwo nie rozniosło lokalu, musiała ją zaśpiewać trzy razy. W połowie czwartego razu zaczęło się nie lada mordobicie, więc po prostu wyszliśmy, o dziwo przez nikogo nie nękani, choć jeden facet bardzo nachalnie się gapił.
***
Następnego ranka obudziłem się sam w wielkim łożu w rozłożonej przyczepie. Wiem, że nie spałem za wiele, i że nie spałem tu sam. Miałem bardzo jasne wspomnienia dotyczące mojej współtowarzyszki tego urlopu i niejasne w sprawie tego, jak rozegrać dzisiejszy dzień. Nie miałem żadnego pomysłu na to, co robić dalej z tym urlopem, oraz gdzie właściwie teraz jest Kleo "Wamp" Sewittz.
Pociągnąłem nosem. Pościel pachniała perfumami, snem i seksem. I miodem, nie wiedzieć czemu. Zwlokłem się z łóżka, otworzyłem wszystkoszczelne drzwi i wszedłem do kuchniosalonu. Tutaj unosił się zapach świeżo parzonej herbaty BOP, kiełbasek z patelni i jajek sadzonych. I na to wszystko Kleo Sewittz, w kowbojkach i mojej koszuli.
Dzień dobry! Zakrzyknęła radośnie. W sam raz na śniadanie, doktorze. Dziękuję, Kleo, to bardzo miłe, wygląda smakowicie. Skąd mamy świeże pieczywo? Dotknąłem bułki, była jeszcze ciepła. Upiekłaś bułki? Kleo zrobiła minę, jakby miała parsknąć.
Pojechałam po nie rano do miasta, głuptasie! Proszę siadać do stołu, doktorze. Poklepała mnie przyjacielsko po ramieniu i zaprosiła do stołu.
Doktor głuptas, nikt tak do mnie jeszcze nie powiedział, rzuciłem cicho, wcinając kiełbaski i zagryzając ciepłą bułą z masłem.
Jadłem i błądziłem myślami po całej okolicy, zwłaszcza po niektórych pobliskich pagórkach, ale jedna myśl nie dawała mi spokoju.
Kleo? Spytałem.
Tak? Odwróciła się do mnie, demonstrując pozostałe dwa pagórki.
Skąd ten zapach miodu? Nie daje mi spokoju.
A wie doktor, że też się zastanawiałam? Wydaje mi się, że to ten dziwny stworek wydziela ten słodki zapach, powiedziała Kleo i podała mi pudełko po butach.
Najwyraźniej turbojeżotrzmiel, odkąd go wypuściłem z rąk wczoraj, aż do samego rana dzisiaj latał po całej okolicy, terroryzował rabatki, kwiatki i doniczki, żeby wypełnić się nektarem po brzeżek i teraz odpoczywać, czekając aż ktoś go opróżni z nadmiaru wyprodukowanego miodu. Kleo Sewittz znalazła go, obrzmiałego na wycieraczce i włożyła delikatnie do pudełka z napisem Louboutin, z którego wydobywało się ciche warczenie. Wyciągnąłem więc stwora, pociągnąłem za nóżki i wydoiłem ciśnieniowo, wyciskając miód do słoiczka, który mój blond-anioł nie wiedzieć skąd wyciągnął.
Wow, doktorze! To prawdziwy miód? Spytała, obserwując gęstą ciecz w słoiku.
Najprawdziwszy. I smaczny. Jeśli lubisz, mogę ci tego turbojeżotrzmiela podarować, będziesz miała codziennie świeży, powiedziałem, trzymając stwora za nóżkę. Stworzenie miało błogi wyraz pyszczka i posapywało z cicha. Kleo głaskała go palcem po futrzastym brzuszku, a stwór czknął, pierdnął cicho i zasnął.
Ojej, zepsułam?
A, skąd. Po prostu się zahibernował, pewnie baterie mu siadły. Połóż go na parapecie, niech słoneczko na niego poświeci. Położyła delikatnie stwora na parapecie. Obserwowałem to z uśmiechem. Jednak gdy na mnie spojrzała, udałem poważnego. Zdziwiła się.
Co dziś robimy, Kleo Sewittz? Zapytałem, siląc się na poważny ton, ale kąciki ust mnie zdradziły. Kleo podtrzymała zabawę. Wyprężyła się, strzeliła obcasami jak pruski oficer przed samym Kaiserem.
Doktorze Okropny, melduję, że potrzebuję trzydziestu minut na doprowadzenie się do porządku, posprzątanie tu i bycie gotową do wyjścia!
Proszę kontynuować, spocznij. Puściła mi oko, a ja udawałem, ze marszczę groźnie brwi. Schyliła się lekko, żebym mógł zerknąć przez rozpiętą koszulę na biustonosz od Agenta Prowokatora, a raczej na to, co "skrywał". Pociągnąłem nosem i westchnąłem. Moment idealnego Zen.
I, jak to zwykle bywa, właśnie ten moment wybrał sobie niezidentyfikowany strzelec na ostrzelanie przyczepy z czegoś, co brzmiało jak karabinek Kałasznikowa. Kleo poślizgnęła się i byłaby wywróciła, ale złapałem ją w talii i usadziłem sobie na kolanie. Była przerażona, ale zobaczyła, że ja zupełnie nie i trochę jej przeszło. Ja nie przejąłem się zbytnio ostrzałem, bo przyczepa została zaprojektowana, by wytrzymać niejednokrotne trafienie z półcalowego M2, więc 7,62 tylko wbijały się w grube, kevlarowe poszycie, nie czyniąc nikomu krzywdy. W chwili, gdy zamaskowany strzelec przeładowywał, niemalże spod ziemi wyskoczył Ślepnir i, no cóż, nie obszedł się delikatnie z panem uzbrojonym. Gdy upewniłem się, że pan uzbrojony został rozbrojony, a jego kałach leży kawałek dalej, wyszedłem z przyczepy w samych bokserkach i butach, a w ręce miałem mój pistolet. Był to stary, odrapany colt, który przysłał mi dronem przez granicę jeden weteran z Wietnamu, w podzięce za nowe ramię wyposażone w strzelbę kalibru .22. Miałem nadzieję, że nie będę musiał go użyć.
Pan rozbrojony leżał nieprzytomny na ziemi, twarzą do góry, a na nim stał mój wspaniały pies, warcząc mu i śliniąc się ohydnie prosto w dziurę w kominiarce. Podszedłem i obszukałem go pobieżnie: Trzy pełne magazynki do kałacha, kluczyki do samochodu z brelokiem z napisem VC i jakieś drobniaki. Portfela brak. Dowodu brak. Ściągnąłem mu kominiarkę, ale morda taka jakaś mi zupełnie nieznana, choć może znajoma?, nieogolony oprych po czterdziestce. Dałem mu w pysk, żeby się ocknął. Skrzywił się strasznie. Pewnie miał jakieś ohydne obrażenia, których nie miał przed opróżnieniem pierwszego magazynka w moim kierunku.
Postanowiłem przeprowadzić wywiad środowiskowy, jak na doktora przystało. Przepraszam pana bardzo, spytałem, ale czy zaparkowałem na pana strzelnicy? Facet nic. Tępy chuj, taki żart mi zmarnował i się nie zaśmiał. Dlaczego pan ostrzelał moją przyczepę? Facet nic. Czy może mi pan choć powiedzieć, czy to mnie pan chciał zabić, czy Kleo? Facet dalej nic. Przytknąłem mu pistolet do głowy i spytałem jeszcze raz: Powiesz mi, czy mam cię zastrzelić, albo pozwolić mojemu psu cię zgwałcić, zapłodnić, zarobaczyć a potem dopiero zjeść? Na te słowa Ślepnir zadyndał mu przyrodzeniem przed nosem. Kapała z niego cuchnąca, parująca ciecz. Facet się krzywił, szarpał, ale nic nie powiedział.
No to chuj, trzy dwa jeden, wyliczyłem i odbezpieczyłem colta. Pożegnaj się ze światem, buraku.
I ten moment wybrał sobie facet na rozdarcie mordy: JÓZEK! TO JÓZEK! CIEŚLAK JÓZEK! I ANDRZEJ! ANDRZEJ WIDZIAŁ WAS WCZORAJ Z TĄ MAŁĄ!
I co, dlatego postanowiliście nas zastrzelić?, bo gadaliśmy z tą małą?
Ja nic nie wiem, tak samo jak wy, mam długi, Andrzej i Józek mają mnie w garści, dali mi broń i kazali się was pozbyć! Już wczoraj chciałem w restauracji, ale, ale...
Właśnie, to ten typek z wczoraj! Ten, co się tak lampił. Wszystko jasne.
Za dużo ludzi mogło ucierpieć, pokiwałem głową.
To co w końcu powiedziała nam ta mała? Za co mamy umrzeć? Co takiego widzieliśmy?
Facet się rozryczał. Że niby taki emocjonalny... Wstałem.
Ślepnir, puść tego zasrańca, niech biegnie do domu. Pies ani drgnął. Ślepnir! Zostaw!
Pies zlazł z gościa, który najwyraźniej uznał, że jestem kretynem, bo nagle przestał płakać, zerwał się, wyrwał i usiłował odbiec w stronę gdzie, jak mu się wydawało, zostawił kałacha, a ja odrzuciłem magazynki. Gdy dostrzegł, że nigdzie go nie ma, usiłował -nie spodziewałem się tego, a powinienem - wyszarpnąć zza paska spodni starego Makarowa i mnie zastrzelić, ale gdy tylko wyciągnął przed siebie rękę z pistoletem, seria z kałacha niemalże przecięła go wpół. On nie zdołał, bo umarł natychmiastowo, ale ja zdążyłem się zdziwić. Odwróciłem się, a kilka metrów za mną po lewej stronie, stała Kleo w samej bieliźnie, w kowbojkach i z automatem kałasznikowa w rękach. Zawadiacko-seksowno-reklamowym ruchem zarzuciła włosami i usiłowała zdmuchnąć niesforny kosmyk z nosa. Cudowne.
Wszystko w porządku, doktorze? Spytała, nie spuszczając wzroku z trupa, koło którego rosła kałuża krwi. Podszedłem bliżej, wyciągnąłem mu pistolet z martwej dłoni, po czym niemal z przyłożenia wypaliłem jeszcze kilka razy w korpus.
Ślepnirku, pozbądź się zwłok, dobrze? Tak, żeby nie było śladu, powiedziałem i odszedłem w stronę Kleo.
Co za urlop, nieprawdaż? Spytałem, demonstrując dwie przedpotopowe giwery, a ona wyciągnęła do mnie rękę. Schowałem za plecy zdobycznego Makarowa i wyciągnąłem rękę do Kleo, która, prawdopodobnie przypadkowo, trzymała kałacha opartego o biodro jak fachowiec z dziedziny ludobójstwa. Makarow zaś zaczepił się o moje gatki i ściągnął je w dół. Przez chwilę staliśmy tak: Kleo w samej bieliźnie i z kałachem, ja z pistoletem w ręce, w samych butach i z bokserkami w kostkach. Słońce wyszło zza chmur i ptaki zaczęły śpiewać...
Nie dość głośno jednak, by zagłuszyć rozdrabniającego kilera Ślepnira, ale nie było powodów do narzekania. Naprawdę nie było.
***
Kleo, dlaczego zdjęłaś moją koszulę? Spytałem, głaszcząc ją po krągłościach, gdy odłożyliśmy żelastwo na stolik i zalegliśmy na moment na łóżku.
Nie chciałam jej wybrudzić, doktorze... Jesteśmy pod ostrzałem, a ona nie chce wybrudzić mojej koszuli. Daję słowo, anioł.
Kleo? Spytałem ponownie, gdy ona była nieco zajęta. Przypomnij mi, żebym cię spytał, co robimy dalej z tą całą kabałą.
Nie myśl teraz o tym, doktorze, powiedziała, nabierając tchu.
Rozkaz, powiedziałem, a Kleo Sewittz puściła do mnie oczko i wróciła do swojego poprzedniego zajęcia, a ja naprawdę przestałem myśleć o czymkolwiek innym.
***
Gdy przestałem dyszeć i rozluźniłem się całkiem, wróciłem do tematu. Kleo miała wolne usta i mogła odpowiedzieć.
Pomyślałam, że może powinniśmy ich odwiedzić i dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi?
Myślę, że to niezły pomysł. Najwyżej rozpierduchę zrobimy później, powiedziałem zamyślony.
Jak mamy iść w gości, to ja się wolę przebrać, powiedziała moja wspaniała towarzyszka i wyciągnęła kilkanaście kompletów bielizny, sukienek i butów. I jedne, jedyne długie dżinsy z dziurami na kolanach. Podobały mu się te spodnie, ale chciałem, żeby przymierzyła wszystkie zestawy najpierw. A ten blond-diabeł wiedział doskonale, że chcę zobaczyć pokaz, bo na koniec szepnęła mi na ucho, że po to właśnie wzięła te wszystkie szmatki ze sobą. Panie i panowie, ecce Kleo Sewittz.
Godzinę później Kleo była bardziej ubrana niż zazwyczaj, ale przy tym wciąż ani ciut nie mniej gorąca, niż zastęp gotowych na wszystko, pełnoletnich cheerleaderek ze zsynchronizowanymi okresami w dzień owulacji. Czy coś. Ja umyłem twarz i założyłem t-shirt i długie spodnie. Ślepnir zrobił kupę na mrowisko, wredny zmutowany kutas. Centralnie, prosto na sam czubek wielkiego mrowiska. Ale, jak znam życie, był to zabieg mający na celu pozbycie się wszelkich dowodów istnienia pana niedoszłego zabójcy na zlecenie i poprawę sytuacji gospodarczej mrówek.
Po prostu podjedziemy, doktorze? Powiedziała Kleo, a ja odwróciłem się do niej i straciłem głowę na chwileczkę. Oto stała przede mną, krągła, wypukła tam, gdzie trzeba, gibka, uśmiechnięta, świeża i gorąca jak pizza. Nie wiem, jak ona to robi, że to wciąż robi na mnie takie wrażenie. Feromony pewnie.
Masz rację, tak, jak to widzę, z tej perspektywy, lepiej, żebyśmy podjechali. Kleo wsiadła do auta, wpuściła Ślepnira do bagażnika i otworzyła dla mnie drzwiczki.
Nie wsiada doktor? Spytała, czekając na mnie.
Pretekst. Powiedziałem.
Pretekst? Spytała ona, obserwując drapiącego się Ślepnira.
No, po co tam pójdziemy? W sensie... Jak ich wybadamy, by nie wzbudzić podejrzeń? W końcu ten kiler mógł kłamać.
Kleo zaśmiała się, szczerze rozbawiona.
Ależ doktorze... Mają skup złomu, elektroniki i tą toyotę, na którą widziałam, jak pan patrzył.
Wolę volvo, odpowiedziałem lekko na przekór, a Kleo uśmiechnęła się.
Volvo... Powiedziałem nagle. Volvo! VC! To nie C, powiedziałem, wyciągając z kieszeni kluczyk z brelokiem. To ułamane O! Tak! Zawołałem, przyglądając się brelokowi z bliska. Kleo, kochanie, podjedź, proszę, kawałeczek dalej tą drogą i zobacz, czy nie stoi tam gdzieś stare volvo w krzakach. Podejrzewam, że tam gdzieś. A ja wezmę jeszcze coś z przyczepy. Wróć tu po mnie.
Chwilkę później Kleo wróciła, a ja byłem już spakowany.
Jest? Spytałem, a ona kiwnęła głową. Masz, weź, podałem jej glocka 23. Mały, damski, przerobiony na automat. Weź jeszcze drugi magazynek. Wiesz, jak przeładować? Nie wiedziała. Pokazałem jej. Właściwie tak samo jak z kałachem... Tu ci go położę, żebyś mogła w razie czego. No, wiesz. Jest naładowany. I weź to. Schowaj dobrze, nie zgub. Może nam uratować życie.
Doktorze, czy my idziemy zabijać? Kleo zapytała, a ja byłem w szoku trafnością tego pytania. W sumie powinienem odpowiedzieć twierdząco, bądź co bądź gotowy byłem na wszystko, a w torbie miałem sporo rozrywkowych zabaweczek... Ale jakoś nie byłem pewien do końca.
Kleo, kochanie, nie będziemy zabijać, dopóki nie będzie to absolutnie konieczne. Pozwól tylko, że podkręcę ci coś pod zderzak... Na wszelki wypadek. Zdalnie sterowany claymore, powiedziałem, gdy musnęła mnie cyckiem, pochylając się, by zobaczyć co robię.
Poinstruowałem Kleo, co ma robić i kiedy, po czym wsiadłem do zdobycznego Volvo, zakręciłem i pojechałem. Po drodze zatrzymałem się, i do zderzaka z przodu przykręciłem trzy zmodyfikowane claymory. Najwyżej.
Zajechałem pod bramę i zatrąbiłem. Brama się otwarła, wjechałem na plac i wyłączyłem silnik. Wyszedł Józek, ubrany w te same łachy co wczoraj. W ręce miał strzelbę remingtona. Niedobrze, ale i nie źle. Zawołał brata.
Zrobiłeś to? Spytał, wychodząc z domu, Andrzej Cieślak, znany mi jako hipis. Możesz już ściągnąć tą kominiarkę i wysiąść z auta, gdzie ona jest, w bagażniku? Cała i zdrowa? No, mówżesz człowieku!
Przez bramę wjechała swoim SUVem Kleo. Wysiada, i szlag trafia stukot naprawdę wysokich i kurewsko wręcz drogich szpilek bo klepisko i pył, ale nic to: otwiera maskę, spod której wydobywają się kłęby dymu (z granatu dymnego).
Pomóżcie, panowie, pomocy! Woła Kleo z udawanym ukraińskim akcentem. Chłodnica chyba zdechła, lelum polelum! Prawie parsknąłem. Prawie.
Podchodzi tych dwóch bałwanów do Kleo, a ja już mam giwerę w ręce na wszelki wypadek.
Dlaczego chcieliście nas zabić, panowie? Spytałem, odbezpieczając colta z głośnym trzaskiem i ściągając kominiarkę. Popatrzyli po sobie zdziwieni.
Co chcieliśmy? Spytał Józek, zachęcony przeze mnie, by odłożyć remingtona na ziemię. Andrzej w ogóle wydawał się zupełnie w innym świecie.
Poznajecie tą furę? Poznajecie? Do kogo należała? Spytałem, gestykulując pistoletem.
Do... Do faceta, detektywa, któremu zleciliśmy, ja zleciłem, odnalezienie naszej... Siostrzenicy. Powiedział Andrzej, zupełnie skonfundowany.
A co, zgubiła się? Porwano ją? A może zniknęła?
Uciekła z domu, do swojego chłopak, powiedział Józek. Kochanka! Wrzasnął Andrzej. O którym wiem tylko tyle, że to starszy facet! Gdzie starszy facet dla czternastolatki? Złapał się za głowę.
Jak się kochają... Zaczął Józek, miętosząc brzeg koszulki. Andrzej wpadł mu w słowo.
Jak to, jak się kochają?! Nagle jesteś zwolennikiem tego, żeby nasza siostrzenica dawała dupy jakiemuś pierdolonemu staruchowi? Czyś ty ocipiał? Nasza Weronika? Albo w ogóle, jakakolwiek czternastolatka?
Przez chwilę trwaliśmy w impasie. Kleo, olana przez wszystkich, zaczęła niby to wyciągać jakieś klucze, upuszczać je i podnosić. Andrzej lampił się na wypinającą się Kleo. Józek patrzył to na mnie, to na Andrzeja. Ja stałem, z giwerą w ręce i czekałem na dalszy rozwój wydarzeń, który, jak się okazało, nadszedł zza mnie.
Ekhem, usłyszeliśmy za moimi plecami. Obróciliśmy się. Za mną stała rzeczona małolata uzbrojona w czeski pistolet maszynowy Skorpion i celując z grubsza w moim kierunku. Znajomym gestem dała mi do zrozumienia, że mam się pozbyć ciężaru z dłoni. Odłożyłem colta na ziemię, a Józek podniósł strzelbę z ziemi, wycelował w Kleo i coś do niej warknął. Kleo wyczołgała się spod samochodu i otrzepywała. Zauważyłem, że w ferworze odwracania uwagi musiała gdzieś zgubić swojego glocka. Niedobrze. Usiłowała wejść do auta i odpalić, ale auto "nie chciało zapalić". Józek kazał jej wysiadać i wypierdalać za bramę. Kleo posłusznie, z rękami teatralnie w górze zaczęła bardzo powoli iść do tyłu, w stronę bramy.
Józek odwrócił się do brata. Przykro mi, że tak wyszło, powiedział. Weronika i ja... Wskazał palcem małolatę i siebie. Do Andrzeja nie docierało. Józek zaczął jeszcze raz, ale wszedłem mu w słowo.
Przepraszam bardzo, że przerywam rodzinne spotkanie, ale czy może mogę się oddalić i zostawić was samych? Później mogę wpaść po wyjaśnienia, dlaczego nasłaliście na mnie i Kleo jakiegoś tłuka z kałachem. Andrzej zapytał, z jakim kałachem, ale ta mała kazała mu, mnie i wszystkim zamknąć dupę. A Kleo kazała przyspieszyć, bo gotowa się rozmyślić i ją też zastrzelić.
Ona mówiła, a ja powoli, krok za krokiem cofałem się pod ścianę bramy, jak najdalej od nich. Miałem przeczucie, że coś może być nie tak, nigdzie bowiem nie widziałem mojego zmutowanego psa, i obawiałem się niespodzianki. Poza tym, dziewczyna była po złej stronie volva.
Zabij go, powiedziała nastolatka do Józka. Zabij go i bądźmy razem szczęśliwi. Zabij go!
A co z nimi? Spytał Józek, usiłując nie patrzeć na trzęsącego się, zamrożonego ze strachu Andrzeja, który strzelał oczami na lewo i prawo, i który pewnie by uciekł, gdyby mógł. I koło którego rosła kałuża, prawdopodobnie moczu... No, chyba że dostał okresu.
Co z nim? I z nią? Darujesz mu życie? Widział cię! Nie wiadomo, co i komu powiedział w barze! Krzyczała ta mała, niczym Norman Bates, do siebie.
Sama go zabiję, powiedziała, liżąc <sic!> Skorpiona i ruszając w moim kierunku. Nieważne, co powiedział, i tak nikt nie zwracał na niego uwagi, powiedziała złowieszczo.
Przyznam, że trochę się obawiałem. Sytuacja była beznadziejna, bo najwyraźniej byłem czegoś, czemuś winny i tylko ta mała dziewczynka wiedziała, co to było, jeśli w ogóle była normalna. Bałem się o Kleo i zastanawiałem: Czemu nie wyciągnęła pistoletu wcześniej? Gdzie jest Ślepnir?
Idąca ślimaczym tempem do tyłu w bardzo wysokich szpilkach Kleo potknęła się, krzyknęła zszokowana i poleciała do tyłu, lądując na swoim cudownym tyłeczku. Na chwilę napięcie zelżało i Weronika parsknęła śmiechem. Gdy Kleo włożyła dłoń do kieszeni, żeby rozmasować, musiała wyrzucić z niej, wyglądający jak pilot do kamery detonator min, który wylądował na ziemi. Najwyraźniej zupełnie o nim zapomniała!
Kleo miała i ma niesamowite wyczucie stylu, czasu i najwyraźniej też szósty zmysł. Spojrzała na mnie, na idącą w moim kierunku dziewczynkę, która już była trzy kroki przede mną, a palec już, już na spuście.
Dałem nura do tyłu w tym samym momencie, gdy Kleo przycelowała szpilką w detonator i eksplozja specjalnie zmodyfikowanego na maksymalne rażenie i minimalny odrzut claymore'a z jej auta zmieniła układ sił i krajobrazu.
Andrzej, który stał niemal idealnie naprzeciwko SUVa Kleo, stracił całkowicie głowę i upadł. Głowę zmiotło dokądś, a może się rozprysnęła? Trudno powiedzieć. Józek, który najwyraźniej był w czepku urodzony, wyszedł bez szwanku. Bez zadrapania. Krzewy za nimi zniknęły. A mordercza małolata, pewnie pod wpływem szoku, pociągnęła za spust.
Pociski ze Skorpiona waliły we wszystko: w ziemię, w szyby zdobycznego volva, w opony i w karoserię. Mała zmieniła magazynek i obeszła samochód, by mnie znaleźć. Gdy była z przodu a ja z tyłu, podbiegł do niej Józek, wypalając kilka razy w moim kierunku ze strzelby. Nagle objął ją w talii i pocałował mocno, namiętnie i pewnie jeszcze jakoś, ale tym razem to ja przypomniałem sobie o detonatorze. Ona wyrwała się z jego objęć, ja wychynąłem zza auta i nasze spojrzenia spotkały się. Uśmiechnęła się, unosząc pistolet maszynowy CZ Skorpion i kładąc palec na spuście. I wtedy jakoś mimowolnie nacisnąłem przycisk detonatora.
Trzy modyfikacje miny przeciwpiechotnej M18A1 Claymore wypaliły jednocześnie, zmieniając kochanków w kisiel, dom za nimi w płonące strzępy i szopę na narzędzia... w sito. Przepiękna, stara toyota zaparkowana obok domu, przestała przypominać samochód. I nagle zrobiło się cicho.
Wyciągnąłem telefon. Dokąd pan dzwoni, doktorze? Spytała Kleo Sewittz, zdumiona moim spokojem. Pół minuty temu tu był Armageddon, a ja będę przez telefon gadał?
Do domu, rzekłem. Halo, Jakub? Ta, świetnie, kurwa, urlop znakomity. Tak, tak, Kleo Sewittz. Przekażę. Jakub, kurwa! Jest tam jeszcze to skurwiałe banshee?
***
A Ślepnir przegapił całą akcję, bo sąsiedzi Cieślaków byli na wakacjach i zostawili dogsitterce swoją sukę owczarka niemieckiego. I nagle taki z niego romantyk, donżuan, żigolo... Jak z nią skończył, to trzeba ją było zastrzelić, żeby nie cierpiała.
Sukę, nie dogsitterkę. Ale oficjalnie trafił ją odłamek z wybuchu, więc nie będzie na nikogo. Ot, przypadek. Trudno.
Następnego dnia Kleo i ja wyjeżdżaliśmy z uroczej miejscowości niezatrzymywani przez nikogo. Co prawda policja musiała nas przesłuchać, ale ci policjanci, którzy zjawili się w naszym obozie... Po godzinie z Kleo Sewittz zupełnie stracili chęć na zarzuty i przestali mieć wątpliwości w sprawie "wybuchu gazu w domu Cieślaków" i w obliczu braku jakichkolwiek dowodów, wykreślili nas z listy podejrzanych. Nie było ciał ani krwi, więc Cieślaków uznano za zaginionych.
Patrzyłem przez okno z fotela pasażera, gdy Kleo prowadziła swojego SUVa z przyczepą. Ślepnir spał na tylnym siedzeniu, zwinięty w jeden wielki, zarobaczony kłębek.
Jechaliśmy nad morze.
08:58

Penny Pulp #10 - Groźby


Niespotykane rzeczy się dzieją ostatnio, a ja nie mogę być sprawozdawcą, bo tonę w robocie, a nie ma mi kto pomóc. Jednym się nie chce, innym się chce, ale nie tego, inni są bezcieleśni przez większość czasu, do pani Sewittz przyjechała rodzina, Ślepnir ma nowe nogi i jeszcze nowsze robaki... A po tym, co to pieprzone banshee wyczyniło z lutownicą i pokojem, powinienem trafić do wariatkowa na tydzień. A banshee do dołu z betonem i tonę gruzu na wierzch.
A wszystko zaczęło się od tego, że o świcie odebrałem telefon.
Halo?, pytam do słuchawki, świadom idiotyczności tego starego zwrotu.
Czy to pan doktor Okropny? Pyta mnie miły, damski głos.
Przy telefonie, mówię, a głos bez ogródek przechodzi do rzeczy.
Czy słyszał pan o Karabinierach Bożej Pomocy, Tępicielach Plugastwa, Współczesnych Wiedźminach na motorach?
Kim pani jest? Pytam, choć gówno mnie to obchodzi, chcę spać i niekoniecznie do mnie dociera sens wypowiedzi.
Mam panu przekazać, że ma pan 24 godziny na pozbycie się z domu wszelkiego bezeceństwa, bo Wielka Krucjata wyrusza przeciw panu i będą o świcie jutro pod pańskim domem.
Ale co oni za jedni? Znowu pytam, choć nie interesuje mnie odpowiedź i właściwie śpię.
Sympatycy partii rządzącej, powiedziała bezimienna kobieta i rozłączyła się.
Usiłowałem namierzyć telefon, ale bez powodzenia. Pewnie dlatego, że dzwoniła z numeru zastrzeżonego, a mi się nie chce angażować w byle gówno, mam ważniejsze sprawy na głowie. Strachy, oczywiście podsłuchując, dały mi do zrozumienia, że mam się tymi cyklistami nie przejmować, oni ich załatwią... Aha, akurat. No, ale może a nuż. Lepiej się tą charczącą maszkarą zajmijcie! Poszedłem spać dalej.
***
Dzwoni telefon. Patrzę, lekko poirytowany. A tam pani Sewittz. Od razu lepiej.
Halo halo? Pytam, modulując głos. Ona lubi takie rzeczy.
Doktorze, och, doktorze, mam do pana wielką, ogromną prośbę. - mówi pani Sewittz, a ja oczyma duszy widzę, jak mi się odpłaca za tą prośbę... I aż mnie dreszcz rozkoszy przechodzi.
Tak? Dla pani, Kleo, po prostu wszystko, mówię, a ona chichocze. Bardzo seksownie chichocze.
Czy mógłby doktor podjechać po moich rodziców na stację? Muszę niestety jeszcze tu skończyć szarlotkę, a oni już dojeżdżają. Proszęęę... Powiedziała, a ja, choć jestem zajęty, prawdopodobnie idą po mnie szaleńcy, to gówno mnie to obchodzi i zaczynam się zbierać. Co mi szkodzi, stację mam niecały kilometr dalej, podjadę.
Wyszedłem z domu, wsiadłem do odrapanego samochodu i pojechałem. Na dworcu spodziewałem się starszego małżeństwa, a nie babki lekko po pięćdziesiątce z mężem w podobnym wieku. Co jest?
Przepraszam, czy państwo Sewittz? Zagadnąłem ich. Oboje mieli kowbojskie kapelusze, ona wyglądała jak starsza siostra Kleo, takie same tipsy, łańcuszki, obcasy, dekolt - a on wyglądał jak pieśniarz country&western, albo szeryf z jakiejś niemieckiej komedii o dzikim zachodzie. Oboje mieli lustrzane okulary.
Tak, mówi ona, a pan jest...? Przeciągle spytała, tak dobrze mi znanym gestem spuszczając okulary i mierząc mnie z góry na dół. Nie miałem czasu się przebierać, więc miałem na sobie dżinsy, koszulkę z głupim rekinem i umorusany kitel, o którym zupełnie zapomniałem, a który noszę po domu. I stare, dziurawe kowbojki, bo wszystkie inne buty ostatnio zżarł Ślepnir... A te akurat były pod łóżkiem i je oszczędził.
Doktor Okropny, szanowna pani, powiedziałem, skłoniwszy się lekko. Przybyłem na pilne wezwanie pani Sewittz, która jest moją sąsiadką i bliską przyjaciółką.
Doktor Okropny! Nagle zajarzyła. Oczywiście, przepraszam... Nie wiedziałam, że jest pan takim doktorem. Wskazała na kitel. Rosalie Schuberdrost-Sewittz, powiedziała ona, wyciągając do mnie dłoń, którą uniosłem lekko i uścisnąłem. Uścisnąłem też serdecznie dłoń faceta, który przedstawił się jako Albert Schuberdrost. Później się okazało, że ma kilkanaście fabryk, które produkują jakieś nietypowe gwoździe, ale nie pamiętam, jakie.
Zaprosiłem ich do samochodu. Nie było do czego, stary, odrapany nissan sunny z kierownicą po prawej stronie, z dziurą w drzwiach kierowcy i prawie bez szyb, ale akurat tym jeździłem, bo czymś trzeba, a mojego amerykańca wziął irlandzki pieśniarz Henry "McHenry" Bosworth i nie chciał oddać, jebaniec.
Państwo wybaczą tę ruinę na kółkach...
Rosalie przerwała mi. Kleo opowiadała nam, że jest pan człowiekiem ekscentrycznym, z klasą, więc jeśli chce pan doktor jeździć starym nissanem...
To i my chcemy nim jeździć! Skończył za nią Albert. O, już na miejscu?
***
W samo południe pełen szarlotki wyszedłem z domu pani Sewittz, podjechałem pod swój dom, zostawiłem auto na podjeździe i poszedłem z powrotem do roboty. Popracowałem może z godzinę w spokoju.
Ekhrrrr... Ekhhrrrr! Słyszę, a tam banshee unosi się w powietrzu przy otwartym oknie.
Co, umrę za kilka dni? Pytam i patrzę na przedziwnego stwora, który wygląda jak pół-harpia, pół-pterodaktyl, pół-kobieta, pół-jeżozwierz, ma szpony i chuj wie co. Taka strzyga trochę, ale potrafi jednak być nieodpychająca... Dopóki nic nie mówi, nie je, można z nią jakoś żyć. W sumie nie mam wyjścia, ale jeść nie woła, więc może sobie mieszkać... Przynajmniej nie ma szkodników i złodziei.
Ekhrrr, hrrr... Charczy ona, ono. I macha szponem, że niby lutownica to takie atrakcyjne urządzenie.
Ale co, umrę czy nie? Pytam, podając banshee lutownicę. A banshee... Nie wiem, co chciało osiągnąć.
Banshee przypaliło się w ucho lutownicą i upuściło ją na bruk za oknem. Lutownica w pył, spięcie i wybiło korki. To na początek. To akurat banshee chronicznie boi się ognia, więc przypalone, tlące się nieboskie stworzenie wtargnęło mi do domu, rozbiwszy głową okno, ramę i parapet. Zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, zareagować - miałem cztery prototypy STO w kawałkach, urwaną stalową osłonę żaroodporną, rozbity parapet, dziurę w suficie i nieopisany bałagan... Większy niż wcześniej. Banshee w szoku odzyskało też głos, więc słyszałem coś między wizgiem, charkotem, bulgotem... A wrzaskami torturowanego. Stwór miotał się, tynk się sypał ze ściany, obrazki spadały, a rzeczy leżące na podłodze zamieniały się w rozpiżdżone rzeczy zawalające podłogę.
Zastrzel to, wydawało mi się, że usłyszałem przy uchu. Nie czekałem na potwierdzenie, tylko wyciągnąłem spod szczątek parapetu schowaną tam kradzioną strzelbę z upiłowaną lufą i wypaliłem... Z grubsza w kierunku stwora. Chuj, najwyżej nie pójdę do nieba.
Banshee uspokoiło się, siadło na podłodze i zaczęło płakać. Wziąłem, co się dało na wózek i opuściłem pomieszczenie. Niech ryczy bez mojego udziału. Ja mam swoje na głowie.
Jak zaczęło wyć, dołączył do niej Ślepnir, więc wyposażyłem się w dodatkowe akcesoria ochronne, czyli douszniki i nauszniki. Po namyśle, wziąłem też paczkę kradzionych nabojów. Nigdy nie wiadomo.
***
Wieczór przyszedł prędzej, niż myślałem. Z nauszników wyrwało mnie wibrowanie telefonu. Odebrałem. W domu było cicho.
Doktorze, obiecał pan, że pan przyjdzie, pokaże nam tego pająka... Powiedziała Kleo Sewittz, a mnie zrobiło się ciepło... Zupełnie zapomniałem!
Wyhodowałem kiedyś megapająka z downem, którego trzeba niańczyć, bo w ogóle sobie nie radził. Opowiadałem o tym pani Sewittz i jej rodzicom, i obiecałem, że go przyniosę pokazać. W tym celu udałem się do garażu, wytargałem dziada spod starego Rolls-Royce'a i zarzuciłem sobie na plecy. Przeszedłem na drugą stronę ulicy z tym opóźnionym w rozwoju, śliniącym się fajfusem i poopowiadałem trochę o tajnikach genetyki, elektronice i zdalnie sterowanych kociętach, którymi karmię tego debila z ośmioma nogami i zezem w sześciu z ośmiu gał. W tym czasie on usiłował chyba, bo trudno być pewnym, zapolować na pluszową małpkę w majtkach, aż rozpędził się, wyrżnął w kaloryfer i stracił przytomność. Ecce aranea, regina mundi animalia!
Akurat po tym, jak ten debil wywrócił się na plecy i siknął pajęczyną w bliżej nieokreślonym kierunku, usłyszałem grzmot.
Czyżby miało padać? Zapytała Rosalie, podnosząc żaluzje. Naszym oczom ukazał się żałosny widok płonącego nissana, którego zostawiłem na podjeździe. Kilka lub kilkanaście sylwetek stało dookoła, z zaciętymi minami, robiąc coś w rodzaju demonstracji przeciwko nieludziom.
Doktorze...? Och, doktorze! Kleo rzuciła mi się na szyję. Powinniśmy wezwać policję! Dodała jej matka, rzucając się na szyję Albertowi. Albert zachował zimną krew. Wyciągnął telefon, wykręcił numer, podał jakieś kody i powiedział, że zamawia siedem cztery jeden pod mój adres, po czym się rozłączył.
Co to jest siedem cztery jeden? Spytała Rosalie.
Ekspresowa i Agresywna Dostawa do Miejsc Pod Ostrzałem. W skrócie siedem cztery jeden, od numeru ciężarówki. Będą za godzinę. Co do tego czasu, doktorze?
Mam pewien plan, ale nie wiem, czy panie się zgodzą... Musicie mi w pełni zaufać.
***
Pięć minut później Kleo i Rosalie wyszły na ulicę w samej bieliźnie, butach na szpilkach i z pochodniami. Od razu zwróciły uwagę wszystkich łysoli pod moim domem. Albert dostał prikaz pilnować perymetru i w razie czego rzucać mołotowami, które zrobiliśmy z kilku butelek i benzyny do kosiarki.
Ja wlazłem na komin i z pająkiem w ręce zrobiłem trik spidermana, czyli wypuściłem wiązkę pajęczyny z nieprzytomnego Elvisa (taki dostał kryptonim bojowy) i prześlizgnąłem się na mój dach, gdzie przez uchylone okno na strychu, wlazłem do domu, skąd mogłem odpierać ataki samego Specnazu.
Rzuciłem bezużytecznym bojowo Elvisem w kąt, a on wczołgał się do starej szafy i zaczął się ślinić. Kopnąłem drzwiczki. Chuj z nim. Zawołałem po wilkołaczemu, nic. Cisza. Po wampirzemu... Tak samo. Po rosyjsku, czesku i angielsku - niszto, nula, nothing.
Poszedłem na dół, wyciągnąłem z puszki po herbacie dwie "szyszki", które być może działały, ale pewności nikt mieć nie mógł, bo leżały od wojny. Wyrzuciłem jedną, celując w tłum. Trafiłem w nissana, który płonąc wybuchł, podskoczył i spadł, nie czyniąc nikomu krzywdy. Panie przestały być potrzebne, więc wróciły do domu pani Sewittz.
Kwadrans później pod dom zajechało ze trzydziestu motocyklistów uzbrojonych w broń automatyczną i zaczęły się schody. Zaczęli walić w okna. W moje okna. Przyjechały gliny, ale szybko zwiali. Straży pożarnej też nie było po drodze, siedzieli w remizie, zaryglowani od środka, aż miło.
I nagle usłyszałem trzaski. Ogień z automatów zmienił kierunek, z tego, co się orientowałem, pruli w zbliżający się transporter opancerzony z przyczepą. A transporter odpowiadał ogniem, przejeżdżając po motocyklistach i motocyklach, jeśli nie uciekli mu z drogi. Transporter wysypał gwoździe na drogę i pojechał z powrotem. I nie pięć gwoździ. Nie dziesięć. Dosłownie zalał tłum jakimiś dziwnymi gwoździami. Motocykliści i reszta wpadli w konfuzję. Teraz ani odjechać, ani odejść! Byli w pułapce.
Z mojego domu wyjechał samobieżny, gąsienicowy SuperTurboObciągator RT, wersja armijna, z przywiązanymi do obfitej, biuściastej góry claymore'ami, które leżały u mnie w ogródku, zanim poznałem (i polubiłem) Kleo Sewittz. Chuj, najwyżej zrobię nowy. Teraz trzeba walczyć o życie. This is my stand, powiedziałem, kierując z tabletu STO RT. Po chwili grzmotnęły cztery eksplozje. To claymore'y wypaliły, a tłum mocno się przerzedził. Z domu Kleo zniknęły dwa naprawdę duże okna, a z ogrodu dwie ozdobne choinki i prawie cały płotek. I tę chwilę wybrali sobie Ślepnir i ta szponiasta dziwka banshee na dorzynanie rannych. Zwiedzione zapachem krwi przeróżne stworzenia przybiegły, przyleciały i przypełzły z całej okolicy. Pobiegłem do stodoły po koparko-dźwig na gąsienicach, który zamówiła kiedyś straż pożarna. Uruchomiłem pompy, magnesy na wysięgnikach i spłuczki, żeby pozbyć się tych gwoździ, ale że to moje pierwsze takie oblężenie, ustawiłem moc na max, i w rezultacie miałem mielonych idiotów, gwoździe i motory pod magnesem, krew i woda pod ciśnieniem były absolutnie wszędzie, a do spłuczek i spływów poleciała cała reszta. Wywaliłem to wszystko na pole buraków za domem. Dwa kursy później, latające namagnesowane gwoździe zabiły większość ludzi i stworzeń, a czego nie zabiły a zraniły... Zabiły i zjadły pozostałe. Po synach anarchii zostały rozszarpane zwłoki na ulicy, a w stercie gwoździ, motorów i ciał na polu buraków, jeśli cokolwiek żyło, to już niedługo. Ostatni kurs koparko-dźwigu był rzeczywiście ostatnim, bo niechcący trąciłem łokciem pokrętło mocy magnesu... Jednak na szczęście wyskoczyłem, zanim trzystukilowy magnes spadł na zbiornik paliwa i wszystko zrobiło 'bum'. Podmuch eksplozji zerwał mi kitel z pleców, a mnie pchnął na ziemię i ogłuszył na tyle, że straciłem przytomność.
***
Następnego ranka obudziłem się na wielkim, dębowym stole pani Sewittz. Byłem nagi od pasa w górę, co być może było efektem wybuchu, który jak przez mgłę pamiętałem... Albo nie. Trudno powiedzieć.
Wszedł Albert.
O, obudził się, zawołał. Obie panie, ubrane niemal identycznie wpadły ze stukotem wysokich szpilek na deskach podłogi do pokoju.
Doktorze! Jak się doktor czuje? Pytały jedna przez drugą, patrząc mi w oczy, macając po rękach, ściskając ramiona i głaszcząc gdzie bądź.
Proszę mi powiedzieć, co było dalej, poprosiłem. Albert opowiedział.
Jak wybuchły buraki, a eksplozja posłała gwoździe, płonące trupy i chuj wie co i gdzie, zrobiło się cicho. Niedobitki krucjaty chciały uciec, ale "facet o psim wyglądzie", "babka ze szponami i kłami" i "pies na sześciu nogach" przerobili je na steki, że nawet ślad nie został. Wszelką krew i ślady batalii zeskrobywali, zdzierali i czyścili pracownicy sekcji specjalnej zatrudnianej przez Alberta, którego "stać na takie ekstrawagancje". Policja przyjechała, wlepiła mi mandat za złom na drodze publicznej i odholowali na policyjny parking, ale co tam złom. Nowe okna wstawiła firma dziś rano, a fachowcy kończyli elewację. U mnie zostawili, jak było, bo w swej ekstrawagancji mogłem mieć im za złe remont, a ostatnie, czego chcą, to wkurwić kogoś, kto uratował im życie.
***
Jutro Albert i Rosalie jadą zwiedzać okolicę, więc ja spędzam cały dzień z Kleo, która pragnie mi podziękować za pomoc. A potem za uratowanie życia. A potem...
A potem się zobaczy.
Older posts are this way If this message doesn't go away, click anywhere on the page to continue loading posts.
Could not load more posts
Maybe Soup is currently being updated? I'll try again automatically in a few seconds...
Just a second, loading more posts...
You've reached the end.

Don't be the product, buy the product!

Schweinderl